Powojenne obozy pracy to nadal temat nieprzerobiony. To przeszłość naznaczona cierpieniem i strachem. To historia obu brzegów Brynicy bez happy endu. Nie ma tu szans na sprawiedliwość czy zadośćuczynienie. Nikt z pokrzywdzonych czy ich rodzin nigdy nie usłyszy nawet banalnego i wymuszonego słowa: przepraszam. A dokonana zemsta to oszukiwanie samego siebie przez tych, którym ją umożliwiono, a także przelewanie krwi zbrodniarzy i niewinnych ludzi. To część dziejów Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego, w której mamy wiele odcieni zła przesiąkniętego polityką i hipokryzją.
To opowieść o tym jak łatwo przychodzi człowiekowi zapomnieć, że po drugiej stronie stoi też człowiek, jak łatwo dać sobie przyzwolenie na okrucieństwo i być adwokatem i sędzią we własnej sprawie. Jak łatwo stać się katem bez sumienia, który potrafi rozsmakować się w swojej profesji i czerpać z niej codzienną satysfakcję. To również historia bezradności, bólu, nadziei i walki o własne człowieczeństwo. I to wszystko w granicach ponoć najbardziej cywilizowanego kontynentu na planecie Ziemia. A może to jednak westybul piekła, który co rusz pudruje się słowami polityków i kaleką propagandą?
Obóz w Świętochłowicach-Zgodzie nie był jedyny
Kiedy wracam do tego tematu, nie mogę pozbyć się z głowy fragmentu książki „Represje na Górnym Śląsku po 1945 roku” autorstwa Zygmunta Woźniczki. On wciąż do mnie powraca i jest tak plastyczny, że widzę wszystko jakby działo się to na moich oczach:
„Edward Loska zamieszkały w Katowicach-Zawodziu, mając 16 lat, razem z ojcem górnikiem kopani węgla „Ferdynand”, został 28 lutego 1945 r. wywleczony z domu o godzinie 22.30 przez uzbrojonych milicjantów i razem z innymi mężczyznami doprowadzony do ratusza w Zawodziu. Następnego dnia w grupie ponad 200 mężczyzn zostali doprowadzeni do Baraków DAF (Deutsche Arbeitsfront) przy ulicy Zamkowej (…). W miejscu tym byli brutalni bici, w wyniku tego wielu zmarło na miejscu. Wieczorem tego samego dnia ok. godz. 20 w ilości około 400 osób zostali pod eskortą ok. 20 milicjantów – („ubowców”) pieszo doprowadzeni do Świętochłowic do Hali Targowej ok. godz. 20. Tam czekała na nich jeszcze jedna grupa milicjantów, uzbrojona w karabiny, kantówki na czele z Salomonem Morelem. Przybyłych w bestialski sposób bito do godziny 2 w nocy. W wyniku tego czterech mężczyzn zastrzelono, pięciu zwariowało. Bicie powtarzało się przez cały czas pobytu w tej Hali. Ludzi torturowano też w ubikacjach, gdzie zamordowano 21 osób. (…) Na bramie obozowej pozostała z czasów okupacji hitlerowskiej, najprawdopodobniej tablica z napisem: „Arbeit macht frei”. (…) Więźniowie byli bici i niedożywieni, co powodowało ich dużą śmiertelność. Pogłębiła ją trwająca od czerwca 1945 epidemia tyfusu i czerwonki (…). Edward Loska wspomina, że 22 maja 1945 roku do obozu przywieziono jedną rodzinę. Ojciec liczył około 33 lata, jego żona około 28, mieli dwoje dzieci, małego chłopaka i niemowlę, które kobieta trzymała na rękach. Zostali oni zamordowani”.
Salomon Morel był przez kilka miesięcy w 1945 r. naczelnikiem obozu pracy w opisywanych tu Świętochłowicach. Potem przenoszono go na posady naczelnika do kolejnych więzień. Morel odznaczał się brutalnością nie tylko wobec więźniów, ale nawet strażników. Woźniczka opisując jego osobę wspomina też o „pijaństwie i malwersacjach finansowych”.
Przywołany historyk kreśli również syntetyczną charakterystykę urodzonego w Dąbrowie Górniczej – Czesława Gemborskiego. Był m.in. komendantem obozu w Łambinowicach. Miał tam być, jak określa to Woźniczka, „panem życia i śmierci”. Życiorysy Morela i Gemborskiego skłaniają do konstatacji, iż obaj byli pozbawieni etycznego kręgosłupa. Człowiek był dla nich jedynie pozycją w statystykach, zaś władza była dla nich najsilniejszym afrodyzjakiem, od której się uzależnili, czerpiąc przyjemność z bezkarności.
Obóz w Świętochłowicach-Zgodzie nie był ani jedyny ani nie był wyjątkiem. Jaworzno, Mysłowice, Bytom, a nawet Oświęcim. I wiele innych. Tego, co działo się za bramami znajdujących się tam obozów nie da się opisać bez emocji.
Ale historyk nie może się im poddać. Nawet jeśli poraża go bestialstwo i wyrachowanie ludzi, którzy przetrwali hekatombę drugiej wojny światowej. Emocje to najbardziej nielojalny i kłamliwy przewodnik po przeszłości. Łatwo stać się jego marionetką.
Nie da się jednak eksmitować ze swojej pamięci opisów bicia, znęcania się, mordowania, cierpienia fizycznego i psychicznego. Jak wyrzucić ze swojej głowy chociażby obraz zmarłych jeńców z bytomskiego obozu przy kopalni „Dymitrow”, którzy byli grzebani w hałdach, których żar doprowadzał do ich spopielenia? Jak…? Jak zapomnieć o słowach jednego z polskich więźniów Oświęcimia, który powiedział: „Metody Niemców były straszne, ale jakiekolwiek polskie są jeszcze gorsze.” Jak…?
„U nas obowiązuje zasada wychowania fizycznego”
Wertując książkę Bogusława Kopki „Gułag nad Wisłą. Komunistyczne obozy pracy w Polsce 1944-1956” możemy trafić na fragment relacji jednej z więźniarek obozu pracy w Jaworznie - Zofii Schubert:
„Kobiety ciężarne po paru tygodniach przeprowadzono do baraku, w którym był szpital obozowy. Dostawaliśmy tam dwieście gramów chleba i chochlę paciary niczym nie kraszonej na dzień. Panował głód i brud. Ludzie z tego głodu i wycieńczenia, i z ciężkiej pracy padali jak muchy (…). Wyłoniły się zakaźne choroby – biegunka, czerwonka oraz tyfus plamisty i brzuszny. (…) Rodziłyśmy w strasznych warunkach. Podkładano pod nas papiery z paczek, bo nie było nawet prześcieradeł ani pieluch i w tej brudnej, kopalnianej wodzie kąpano noworodki. Nie miałyśmy nawet koszulek dla naszych narodzonych dzieci. Z tego brudu były one całe obsypane wrzodami, aż ciało odchodziło od kości. Wiele z nich umarło”.
W pracy Woźniczki znajduje się fragment wypowiedzi dyrektora Departamentu Więziennictwa i Obozów w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) mjr Teofila Dudy, który zarzekał się, że „obozy pracy w Nowej Polsce to nie są niemieckie AL. Czy niemieckie KL. (…) Każdy z tych obozów był obliczany na wyniszczenie fizyczne. U nas obowiązuje zasada wychowania fizycznego”. W książce Kopki znajdziemy jeszcze jeden fragment wypowiedzi mjr Dudy na ten temat. Miał on stwierdzić, iż „obozy pracy przymusowej przeznaczone są dla tych Polaków, którzy w okresie okupacji niemieckiej zgłosili swoją przynależność do narodowości niemieckiej (tzw. volksdeutsche) lub przyznawali się do pochodzenia niemieckiego (tzw. stammdeutsche) i nie zostali zrehabilitowani przez sądy”.
Woźniczka w swojej pracy podaje klasyfikację obozów stworzoną przez Edmunda Nowaka. W przypadku umieszczanych tam osób podzielił je na: „obozy dla niemieckich jeńców wojennych, (…) obozy dla ludności cywilnej, głównie niemieckiej lub przed weryfikacją, (…) obozy dla funkcjonariuszy i członków NSDAP, gestapo, urzędników państwowych, (…) obozy mieszane (…), obozy dla ludności niemieckiej mającej być następnie przesiedlonej do Niemiec oraz dla ludności rodzimej mającej podlegać rehabilitacji i weryfikacji narodowej (…), obozy dla ludności ukraińskiej, (…) obozy dla Polaków”. W tej części publikacji znajdziemy też klasyfikację obozów autorstwa Piotra Madajczyka, które w tym czasie funkcjonowały nad Wisłą. Były to: „obozy wysiedleńcze, obozy pracy i obozy karne”.
W tej samej książce trafiamy na obrazową relację komunistki – Gertrudy Pawlak-Finderowej, która 28 stycznia 1945 r. pojawiła się w Katowicach. Tak opisywała to co została na miejscu:
„(…) Jak tylko przyjechaliśmy do Zagłębia, od razu rozeszła się wiadomość o naszym przybyciu. Widziano naszych towarzyszy w polskich mundurach i tłumy Zagłębiaków wyszły na ulicę. Nasze samochody zostały zatrzymane, otaczano gen. Zawadzkiego, wyciągnięto oficerów, którzy mu towarzyszyli, z samochodów i podrzucano ich w górę. Każdy chciał się z nimi przywitać, ucałować nas (…). Sytuacja radykalnie się odmieniła, gdy przekroczyliśmy granicę ze Śląskiem. (…) Zostaliśmy okna i drzwi zamknięte, a na ulicach nie było ludzi. W oknach wywieszonych było sporo białych i biało czerwonych flag. Jak nam później wyjaśniono ludzie się bali, nie wiedzieli, czy zrobimy ich odpowiedzialnymi za czyny Niemców i za to, co działo się podczas okupacji”.
Aleksander Zawadzki
W wypowiedzi tej pojawia się osoba Aleksandra Zawadzkiego. Zagłębiaka, blisko współpracującego z Moskwą jeszcze w latach 30. XX w. To właśnie on na początku 1945 r. objął funkcję Pełnomocnika Rządu Tymczasowego na Śląsk, a następnie (w tym samym roku) został wojewodą śląskim. Był przeciwnikiem przedwojennej autonomii województwa śląskiego, a za jeden z celów na nowym stanowisku postawił sobie „doprowadzenie do pełnej unifikacji regionu z resztą kraju”.
Na marginesie dodam od siebie, jako historyk zajmujący się dziejami Zagłębia Dąbrowskiego od roku 2004, że każdy polityk, który próbował łączyć, przeobrażać w jeden twór, unifikować Górny Śląsk z Zagłębiem czy z resztą Polski, ponosił spektakularną i wstydliwą porażkę.
O genezie przywołanych powyżej wydarzeń oraz o samej postaci Zawadzkiego napisał artykuł Janusz Mokrosz. Tekst został opublikowany w książce „Oni decydowali na Górnym Śląsku w XX wieku” pod red. Janusza Mokrosza i Mirosław Węckiego. Według Mokrosza Zawadzki nie był jedynie wykonawcą decyzji władz w Warszawie, ale „w dużej mierze samodzielnie kreował politykę administracji rządowej na Górnym Śląsku”.
Autor zaznacza również, iż to właśnie on wraz z wicewojewodą Jerzym Ziętkiem oraz ordynariuszem katowickim Stanisławem Adamskim mieli znaczący wpływ w kwestii losu mieszkańców oraz mieszkanek Górnego Śląska, których imiona i nazwiska pojawiły się na niemieckiej liście narodowościowej (Deutsche Volksliste (DVL)). Mokrosz przywołuje tu wypowiedź Zawadzkiego, który miał stwierdzić, iż „oczywiste jest, że Górnoślązacy pod przymusem wypełniali ankiety umożliwiające ich późniejsze zaszeregowanie do odpowiedniej kategorii DVL. W związku z tym oczekiwali oni „strząśnięcia z siebie plugawego piętna””.
O ile dzięki Ziętkowi i bp. Adamskiemu wojewoda śląski był w stanie zrozumieć skomplikowaną sytuację wielu Ślązaków i Ślązaczek, o tyle wobec Zagłębiaków oraz mieszkańców powiatu zawierciańskiego był surowy. Nie bez powodu. Tam nie było takiego obowiązku/przymusu jak po drugiej stronie Brynicy. Mokrosz ponownie przywołuje słowa Zawadzkiego, który mówił „o konieczności surowszego postępowania wobec tej grupy mieszkańców województwa, co uzasadniał tym, że nie można ich czynów w żaden sposób usprawiedliwić”.
Folksdojcze z Zagłębia
Problem w tym, że w przypadku Zagłębia w kwestii DVL, moim zdaniem nie można mówić o tzw. nieskazitelnych etycznie Zagłębiakach, którzy nie podpisali się na tym dokumencie i czarnych charakterach, którzy to uczynili. Tutaj każdy przypadek należy rozpatrywać osobno. Niezwykle łatwo przychodzi nam ferować oceny nie stojąc na miejscu ludzi, których opisujemy i nie podejmując tak trudnych decyzji jak oni w skrajnych warunkach jakimi były wojna i okupacja. Jak wiele osób na małopolskim brzegu Brynicy musiało wybierać między lojalnością wobec swojej ojczyzny a życiem bliskich? Jak wielu z nich decydowało się na podpisanie DVL jedynie w wyniku tzw. chłodnej kalkulacji?
Jak pisze w swojej pracy Woźniczka, zgodnie z dekretem z 28 lutego 1945 r. „o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów” i ustawą z 6 maja 1945 r., „dopuszczały one rehabilitację osób wpisanych od 2. do 4. niemieckiej grupy narodowościowej. Osadzeniu w obozie (…) podlegały osoby, co do których sąd grodzki oddalił wniosek o rehabilitację i wydał postanowienie o umieszczenie w obozie na czas nieokreślony. Osoby zaliczone do 1. grupy narodowościowej w ogóle nie podlegały rehabilitacji”.
Ręce do pracy
Na początku 1945 r. w Ministerstwie Przemysłu powołano do życia Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego z siedzibą w Katowicach. W marcu tego samego roku powstało kilka zjednoczeń przemysłu węglowego. Jak pisze wspomniany Woźniczka: „przejęły one pod zarząd państwowy majątek przedsiębiorstw posiadających kopalnie węgla kamiennego w dawnym województwie śląskim oraz w okręgach węglowych krakowskim i dąbrowskim”. Dalej czytamy, iż wspomniana instytucja w maju porozumiała się z Wydziałem Więziennictwa i Obozów Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach w kwestii pracy więźniów w kopalniach. Zgodnie z nią zakłady „miały ponosić koszty utrzymania obozów oraz płacić za pracę więźniów gotówką lub dostawami węgla”.
Powoli zbliżała się kolejna zima. Na kopalniach brakowało rąk do pracy. A rodziny po obu brzegach Brynicy chciały znowu normalnie żyć i z pewnością większości z nich nie obchodziło kto fedruje, byle był węgiel, który pozwoli się ogrzać i nie zmarznąć ich dzieciom bądź wnukom.
Jak wyglądała sytuacja w zagłębiowskich obozach pracy? Przeglądając monografię miast położonych na małopolskim brzegu Brynicy trafia się na syntetyczne notki na ten temat.
W monografii Sosnowca pod red. Antoniego Barciaka i Andrzeja T. Jankowskiego, w części napisanej przez Kazimierza Miroszewskiego, czytamy, iż obozy na terenie miasta powstawały w wyniku współpracy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i Dąbrowskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego oraz na mocy postanowienia Rządu Tymczasowego RP. W obozach mieli przebywać więźniowie, osoby internowane oraz „jeńcy niemieccy przekazani Polsce przez ZSRR”.
Następnie autor wymienia kopalnie i obozy, przy których one działały. Były to następujące zakłady: „Hr. Renard”, „Milowice”, „Klimontów”, „Kazimierz-Juliusz”, „Niwka”. Największa śmiertelność spowodowana m.in. fatalnymi warunkami panującymi w obozach oraz brakiem doświadczenia w pracy na kopalni, miała miejsce w zakładzie „Hr. Renard” (106 osób) i „Niwce” (89 osób). Miroszewski zaznacza, że „w latach 1948-1949 nastąpiła akcja wywózki jeńców do poszczególnych stref okupacyjnych Niemiec”. Wcześniej liczba osób przebywających jako więźniowie w obozach zmieniała się z powodu wysokiej liczby zgonów, ucieczek oraz wypuszczania na wolność na mocy decyzji komisji Wojewódzkiej Rady Narodowej.
W pracy Kopki znajdziemy informację, którą można traktować jako uzupełnienie tej wiedzy. Chodzi tu o datację likwidacji ostatnich obozów pracy dla jeńców niemieckich i volksdeutschów. Był to przełom 1950/1951 r.
W monografii Czeladzi pod red. Jana Drabiny, Ryszard Kurek wspomina o „jeńcach wojennych”, których umieszczono „w dawnych barakach jeńców angielskich” i którzy pracowali na kopalni „Czeladź”. Pisze też o jeńcach na kopalni „Saturn”. Wszystko to okraszone jest garścią liczb i statystyk.
Nieco więcej informacji znajdziemy w monografii Dąbrowy Górniczej pod red. Arkadiusza Rybaka, Andrzeja J. Wójcika i Zygmunta Woźniczki. W podrozdziale, którego autorem jest Kazimierz Miroszewski, mowa jest o obozie pracy przymusowej funkcjonującym „na terenie byłego obozu niemieckiego dla jeńców angielskich” w latach 1945 – 1948 przy kopalni „Paryż”. Znaleźli się tam jeńcy niemieccy, a także więźniowie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Funkcję komendanta obozu powierzono Feliksowi Wodarskiemu. Jeńcy pracowali codziennie przez dziesięć godzin, a „w co drugą niedzielę zatrudniano 50% uwięzionych”. Zmieniająca się liczba więźniów była podyktowana identycznymi powodami jak w przypadku Sosnowca. W dąbrowskim obozie panowały katastrofalne warunki bytowe: „brakowało odzieży, obuwia, środków czystości i medycznych oraz przede wszystkim jedzenia”. Zmarłych chowano na cmentarzu w Będzinie.
Nie sposób znaleźć czegokolwiek w omawianej tu sprawie w monografii miasta Będzina, pod red. Marii Z. Pulinowej, Jerzego Sperki i Anny Glimos-Nadgórskiej. A może coś mi umknęło choć uważnie przewertowałem tom z powojennymi dziejami tego miasteczka.
Obóz w Grodźcu
Przyjrzyjmy się zatem z mojej perspektywy powojennemu obozowi pracy w Grodźcu. Kilka lat temu, na łamach Klubu Zagłębiowskiego, opublikowałem tekst dotyczący tej sprawy. W swoich badaniach nad tym tematem opierałem się na dokumentach znajdujących się w zbiorach Archiwum Państwowego w Katowicach oraz księgach metrykalnych parafii p.w. św. Katarzyny w Będzinie – Grodźcu, a także na wiedzy zawartej w przywoływanych tu pracach Zygmunta Woźniczki oraz Bogusława Kopki, a także na książce Jerzego Kochanowskiego „W polskiej niewoli. Niemieccy jeńcy wojenni w Polsce 1945 – 1950”.
Zgodnie z moimi ustaleniami (opublikowanymi na łamach Klubu Zagłębiowskiego) od drugiej połowy XIX w. do roku 1915 Grodziec, który był wsią, stanowił część gminy gzichowskiej,, znajdującej się w powiecie będzińskim, należącym do guberni piotrkowskiej w Cesarstwie Rosyjskim. We wspomnianym roku, niemieckie władze, które podczas pierwszej wojny światowej kontrolowały ten teren, przeniosły siedzibę gminy z Gzichowa do Grodźca. Był to efekt rozporządzenia niemieckiego naczelnika powiatu będzińskiego – Roberta Büchtinga z 15 lipca 1915 r. Gzichów i pobliski Małobądz zostały włączone w granice miasteczka Będzin. Podczas dwudziestolecia międzywojennego Grodziec był częścią Drugiej Rzeczpospolitej, a w trakcie drugiej wojny światowej włączono go do Trzeciej Rzeszy. W roku 1945 w Grodźcu powstała Gminna Rada Narodowa. Sześć lat po zakończeniu wojny Grodziec zyskał prawa miejskie. Stracił je w roku 1975, kiedy to stał się dzielnicą Będzina.
Obóz pracy przy Kopalni Węgla Kamiennego „Grodziec” (przed drugą wojną światową „Grodziec II”; w niektórych źródłach pojawia się nazwa: podobóz) dla jeńców wojennych, służących w niemieckiej armii funkcjonował w latach 1945 – 1948/49. Oprócz nich, przebywali tu także więźniowie. Obozowi przyporządkowano numer: 301/II/2.
Po drugiej wojnie światowej tymczasowym kierownikiem Grodzieckiego Towarzystwa Kopalń Węgla i Zakładów Przemysłowych (które powstało w 1899 r. i do którego należała kopalnia) został Stefan Piotr Jan de Summer Brason.
Urodzony w roku 1901 w Rzeszowie. Syn Alojzego i Wandy z domu Zathey. Podporucznik rezerwy. Z wykształcenia inżynier górniczy. Ukończył Akademię Górniczą w Krakowie. W 1945 r. wziął ślub z Wandą Marią Narkiewicz – Jodko. Stefan Brason pracował w zawodzie zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym jak i podczas drugiej wojny światowej. Początkowo pełnił funkcję inżyniera ruchu, a w czasie okupacji sztygara objazdowego oddziału elektryczno-mechanicznego na dole. W 1940 r. został pozbawiony stanowiska na kopalni. Niedługo po tym umieszczono go w obozie koncentracyjnym w Dachau. W styczniu 1945 r. był zastępcą dyrektora zakładu, tj. Stanisława Skarbińskiego juniora. Nominację na tymczasowego kierownika Grodzieckiego Towarzystwa Brason otrzymał 6 lutego 1945 r. od pełnomocnika Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów dla Spraw Gospodarki na Zagłębie Dąbrowskie. Zmarł w 1989 r. Jest pochowany obok żony na cmentarzu komunalnym w Będzinie.
Trudno określić dokładną liczbę jeńców, która znajdowała się w grodzieckim obozie. Zarząd gminy Grodziec w styczniu 1946 r. w piśmie do starostwa powiatowego w Będzinie stwierdzał, iż „przy kopalni Grodziec II, znajduje się obóz jeńców niemieckich narodowości niemieckiej w liczbie 360 osób”. W lipcu przebywało ich tu 278. Byli to głównie Niemcy i Ślązacy. Niemieccy jeńcy mieli swojego tłumacza, który był łącznikiem między nimi, a strażnikami, władzami obozu i polskimi urzędnikami. Część z jeńców była cywilami. Pozostali służyli w czasie wojny m.in. w Wehrmachcie bądź w Waffen – SS.
Na grodzieckiej kopalni pracowali także jeńcy, którzy przebywali na terenie obozów przy kopalniach: „Saturn” w Czeladzi i „Jowisz” w Wojkowicach Komornych.
Jeńcy znajdujący się w grodzieckim obozie (pilnowanym przez strażników) zostali zakwaterowani w barakach, przy których znajdowała się wartownia. Ogrodzenie stanowił „pojedynczy płot druciany, w odległości od tego 1-10 mtr. Stary płot drewn. 3 budki strażnicze na słupach”.
W październiku 1945 r. w Grodźcu przewodniczący rady zakładowej wraz z radą zakładową, zawiadowca grodzieckiej kopalni oraz lekarz kopalniany (Stanisław Karsz) dokonali oględzin lekarskich zmobilizowanych jeńców z obozów w Pile i Gorzowie. U czterech Niemców stwierdzono m.in.: złamanie lewego palucha, owrzodzenie lewej ręki, astmę, problemy z sercem, wrzód podudzia i głuchotę. W związku ze zdiagnozowanymi schorzeniami, osoby te wykluczono z pracy fizycznej na dole na kopalni.
W latach 1945 – 1948 zmarło tu 27 jeńców. Grzebano ich na lokalnym cmentarzu parafialnym. Posługę kapłańską w tym czasie pełnił w grodzieckiej parafii ks. Julian Suma (1945 – 1960). Obecnie nie ma śladów po tych pochówkach.
Jedną z najczęstszych przyczyn śmierci w grodzieckim obozie była gruźlica płuc. Poza nią odnotowano także zgony w wyniku: zwyrodnienia serca, apopleksji, zapalenia otrzewnej, zapalenia płuc i opłucnej oraz owrzodzenia gardła. W księgach metrykalnych parafii p.w. św. Katarzyny w Będzinie – Grodźcu znajdują się cztery akty zgonu osób określanych tam jako jeńcy wojenni. Byli to: Weiss Albert (lat 44, urodzony w Ulm, żonaty), Wagner Günter (lat 41, urodzony we Wrocławiu, żonaty), Conrath Walter (lat 35, urodzony w Mannheim, żonaty) i Tomasz Risberg (lat 45, urodzony w „Bolko na Opolu”, żonaty). Trzej pierwsi zmarli pod koniec 1945 r., ostatni z wymienionych na początku 1946 r. Co ciekawe we wszystkich aktach zgonu zapisano, iż osoby te były zamieszkałe w Grodźcu.
W źródłach pojawia się także przypadek samobójstwa. Jeden z jeńców w roku 1946 uciekł z obozu, ale udało się go pojmać w pobliskiej Łagiszy. Tam umieszczono go w areszcie, gdzie powiesił się. Prócz tego przypadku ucieczki, zanotowano jeszcze jeden, w tym samym roku. Z obozu zbiegło wówczas dwóch jeńców. Po nieudanych poszukiwaniach, zawiadomiono posterunek Milicji Obywatelskiej w Grodźcu oraz Rejonową Komendę Straży Przemysłu Węglowego w Sosnowcu.
Do naszych czasów zachował się „Schemat pracy naczelnika podobozu” przy grodzieckiej kopalni. Składał się on z następującej listy zadań (pisownia oryginalna):
– Kontrola punktualnego budzenia rannej zmiany
– Kontrola punktualnego wydania kawy i chleba dla rannej zmiany
– Kontrola stanu liczbowego i punktualnego odmarszu do pracy rannej zmiany
– Kontrola ogólnej pobudki
– Kontrola i dopilnowanie mycia i kąpania jeńców i więźniów rano oraz po powrocie -poszczególnych zmian
– Kontrola czyszczenia i uporządkowania sztub i całego obozu rano, przedpołudniem i wieczorem
– Kontrola dezynfekcji odzieży, przeprowadzenie apelów zdrowotnych, stwierdzenie zawszenia
– Przeprowadzenie apelów liczbowych i sprawdzenie codziennego stanu z notatkami straży
– Kontrola odmarszu zjeżdżających: o 12.00, 15.00, 20.00 i 23.00 godzinie
– Dopilnowanie porządku w nocy na sztubach (spanie bez spodni i bluzek) i sprawdzenie stanu w obozie policząc z służbowym pozostałych na sztubach
– Kontrola punktualnego wydawania karbitu, dopilnowanie porządku lamp
– Dopilnowanie stanu odzieży, bielizny i obuwia (ustalenie w codziennych raportach koniecznych zamian bluzek, spodni, obuwia i.t.p.)
– Dopilnowanie pracy w warsztacie szewieckim i krawieckim
– Dopilnowanie pracy fryzjera (sprawdzenie fryzury)
Bicie i katowanie
Na porządku dziennym w zagłębiowskich obozach pracy było bicie, które kończyło się nieraz poważnymi urazami, a nawet śmiercią. Jerzy Kochanowski w pracy „W polskiej niewoli. Niemieccy jeńcy wojenni w Polsce 1945-1950” zauważa, iż: „(…) w kopalniach i obozach leżących poza historycznym Górnym Śląskiem, przejawy sympatii dla jeńców były sporadyczne, a znacznie częściej niż przypadki pomocy zdarzały się np. pobicia. Wyróżniane było zwłaszcza Zagłębie Dąbrowskie, którego obozy jeszcze w połowie 1948 r. odznaczały się ignorowaniem przepisów obowiązujących w obozach przemysłu węglowego i wyjątkowo złośliwym traktowaniem jeńców”. Dopiero zdecydowana reakcja władz w roku 1947 spowodowała ukrócenie tego procederu.
W piśmie znajdującym się w dokumentach Departamentu Więziennictwa i Obozów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z tego samego roku, dotyczącym grodzieckiej kopalni, wskazywano na powszechny proceder bicia jeńców. Przyczyny takiego stanu rzeczy tłumaczono w następujący sposób:
„Zjawiska te są konsekwencją obchodzenia się niemców z tymi właśnie górnikami w czasie okupacji. Ci sami górnicy w czasie okupacji katowani byli w kopalni, w której dziś pracują. Układano ich pokotem na ziemi i maszerowano po nich. Nic więc dziwnego, że dziś szukają okazji do rewanżu na jeńcach, mimo zakazu bicia. Wypadki te nie mają nic wspólnego z dyrekcją kopalni”.
Podczas Narady Wytwórczej grodzieckiego zakładu (odbytej w 1947 r.) dyrektor inż. Stefan Brason stwierdził, że „robotnicy polscy, szczególnie w III i IV polu, stosują w stosunku do niemców metody, jakie niemcy stosowali w stosunku do nas. Są to metody hitlerowskie, które potępił cały świat, wobec tego nie powinniśmy ich naśladować”. Brason zauważył także, że polscy robotnicy handlują różnymi towarami z Niemcami, co było według niego zjawiskiem nagannym.
Na tym samym spotkaniu również zawiadowca Kazimierz Budziasz poruszył kwestię jeńców: „Nierównomierność w postępowaniu z niemcami: jednych trzyma się do godz. 5-tej a inni są już pod szybem o godz. 2-giej. Wykorzystanie niemców jest dla nas rzeczą zasadniczą. Jest rzeczą pewną, że niemcy zostaną do końca 1948 r. przez ten czas należy ich wykorzystać”.
Zabrali również głos robotnicy kopalniani, którzy narzekali, „że jest wielu niemców, którzy nie chcą pracować. Naoczni świadkowie stwierdzają, że stosunek do strajkujących jeńców jest wrogi, biją ich i kopią. Niemcy skarżą się im na nędzne wyżywienie, zamiast zupy dostają wodę, są osłabieni, wymiotują w czasie pracy. Na wniosek dyr. Brasona uchwalono, aby wszystkie resztki z kuchni oddawać do obozu”.
Na spotkaniu robotnicy protestowali przeciwko zakazowi bicia jeńców. Wówczas komendant obozu podczas „ostrej wymiany zdań” (w protokole jednoznacznie nie określono z kim) stwierdził, że Niemcy są w obozie głodzeni.
Na grodzieckiej kopalni dochodziło również do innych nadużyć. W 1945 r. jeńcy zebrali kwotę 8 860 Rentenmark i wręczyli ją jednemu ze strażników, celem wymiany pieniędzy na polską walutę. Strażnik wspomnianą gotówkę przyjął, jednakże nie przekazał jeńcom żadnych pieniędzy. Ci postanowili wydać go referentowi Mobilizacyjnych Sił Roboczych. Urzędnik zwrócił się do Wydziału Bezpieczeństwa w Dąbrowskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego o wszczęcie śledztwa w tej sprawie. Podczas inspekcji w obozie w 1946 r. okazało się, iż jeńcy mający pracować na kopalni są bezprawnie wysyłani do osób prywatnych by wykonywać tam określoną pracę.
W roku 1948 śmiertelnemu wypadkowi uległ jeden z jeńców z grodzieckiego obozu, wojskowy w stopniu sierżanta. Podczas wykonywania obowiązków porozumiewano się z nim poprzez tłumacza. Według oświadczenia dyrektora kopalni, miał on nie stosować się do przepisów bezpieczeństwa. Wbrew poleceniu dozorcy, aby jeniec „podczas zrzucania drzewa duklą znajdował się kilka metrów od podszybia dukli, lekkomyślnie wybierał drzewo przy równoczesnym spadaniu następnych sztuk”. Miał on również zlekceważyć ostrzeżenia Niemca, który w tym czasie wykonywał swoje obowiązki na nadszybiu dukli, której głębokość wynosiła 10 metrów.
W lutym tego samego roku, podczas zebrania Narady Wytwórczej grodzieckiego zakładu, dyrektor Brason omówił sytuację jeńców na terenie kopalni:
„Na naszej kopalni sprawa niemiecka przedstawia się w ten sposób, że zagrożono nam zlikwidowaniem obozu w przeciągu dwóch miesięcy za bicie i katowanie niemców. Jest to wielka groźba dla naszej kopalni, gdyż jest to sprawa utrącenia planu i zarobków. Nie będziemy w stanie dać takiego wydobycia, jak obecnie, nie zrobimy normy. Wśród naszej załogi interesujący się niemcami dzielą się na 2 kategorie: opiekunowie, którzy posuwają się do tego, że przejmują potajemnie i nadają na pocztę listy niemieckie, szkalujące polski naród, które po tym docierają do Komisji Międzynarodowej, oraz sadyści, którzy znęcają się nad niemcem bez względu na to, czy jest słaby, czy chory. Człowieka, który ułatwia niemcom przesyłanie listów bez cenzury, postawi się przed sąd, jako sabotażystę. Ale tak samo będzie karany człowiek, który niemców bije, gdyż obecnie jest pokój i ochrona praw człowieka obowiązuje. Czynimy wielkie starania, by utrzymać obóz, ale pod warunkiem, że nie będzie powodów do zażaleń ze strony niemieckiej na złe traktowanie”.
We wspomnianym roku MBP stwierdziło w grodzieckim obozie m.in. poważny problem z pluskwami, kiepski stan sanitarny (brak odpowiednich urządzeń), a także błędy organizacyjne administracji.
Już po wizycie w Grodźcu przedstawiciela Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, strona polska doszła do następującego wniosku: „ze względu na warunki pracy oraz pewnego rodzaju nieumiejętna postawa Dyrekcji kopalni w Grodźcu w stosunku do zagadnienia pracy jeńców nasuwa wniosek zlikwidowania tego obozu”. Przedstawiciel MBP nie widząc perspektyw na poprawę sytuacji w grodzieckim podobozie zdecydował w 1948 r. o jego likwidacji.
Na marcowym spotkaniu Narady Wytwórczej dyrektor Brason odniósł się do wspomnianej decyzji:
„Mimo usilnych starań nie udało się zapobiec rozwiązaniu obozu. Ostatni wypadek – pobicie 2 niemców w 33 szybiku przypieczętowało sprawę. Udało nam się uzyskać tylko tyle, że dyr. Szczepalski pozwolił zamiast jeńców dać więźniów, ale są to ludzie starsi i wyniszczeni, tak, że nie będą pracować wydajnie. Likwidacji obozu zawinili ludzie, którzy nie stosują się do poleceń i wymierzają samosądy. (…) Będziemy wyciągać konsekwencje w całej rozciągłości”.
Co się stało z niemieckimi jeńcami?
Co stało się z jeńcami? Wiadomo jedynie tyle, że część z nich w maju 1948 r. została przeniesiona do obozów jenieckich przy cementowni „Saturn” oraz kopalni „Jowisz” w Wojkowicach Komornych. Ich dalszy los jest nieznany.
Tyle źródła i opracowania. A relacje więźniów lub postronnych świadków tamtych wydarzeń? Nie ma. Ewentualnie leżą w jakiejś zakurzonej szufladzie.
Zacząłem rozpytywać swoich grodzieckich znajomych i osoby związane z obecną dzielnicą Będzina. Miasta, które obecnie przypomina schorowanego tułacza – zagłębiowskiego Matuzalema, który utknął w czasie i przestrzeni.
Odpowiedzi, które otrzymuję niewiele różnią się od siebie. To korowód powtórzeń i synonimów. Jedni nic nie wiedzą o tej sprawie mając mglistą świadomość, że w Grodźcu byli przetrzymywani jeńcy niemieccy, ale nic poza tym. Inni dowiadują się o tym po raz pierwszy. W autobiografii Grodźczanina – Cezarego Chlebowskiego („Bez pokory”) nie ma nawet akapitu o tym.
Napisałem w tej kwestii do znawcy historii Grodźca – Jerzego Wieczorka. To wspaniały człowiek, którego znam od czasów szkoły podstawowej i którego niezwykle cenię za jego uczciwość, rzetelność, pracowitość, kulturę osobistą i szacunek do miejsca, w którym żyje oraz jego przeszłości. Oprócz potwierdzenia przez niego części informacji, które mam, niestety niczego więcej się nie dowiaduję. Pan Jerzy mówi mi też o świadkach, którzy mogliby coś na ten temat powiedzieć, ale od dawna już nie żyją. Na koniec dodaje jednak coś nowego dla mnie. Według jego wiedzy obóz znajdował się na „końcu ulicy Konopnickiej”, ale nie wie dokładnie gdzie.
Postanowiłem zapytać o tę sprawę także dr inż. Dorotę Starościak, potomkinię Skarbińskich oraz autorkę książki „W dziełach swoich… Przemysłowcy i społecznicy Zagłębia Dąbrowskiego w XIX i XX w.”. To właśnie w niej opisuje dzieje swojej rodziny.
Stanisław Skarbiński junior (1886-1969) który przed wybuchem drugiej wojny światowej stał na czele Grodzieckiego Towarzystwa Kopalń Węgla i Zakładów Przemysłowych, którego właścicielem został w latach 30. XX w. belgijski koncern „Solvay”. Od 1.01.1945 do 31.03.1945 r. był dyrektorem kopalni „Grodziec II”. Później zdegradowano go do funkcji kierownika administracyjnego. Pod koniec swojego życia pracował na Kopalni Węgla Kamiennego „Jowisz” w sąsiadujących z Grodźcem Wojkowicach Komornych. Pełnił tam funkcję dyrektora ds. inwestycji. Zmarł w 1969 r. Został pochowany na cmentarzu ewangelickim w Sosnowcu, „w kwaterze rodziny Schӧnów”.
Pani Dorota nie miała dla mnie żadnych informacji na temat grodzieckiego obozu. W jej domu nic się o tym nie mówiło. Ta sprawa w ogóle tam nigdy nie zaistniała, a przynajmniej w jej obecności. Wierzę jej. Znam ją od wielu lat. To osoba, która nie ukrywałaby niczego istotnego z historii swoich przodków. Również i w tym przypadku, choć to mroczny epizod z przeszłości Grodźca. Sama też nie mogła być świadkiem ówczesnych wydarzeń. Jej wizyty tutaj zaczęły się dopiero w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, gdy obozu już nie było.
To może potomkowie ówczesnego lekarza kopalnianego – Stanisława Karsza coś mogliby wiedzieć? Warto spróbować i pójść tym tropem.
Przywołany tu Stanisław Karsz (1878-1951) przed rokiem 1914 został zatrudniony przez wspominane tu wielokrotnie grodzieckie przedsiębiorstwo. Pracował w kopalnianym szpitalu oraz ambulatorium. Po pierwszej wojnie światowej został ordynatorem miejscowego szpitala. Był cenionym i lubianym fachowcem. Udzielał się też społecznie. Zmarł w 1951 r.
Niestety i tu trafiłem na ślepą uliczkę. Od potomków Karszów niczego się nie dowiem. Wszystko, co wiedzieli żyjący członkowie tej rodziny przekazali Dorocie Starościak, która opublikowała to w swojej książce wydanej w roku 2014. Nic więcej nie mają do powiedzenia. Kolejne drzwi zamykają się przede mną.
Ale te drzwi są już wiekowe i skrzypią w nich zawiasy niczym potępieńcze dusze. Pani Dorota przypomniała sobie, że wnuk doktora Karsza wspominał jej podczas rozmowy w roku 2009, że w budynku przedwojennego szpitala przy ul. Konopnickiej „znajdował się obóz jeniecki dla żołnierzy niemieckich”. Na informację tę, w jednym z numerów czasopisma „Nowe Zagłębie” trafił także pasjonat historii Grodźca – Michał Nikodem. Na portalu społecznościowym Facebook prowadzi świetny profil: „Grodziec i Okolice”. On też zainteresował się tą sprawą i stara się znaleźć nowe tropy.
Budynek kopalnianego szpitala został zbudowany w roku 1902 przez przywoływane tu Grodzieckie Towarzystwo Kopalń Węgla i Zakładów Przemysłowych. Z dokumentów zachowanych w Archiwum Państwowym w Katowicach wynika, iż posiadał on ogród przeznaczony dla pacjentów, a także ogród warzywny. Szpital dysponował czterema wannami „dla hygienicznych kąpieli”, a także centralnym ogrzewaniem. W roku 1928 posiadał dwa oddziały: chirurgiczny oraz wewnętrzny. Było tam wówczas dostępnych 45 łóżek. Pod koniec lat 40. XX w. urządzono w nim hotel dla „przyjezdnych pracowników” miejscowej kopalni. Był to tzw. Dom Górnika. Pod koniec lat 70., na miejscu zburzonego szpitala, zbudowano nowe bloki.
Nikt nie widział, nikt nie słyszał...
Skarbiński, Karsz, Brason. Oni musieli mieć wiedzę na temat grodzieckiego obozu. Wszyscy nie żyją. Podobnie jak Maria Ciechanowska (1863-1953), właścicielka grodzieckich dóbr, którą po wojnie władza komunistyczna pozbawiła własności i zmusiła do szukania dachu nad głową u obcej osoby. Być może i ona dysponowała jakąś wiedzą. Zresztą Ciechanowscy i Skarbińscy przed wrześniem 1939 r. znali się bardzo dobrze i współpracowali ze sobą. Nieco mniejszym zasobem informacji, ale równie cennym dysponowali z pewnością strażnicy obozowi oraz robotnicy, z którymi pracowali jeńcy. Do tego dochodzą ich rodziny.
Wszyscy z nich swoje rozmowy, spotkania, konfrontacje, obserwacje i grzechy zabrali ze sobą do ciasnych grobów, których metraż wyznaczały łopaty zmęczonych grabarzy.
Dlaczego Skarbiński i Karsz nie mówili o obozie w swoich domach? Ewentualnie, jeśli już to robili to najprawdopodobniej wiedza ta (poddana autocenzurze ze względu na drastyczne szczegóły) zostawała tylko pomiędzy nimi a ich żonami. Domyślam się, że dzieci i krewni nie powinni się dowiedzieć, bo mogliby dzielić się wrażliwą wiedzą z osobami postronnymi. A to mogłoby skończyć się represjami lub utratą pracy. Inną formą sankcji mogło być więzienie. Niewykluczone, że obaj (a także Brason) zostali uświadomieni o takich konsekwencjach przez wyznaczone przez aparat władzy osoby.
A co z pozostałymi? Nikt nic nie widział. Nikt nic nie wie, nie słyszał o tym od swoich krewnych. Z powojennym obozem jest jak z grodzieckimi Żydami. Wiedza o jednym i drugim nie zachowała się w pamięci miejscowych. A ci co takową posiadali od dawna są lokatorami na pobliskiej nekropolii. Starozakonni żyli od wieków w Grodźcu. Byli częścią tej społeczności. Zostali zamordowani przez Niemców podczas drugiej wojny światowej i kilkusetletnia historia tutejszych Żydów została jakby wymazana z pamięci miejscowych.
Obóz znajdował się w pobliżu kopalni. Nie sposób było go przeoczyć. A nowa infrastruktura na pewno była tematem rozmów w domach mieszkańców i mieszkanek obecnej dzielnicy Będzina.
Byli i… ich nie ma. Sprawa zamknięta. Życie toczy się dalej. Żadnych wspomnień, emocji, uczuć, pamiątek, zdjęć. Nic. Przeraźliwe jedno wielkie nic. Taki brak transferu pamięci o tak istotnych wydarzeniach może mieć kilka powodów. Grodźczanom żyjącym podczas drugiej wojny światowej i tuż po niej nie na rękę było mówienie swoim dzieciom i wnukom o tym, co zdarzyło się podczas okupacji i po jej zakończeniu. W takim razie jak dużo na sumieniu mieli świadkowie tamtych lat? Czy skorzystali na tym, co stało się w latach 40. XX wieku? A może wygrał w nich strach, który zagłuszył potrzebę dzielenia się okrutną prawdą? A może ludzie po prostu nie chcieli wracać pamięcią do okrucieństwa wojny jakie widzieli i jakiego sami doznali? Może starano się na nowo ułożyć sobie życie i nie obciążać kolejnych pokoleń traumą śmierci? Zbyt wiele tych „może”.
Niezależnie do jakich wniosków dojdziemy, nie ulega wątpliwości, że nie możemy stosować tu odpowiedzialności zbiorowej, a Grodziec nie może stać się przysłowiowym kozłem ofiarnym, który wybieli sumienia reszty Zagłębia.
Kilkanaście lat temu rozmawiałem z jednym z wiekowych Grodźczan. To było kolejne spotkanie, podczas którego, przy kawie i ciastkach rozmawialiśmy o powojennej historii tych terenów. Tematy przez nas poruszane dotyczyły głównie przemysłu, sportu, pobliskiego parku Rozkówka oraz młodości i pasji mojego rozmówcy. Pomimo upływu lat i pewnych dolegliwości, był to człowiek, który cieszył się niezłą jak na swój wiek kondycją, a jego umysł pracował na pełnych mocach przerobowych.
W pewnym momencie ów Grodźczanin pokazał mi sygnet. Pomyślałem: ot, rodzinna pamiątka przekazywana z pokolenia na pokolenie. Pozłacany sygnet ze zdobionym korpusem i kwadratową tarczą z grawerunkiem w postaci inicjałów. Na pierwszy rzut oka: świetna robota, choć nie była to luksusowa biżuteria wysadzana drogocennymi kamieniami. Ale po bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec, że otoczki inicjałów, stylizowanych na średniowieczne, są wykonane niedbale, a sam sygnet nie był odpowiednio konserwowany co spowodowało, że doszło do jego „wytarcia” i zmiany koloru tarczy na srebrzystą.
Mój rozmówca zauważył, że zainteresowała mnie ta biżuteria. Widział, że bacznie ją lustruję. Sądzę, że liczył na taką reakcję z mojej strony. Aby nie trzymać go w niepewności, skomplementowałem jego własność i po chwili zapytałem, co ta za rzecz? Odpowiedział mi, że na sygnecie znajdują się inicjały jego ojca, dla którego wykonał go jeniec z grodzieckiego obozu. Zaskoczony i zaintrygowany dopytywałem o szczegóły, ale mój rozmówca nic więcej nie wiedział. Rodzinna historia wyzuta z emocji. Usługa i jej materialny efekt.


