Mikołaj Bejlung: człowiek, którego nie było. Niezwykłe życie śląskiego Hansa Klossa

Mikołaj Beljung był człowiekiem o tylu twarzach, że do dziś trudno oddzielić fakty od legend. Piłkarz, agent podziemia, fałszywy esesman, informator bezpieki i lokalny celebryta – jego biografia przypomina scenariusz sensacyjnego serialu. Nowe ustalenia historyków odsłaniają kulisy życia człowieka, którego okrzyknięto śląskim pierwowzorem Hansa Klossa.

Mikołaj Beljung jak Hans Kloss

Mikołaj Beljung to postać, która po śmierci, tak jak i za życia, skutecznie ukrywa się przed demaskacją. W Katowicach spędził najważniejsze lata, ale jego grobu tu nie znajdziecie – został zlikwidowany na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza, ponieważ nikt za niego nie płacił. To ponury paradoks w historii człowieka, który potrafił załatwić wszystko: od pięciuset pistoletów dla Armii Krajowej po budowę Stadionu Śląskiego.

Przedstawiał się jako francuski arystokrata, węgierski patriota i polski bohater podziemia. Dla Gestapo był sumiennym urzędnikiem, dla AK – brawurowym agentem, dla bezpieki – cennym źródłem, a dla Ruchu Chorzów skrupulatnym trenerem. Choć po wojnie stał się legendą Katowic, historycy do dziś mozolnie oddzielają fakty od fikcji w biografii, którą on sam skrupulatnie mistyfikował.

Tropem mistrza zacierania śladów

Kim naprawdę był człowiek, którego okrzyknięto pierwowzorem Hansa Klossa? To, co dzisiaj wiemy o jego losach, nie jest legendą miejską, lecz efektem żmudnego śledztwa. Przełom przyniosło odkrycie dr. hab. Grzegorza Bębnika opublikowane na łamach półrocznika „CzasyPismo”. To tam badacze „zszywali” strzępy biografii człowieka, który był mistrzem zacierania śladów.

Wszystko zaczęło się w Lugoj, w sercu wielokulturowego Banatu. Urodzony w 1914 roku Miklós Beljung od kołyski poznawał prawdę, że tożsamość to kwestia wyboru, a nie metryki. W domu rozbrzmiewał język niemiecki, na ulicy mieszał się on z węgierskim i rumuńskim. Legenda o francuskim ojcu miała tłumaczyć egzotyczne brzmienie nazwiska, które – według życzenia właściciela – wymawiano „Belżu”. Ustalenia historyczne kładą jednak kres tej romantycznej wizji: dokumenty nie pozostawiają złudzeń, że Beljung był etnicznym Niemcem, jednym ze „Szwabów banackich”.

Zanim jednak Beljung trafił na Górny Śląsk, jego awanturnicza natura rzuciła go w piaski Algierii. Uciekając przed francuskim więzieniem po karczemnej bójce, wybrał drogę, która dla wielu była ostatecznością: zaciąg do Legii Cudzoziemskiej. Choć formacja ta słynęła z morderczego rygoru, on – dzięki biegłości językowej – zamiast na poligon trafił do bezpieczniejszej przystani w legionowej kantynie. Służbę szybko uznał jednak za pomyłkę, co zaowocowało brawurową dezercją i ucieczką statkiem z Oranu do Hiszpanii. Ta „szkoła przetrwania”, znaczona kolejnymi aresztowaniami i deportacją, stała się dla niego swoistym poligonem doświadczalnym. To właśnie tam hartowała się zimna krew i niezwykła zdolność adaptacji, które wkrótce miały mu pozwolić bez drżenia rąk przywdziać mundur SS-Obersturmführera.

Blagier, piłkarz i fałszywy esesman

W 1940 roku, Beljung trafił z nakazem pracy do Katowic. Fundamentem jego powojennej pozycji stała się rzekoma martyrologia. Opowiadał o aresztowaniu przez Gestapo w grudniu 1940 roku i brutalnych przesłuchaniach, po których w styczniu 1941 roku miał wyjść na wolność jako „cień człowieka”, ważący zaledwie 44 kilogramy. Tę wersję bezlitośnie weryfikują jednak archiwalne składy meczowe. W marcu 1941 roku, zaledwie dwa miesiące po rzekomym skrajnym wycieńczeniu, Beljung w barwach 1. FC Kattowitz rozgrywał pełne, 90-minutowe spotkania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Był w szczytowej formie fizycznej. Prawdopodobnie kłamał, by uwiarygodnić się w oczach polskiego podziemia i ukryć fakt, że cena za opuszczenie aresztu mogła być wysoka – płacona w informacjach przekazywanych niemieckim służbom.

W Katowicach przemianowanych na Kattowitz stworzył swoje idealne alter ego: SS-Obersturmführera Karla Heimbacha. Pomagał mu w tym doskonały niemiecki i niesłychany tupet. Mundur SS nie był dla niego przebraniem, lecz przepustką do stref zamkniętych. Działalność Beljunga w Inspektoracie Katowickim AK obfitowała w akcje, które przyćmiłyby scenariusze „Stawki większej niż życie”. Pracując w niemieckim urzędzie przesiedleńczym, zyskał idealną przykrywkę. Gdy zachodziła potrzeba zdobycia druków ścisłego zarachowania, przywdziewał mundur Heimbacha, wchodził do drukarni i jako wysoki oficer rekwirował blankiety przepustek, które później ratowały życie polskim konspiratorom. Największy wyczyn Beljunga miał miejsce w 1944 roku, kiedy podając się za austriackiego przemysłowca, legalnie zakupił w Czechach 500 pistoletów, które trafiły prosto do rąk partyzantów z AK.


Koniec wojny nie oznaczał końca gry. Choć akowska przeszłość mogła stanowić wyrok, jego kontakty i inteligencja były towarem deficytowym. W 1945 roku, po aresztowaniu pod zarzutem nadużyć finansowych w PCK, doszło do „werbunku na materiałach kompromitujących”. Przez blisko dekadę Beljung, jako TW „Mike”, operował w środowisku katowickiej gastronomii, prowadząc własną grę i dostarczając UB jedynie powierzchownych informacji. Parasol ochronny służb pozwolił mu jednak przetrwać najgorsze lata stalinizmu.

Mimo mrocznej karty w życiorysie, w dobie odwilży 1956 roku Beljung wypłynął na szerokie wody jako lokalny celebryta. Został pierwszym dyrektorem Stadionu Śląskiego i organizował zaplecze dla legendarnego meczu Polska-ZSRR. Miał też drugą twarz – bon vivanta. Przy ulicy Mariackiej otworzył restaurację „Hungaria”, gdzie w szarej rzeczywistości epoki Gomułki serwowano węgierskie wina, grano jazz i bawiono się na dancingach.

Mikołaj Beljung zmarł w 1974 roku. Dopiero współczesna kultura upomniała się o jego postać poprzez film dokumentalny Andrzeja Ciecierskiego oraz spektakl Teatru Śląskiego „What the heil?!”. Beljung był kameleonem uwikłanym w tryby historii. Choć jego fizyczny grób zniknął, powraca on jako bohater tragiczny i niejednoznaczny – jeden z najbardziej fascynujących „duchów” Katowic.

Jan Wypler

Może Cię zainteresować:

Jan Wypler. Śląski Mandaryn, który znał 40 języków i odmówił podpisania Volkslisty

Autor: Piotr Fuglewicz

14/03/2026

Z Józefowca do brazylijskiej dżungli i obozów koncentracyjnych. Losy księdza Rzymełki

Może Cię zainteresować:

Z górnośląskiego Józefowca do brazylijskiej dżungli i obozów koncentracyjnych. Burzliwe losy księdza Jana Rzymełki

Autor: Piotr Fuglewicz

06/03/2026

Izabela Stachowicz -- Kapitan Czajka

Może Cię zainteresować:

Izabela Stachowicz i puder w kaburze nagana. Katowicki salon kapitan Czajki

Autor: Piotr Fuglewicz

01/03/2026

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama