Czy "Mały Wersal", okazały i piękny pałac Donnersmarcków w Świerklańcu, mógł przetrwać? Co z innymi pałacami (w Reptach) i starym zamkiem w Świerklańcu?

Pod koniec stycznia przypada rocznica pożarów kilku wielkich górnośląskich pałaców i zamków: w Miechowicach (dziś dzielnica Bytomia), Świerklańcu oraz Reptach. W przypadku dwóch ostatnich słowo "przypada" jest umowne, bo nie wiemy ani kiedy dokładnie owe pożary wybuchły, ani kto je wzniecił, chociaż winą powszechnie obarcza się Armię Czerwoną. Przyjmuje się więc ostatni tydzień stycznia, gdy w 1945 roku wkroczyli tu Rosjanie. Ale czy pomimo tych zniszczeń posiadłości te mogłyby zostać odbudowane w powojennej Polsce?

Czy pomimo wojennych zniszczeń okazałe pałace w Miechowicach, Świerklańcu czy Reptach mogłyby przetrwać i zostać odbudowane w przyszłości? Krótko mówiąc, odpowiedź brzmi nie.

Oczywiście są to rozważania czysto teoretyczne, ale oparte na trzech czynnikach:

  • politycznym,
  • społecznym,
  • konserwatorskim.

Okres Polski Ludowej (a w zasadzie Śląska Ludowego, bo sytuacja była tu nieco inksza) nie nastraja optymizmem, by realnie myśleć o odbudowie magnackich pałaców, które zresztą średnio nadawały się do rekonstrukcji. Zacznijmy jednak od początku i podstaw.

Kto podpalił pałace: Armia Czerwona czy ktoś na polecenie Donnersmarcków?

Pomiędzy grudniem 1944 a lutym 1945 roku płoną trzy rezydencje świerklanieckiej linii rodu Henckel von Donnersmarck.

Po pierwsze, pałac Guida Henckla w Świerklańcu (tzw. "Mały Wersal"), wzniesiony w 1868 roku jako rezydencja jego i małżonki, markizy Blanki de Païva (w rzeczywistości luksusowej paryskiej prostytutki, Pauliny Teresy Blanki, de domo Lachmann, rodem z Moskwy, córki żydowskiego kupca).

Po drugie, płonie pałac w Reptach, wybudowany w latach 1893–1898 przez Guida z myślą o jego synu Krafcie (potomku z drugiego małżeństwa).

Po trzecie, ogień trawi stary zamek w Świerklańcu, pamiętającą średniowiecze rezydencję związaną od 1621 roku z rodziną Donnersmarcków. Co ważne, uważany był on przez wszystkie linie rodu za ich śląską kolebkę.

Nie płonie zaś zamek w Starych Tarnowicach (przerobiony wówczas na siedzibę zarządu folwarku) oraz obiekty należące do kuzynów Hencklów ze Świerklańca:

  • Nakło,
  • Brynek,
  • Karłuszowiec,
  • Krowiarki,
  • Siemianowice

Swego czasu opisałem na łamach Ślązaga hipotezę, która sugerowała, że pałace mogły zostać spalone na polecenie samych Donnersmarcków. Ci, po wycofaniu się do bezpieczniejszego zamku Wolfsberg w Austrii, mogli uznać, że ich domy nie mogą zostać przejęte przez państwo polskie. Wiedzieli, że jeśli Polska wróci do Świerklańca czy Tarnowskich Gór, to będzie już tworem o innej formie: państwem komunistyczno-socjalistycznym. Od lipca 1944 roku trwała w końcu reforma rolna, mająca na celu wywłaszczenie wszelkich majątków szlacheckich oraz przekazanie ich ludowi w ramach retrybucji za wielopokoleniowy wyzysk.

Teoria ta opiera się na dwóch przesłankach. Z jednej strony nie jesteśmy w stanie jednoznacznie przypisać sprawstwa pożarów Armii Czerwonej, która gminę Świerklaniec zajęła wyjątkowo „humanitarnie” (jak na swoje bestialskie standardy). Z drugiej strony - mamy do czynienia z dziwnym przypadkiem, w którym spłonęły tylko najważniejsze rezydencje jednej linii rodziny, a majątki mniej wartościowe oraz należące do ich kuzynów - ocalały. I jak to z hipotezami tego typu, można się oczywiście nie zgadzać.

Jednak co najważniejsze dla naszych dzisiejszych rozważań: do pożarów doszło, a grabieże mienia dowodzą, że albo okoliczna ludność dokonała spustoszenia jeszcze przed ogniem, albo konstrukcje nie zostały uszkodzone w stopniu uniemożliwiającym szabrownictwo. Fotografie zamku w Świerklańcu sugerują jednak, że najpierw doszło do niektórych kradzieży, a dopiero potem - do pożaru i kolejnych szabrów.

Profanacja zwłok rodziny Henckel von Donnersmarck

Kolejnym ważnym wątkiem jest profanacja zwłok rodziny Henckel von Donnersmarck, jaka miała miejsce w Świerklańcu. Na terenie parku znajdowało się jedno mauzoleum (tuż za zamkiem) oraz drugie mauzoleum: Guida i jego drugiej żony, Katariny Slepzow, które było połączone z ewangelickim kościołem.

Spoczywające tam zwłoki zostały wyrzucone na teren parku. Po niezweryfikowanym odstępie czasu pochowano je na cmentarzu ewangelickim w Nowym Chechle, gdzie znajdował się już jeden z grobów rodziny (przestali oni w XIX wieku dokonywać pochówków w mauzoleum zamkowym). Nie wiemy, ile czasu ciała poniewierały się w parku. Jedni mówią, że ponownego pochówku dokonano jeszcze w 1945 roku, inni: że dopiero w latach 50. Niektóre głosy sugerują nawet lata 70. XX wieku, w co trudno jednak uwierzyć. Znane są również makabryczne opowieści o trumnach pływających w stawie parkowym, jednak do dzisiaj nie zostały one jednoznacznie potwierdzone.

Dla naszych rozważań kluczowe jest to, że w przypadku szczątków z nowego mauzoleum, tylko autochton mógł wiedzieć, jak wejść do krypty. Droga do niej prowadziła od klatki schodowej sąsiedniego budynku (kościoła), przez piwnice kościelne i dalej tunelem. Wszelkie relacje niezależnie od datowania pochówków mówią jedno: okoliczna ludność nie garnęła się do uprzątnięcia pozostałości zaraz po zbezczeszczeniu zwłok.

Pałace i zamki popadały w ruinę. Niektóre rozebrano, inne - wysadzono w powietrze

Rozpoczyna się dekada stalinizmu w Polsce. Ruiny pałaców pozostawia się same sobie, aby na spokojnie zawaliły się pod presją czasu. Pierwszy poddaje się zamek w Świerklańcu, w przypadku którego wilgoć oraz warunki atmosferyczne doprowadzają do zawalenia większości konstrukcji jeszcze przed rokiem 1950. Z kolei świerklaniecki "Mały Wersal" i pałac w Reptach stoją stabilnie, będąc celem wielu wycieczek.

Jednocześnie sam park w Świerklańcu. „uroczyście zwrócony robotniczemu ludowi śląskiemu” staje się ważnym miejscem rekreacji. Odbywają się tu festyny i pikniki, ludzie kąpią się w stawie i w zbiorniku Kozłowa Góra. W 1955 roku ściąga tu nawet ekipa Polskiej Kroniki Filmowej (materiał dostępny jest dziś na YouTube i oczywiście ruin w nim nie pokazano).

W 1954 roku rozpoczął się dwuletni okres demontażu ruin "Małego Wersalu". Jedną ze spółek biorących w tym udział było Zjednoczenie Budownictwa Miejskiego w Sosnowcu, odpowiedzialne w tym samym czasie za budowę Pałacu Kultury Zagłębia. Pokrywa się to z powszechną opinią, że marmury ze Świerklańca ponownie wykorzystano w Dąbrowie Górniczej. Rozbiórka, pozytywnie zaopiniowana przez konserwatora zabytków, kończy się w roku 1956, a piwnice Wersalu zostają zasypane.

Ten sam konserwator wydaje co prawda pozytywną opinię na temat „odbudowy” starego zamku, lecz w tajemnicy przed nim Prezydium Rady Narodowej w Tarnowskich Górach poleca wysadzenie ruin.

Wokół tych wydarzeń narosło kilka mitów. Po pierwsze, zwykło się mówić, że konserwator zabytków chciał uratować zamek i pałac, co prawdą nie jest. Z ruin, które były w katastrofalnym stanie, konserwator chciał wybudować – a w zasadzie odtworzyć według wyobrażenia historycznego – piastowski zamek z XIII wieku. W planie tym miały zostać pominięte wszelkie konstrukcje rodziny Donnersmarcków, a wyposażenie zapewne miało nawiązywać do piastowskiego rodowodu. Miał to być triumf polityki historycznej i polonizacji Śląska, a nie próba zachowania rzeczywistej historii.

Z punktu widzenia konserwatorskiego, sytuacja zamku była niemalże beznadziejna: nie zachowało się wyposażenie, a mury były w tragicznym stanie. Z punktu widzenia politycznego - nikomu nie chciało się chronić dziedzictwo niemieckiej arystokracji. Nawet gdyby ten projekt doszedł do skutku, to z pewnością dziś płakalibyśmy za dawnym zamkiem, który bezpowrotnie utraciliśmy w wyniku zmian dziejowych, otrzymując w zamian konstrukcję rodem z zamku w Będzinie. Osobiście podejrzewam, że ze względu na bliskie sąsiedztwo Zagłębia i Świerklańca, taki twór uznano by za element Szlaku Orlich Gniazd, po czym wycofano by się z tej narracji w latach 60. lub 70., kiedy sytuacja polityczna lekko by się uspokoiła.

Czy odbudowa "Małego Wersalu" była realna?

Co do odbudowy "Małego Wersalu" – żeby było ciekawiej, jesteśmy akurat w tym momencie w historii, w którym można powiedzieć, że Pałac Kultury Zagłebia stoi już tyle samo lat, ile stał oryginał ze Świerklańca. O ile mury "Wersalu" nadawały się do odbudowy, o tyle władza ludowa nigdy nie zdecydowałaby się na odtworzenie symbolu niemieckiej magnaterii. Po drugie, rodzi się pytanie o zagospodarowanie obiektu. Świerklaniec nie był Pszczyną, w której wszystko ocalało i wystarczyło schować pamiątki po Hochbergach do piwnicy, by zorganizować wystawę śląskiej kultury ludowej (z czasem obiekty mogły wrócić na swoje miejsce). Odbudowa "Wersalu" musiałaby wiązać się z utworzeniem tam Domu Kultury, muzeum czy ośrodka wczasowego. A na to – ze względu na specyficzną architekturę wnętrz – nie zgodziłby się zapewne żaden z obrońców historycznych i estetycznych walorów pałacu.

I choć możemy mówić, że to polityka uniemożliwiła odbudowę, to z punktu widzenia konserwatorskiego otrzymalibyśmy coś przypominającego monstrum Frankensteina: pozszywanego z różnych niepasujących elementów i pozbawionego duszy.

Pozostaje jeszcze kwestia społeczna. Otóż rodzina Donnersmarcków jeszcze za czasów swojego panowania nie należała do najbardziej poważanych wśród ludności śląskiej. Oczywiście była to absolutna elita, jednak darzono ją szacunkiem w relatywnie wąskim gremium. Ludzie zdawali sobie sprawę, że w zakładach tej rodziny dniówki są poniżej średniego wynagrodzenia, a pełne przepychu pałace wzniesiono na wyzysku. I zanim ktoś się tu obruszy, proszę pamiętać, że komunizm i socjalizm nie wzięły się znikąd – opierały się na realnym poczuciu niesprawiedliwości. To, jak system sobie z tym radził (i czy nie stał się nowym batem), to temat na zupełnie inną dyskusję. Dla nas ważne jest to, że wielu Górnoślązakom pałace tej konkretnej rodziny po prostu nie kojarzyły się najlepiej.

Dość ciekawym i ostatnim mitem jest wiązanie wyburzeń "Wersalu" z decyzją Jerzego Ziętka. Wieść gminna połączyła wydarzenia z lat 50. w Świerklańcu z latami 60. Reptami i osobą wojewody.

Wyburzenie ruin pałacu w Reptach. Nie pasowały do koncepcji Górniczego Centrum Rehabilitacyjnego

W latach 50. Ziętek był na politycznym wygnaniu, razem z takimi postaciami jak Władysław Gomułka (uznano ich za nieodpowiednich do sprawowania władzy w dobie stalinizmu). Wraz z odwilżą Ziętek odzyskał wpływy, a jednym z projektów, które chciał zrealizować, była budowa Górniczego Centrum Rehabilitacyjnego na terenie parku w Reptach Śląskich. Miejsce wybrano nieprzypadkowo: na północy GOP-u (a zdaniem niektórych, już poza nim), w terenie zielonym i cichym, gdzie można było połączyć rekonwalescencję z łatwą komunikacją. Ale w parku stały ruiny pałacu.

I o dziwo, Ziętek wcale nie chciał ich od razu burzyć. Pierwotny plan zakładał, że obiekt zostanie odbudowany i przeznaczony na rzecz centrum rehabilitacyjnego, tuż obok nowego budynku. Jednak pałacowe wnętrza miały swoje ograniczenia: metraż, układ korytarzy i ogólne problemy logistyczne. "Jorgowi", jak mówiono na Ziętka, zależało na stworzeniu najnowocześniejszego ośrodka w kraju, dlatego architekci realizowali wizje w nowym budynku, systematycznie spychając pałac na boczny tor. W pewnym momencie doszli do etapu, w którym – zgodnie z planem – w pałacu mogłyby się mieścić wyłącznie biura zarządu oraz biblioteka dla pacjentów. Wtedy uznano odbudowę pałacu za fanaberię. Z kolei zostawić ruiny tuż przy budowanym centrum - to nie przystoi. W związku z tym zdecydowano się na wyburzenie, bezpowrotnie niszcząc perłę architektury.

Gdy po tylu latach narosło wokół tego wiele kontrowersji, a jednocześnie pojawiły się sentymenty wobec górnośląskiej szlachty, słychać głosy potępiające tamte działania. Obrywa się Ziętkowi, który uratował kilkadziesiąt tysięcy Ślązaków wywożonych do Donbasu, ale jak widać, grzech zniszczenia ruin jest niewybaczalny.

Racja czasów

Jeśli chcemy oceniać historię przez pryzmat racji czasów, nie możemy się łudzić, że obiekty te mogły przetrwać. Względy polityczne wykluczały odbudowę w latach 50., a oddalając ją w czasie (zakładając, że ruiny by przetrwały) musimy pytać o sensowność budowlaną. W najlepszym wypadku dostalibyśmy coś, co z zewnątrz wygląda ładnie, ale nie jest historyczną tkanką, tylko wydmuszką z okresu PRL-u. Zamek byłby eleganckim oszustwem, a "Mały Wersal" pustą w środku porcelanową lalką.

Na koniec zostaje czynnik ludzki. Górny Śląsk był jedynym miejscem w Polsce Ludowej, w którym lokalna ludność wciąż żywo pamiętała czasy magnaterii. Województwo śląskie było ewenementem na mapie II RP, tu wielkie rody faktycznie funkcjonowały do samego końca, podczas gdy polska szlachta była już tylko cieniem dawnej potęgi.

Biorąc pod uwagę ówczesne nastroje społeczne, trudno się dziwić, że ludzie nie garnęli się do odbudowy. Zresztą czym innym jest przecież urządzić szkołę w zachowanym budynku, a czym innym - odbudowa. My dzisiaj patrzymy na to inaczej: wolimy widzieć piękne budynki, a zapominamy o grabieżach i – przede wszystkim – odsuwamy od siebie perspektywę, że dla wielu były to wówczas pomniki ich krzywdy i wyzysku. I tu dochodzimy do sedna: tak jak dzisiejszą racją czasu jest odbudowa tego typu obiektów, tak dla tamtych pokoleń racją i sprawiedliwością było ich nie odbudowywać.

***

Jednak nie wszystko stracone. W przypadku Świerklańca dziś tylko pieniądze stoją na przeszkodzie, aby odsłonić fundamenty "Małego Wersalu", ukazując jego ogrom, oraz odkopać piwnice i parter średniowiecznego zamku. W przypadku tego drugiego w pełni możliwe jest stworzenie parku archeologicznego. Aby jednak ten projekt doszedł do skutku, potrzebowalibyśmy co najmniej 10–15 lat prac i ogromnych nakładów, na które wsi Świerklaniec nie stać. I tak jakoś się złożyło, że żyjemy w państwie, w którym znajdują się pieniądze na budowę od zera pałacu wzniesionego w sporej części przez carskiego zaborcę a nie ma funduszy, aby wyeksponować prawdziwe pozostałości historii.

Palac Kawalera Swierklaniec

Może Cię zainteresować:

Świerklaniec wygonił Stowarzyszenie Wrazidlok z Pałacu Kawalera. Przewodnicy oprowadzali po pałacu i parku kilka dobrych lat. O co tu chodzi?

Autor: Katarzyna Pachelska

03/01/2026

Palac Baildonow Lubie Zbroslawice 13

Może Cię zainteresować:

Nie ma chętnego na zabytkowy Pałac Baildonów w Łubiu. Rezydencja czeka na nowego właściciela

Autor: Urszula Ważna

14/10/2025

Brama zoo

Może Cię zainteresować:

Główna brama "Małego Wersalu", dziś wejście do śląskiego zoo, wróci do Świerklańca? Zastępca wójta Świerklańca, Adrian Blondzik: Nie ukrywam, że to nasze marzenie, jednak kosztowałoby to ok. 1,5 mln zł

Autor: Katarzyna Pachelska

05/09/2025

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama