Max Karl-Ludwig Steckel. Śląska Biblioteka Cyfrowa
Odpoczynek górników po pracy. Początek XX wieku

Dariusz Zalega: Dlaczego 150 lat temu górnicy szli do gospody i wlewali w siebie nastrój bajkowy? Bo musieli... rozmienić

Alkohol lał się tam strumieniami, ale to jasne. To jednak gospody, knajpy, restauracje były dawniej jedynymi miejscami, gdzie ludzie mogli się spotykać i dyskutować – z dala od uszu urzędnika i proboszcza.

Zbigniew Rokita, w ubiegłotygodniowym wywiadzie dla portalu Ślązag, wspominał o sentymencie do starych śląskich szynków. No bo tam to dopiero można usłyszeć historie... Znad piwa czy sznapsa snują się opowieści nie tylko emerytów. Te lokale rzeczywiście oddają choć trochę ducha roli, jaką pełniły dawniej takie lokale. „Gospoda jako przestrzeń komunikacyjna w kajzerowskiej Rzeszy”, „Gospoda jako miejsce wypoczynku i polityzacji”, to wybrane tytuły mniej lub bardziej naukowych opracowań poświęconych temu zagadnieniu. O historii gospody jako schronienia politycznego, możemy przeczytać na stronie Deutschlandfunk: „Władze imperium obawiały się karczm jako miejsc buntu, a robotników publicznie stawiały pod pręgierzem jako 'pijaków'”.

Pijaństwo zorganizowane

Oczywiście, nie róbmy z robotników świętych. Picie pozwalało uciec od świata nie rokującego żadnych nadziei na przyszłość. Piło się jednak i na plebaniach, i w pałacach arystokratów. Model tego pijaństwa – o ile można tak powiedzieć - był jednak inny niż w zaborze rosyjskim czy austriackim, gdzie polska szlachta dalej zarabiała na przywileju propinacyjnym, czyli na upijaniu chłopów (w Galicji gorzelnie były najszybciej rozwijającą się gałęzią gospodarki). Na Śląsku nie było „przymusu” pijaństwa, choć czasem o to się ocierano.

Większość kopalń górnośląskich wypłacała jeszcze w latach 70. XIX wieku zarobki nie poszczególnym górnikom, lecz grupowo, ich zespołom. Nazywano to Kameradschaftliche Lohnung. Taki sposób wypłacania należności był oczywiście wygodny dla dyrekcji, gdyż odpadała konieczność sporządzania list pojedynczych wypłat. Problem był w tym, że aby zamienić otrzymane banknoty na drobniejsze, całe grupy górników udawały się z reguły do karczmy. W ten sposób, w dniach wypłaty, alkohol się lał strumieniami, a górnicy tracili sporą część zarobku. No bo musieli rozmienić...

W styczniu 1880 roku górnicy kopalni „Radzionków” (Radzionkaugrube) otrzymali wypłatę o jedną piątą niższą niż poprzednio. Pismo „Katolik” informowało: „Przyszło do poważnych, pożałowania godnych wykroczeń ze strony robotników górniczych. (…) Gdy się ściemniło, wybuchł rozruch w gospodzie, przy czym rozbijano okna i meble gospody oraz sponiewierano kilku urzędników. Aby stłumić rozruch, sprowadzono siłę zbrojną z komendantury bytomskiej i odział huzarów z Królewskiej Huty. Wkrótce też przywrócono spokój i aresztowano kilka osób”.

Polityka znad kielicha

Gospody stawały się coraz częściej miejscem, gdzie można było „politykować”. W większych lokalach były sale wynajmowane na wiece, do tego mogły też służyć ogródki piwne. 5 sierpnia 1894 roku w Wirku miał się odbyć wiec szybko rozwijającego się Związku Górników i Hutników. Właściciel lokalu, Lachmann, w ostatniej chwili odmówił wynajęcia sali. A czekały na to spotkanie dwa tysiące robotników. Kiedy nie udało się znaleźć lokalu zastępczego, część z nich udała się do osiedla Pnioki w Bielszowicach, gdzie usiłowano zająć salę gospody Rosenbauma. Policja broniła jednak dostępu do niej, gdyż wiec w tym miejscu nie został wcześniej zgłoszony władzom. Działacze związku próbowali przemówić do wzburzonego tłumu i skłonić robotników do rozejścia, ale wtedy padły strzały ze strony policji. Zginęła jedna kobieta, rannych było 6 mężczyzn i jedno dziecko. Aresztowano pięćdziesiąt osób, których odstawiono do Bytomia. Do Bielszowic ściągnięto oddział wojska.

Zbigniew Rokita

Może Cię zainteresować:

Zbigniew Rokita: Śląska historia jest bluźniercza. W przeciwieństwie do Krakowa, drze się na cały głos

Autor: Marcin Zasada

29/04/2022

Kajzerowskie Niemcy mieniły się państwem prawa, ale umiały go stosować tak, aby utrudniać życie „wewnętrznym wrogom”, a za takich uznawali przede wszystkim rosnących w siłę socjaldemokratów z ich związkami zawodowymi. W 1897 roku Carl Legien, przewodniczący hamburskiej komisji związków zawodowych, odwiedził Górny Śląsk, szukając lokalu do rozpoczęcia działalności związkowej. Władze zastosowały jednak manewr zwany w kręgach policji „Abtreiben”. Otóż policja inwigilowała restauracje i gospody, których właściciele udostępniali sale robotnikom na odbywanie zebrań. Wobec takich właścicieli stosowano środki nacisku ekonomicznego: jeżeli w mieście był garnizon, zabraniano żołnierzom uczęszczać do takiego lokalu, nacjonalistyczne organizacje – a takich było pełno w wilhelmińskich Niemczech, też ogłaszały jego bojkot. Ale do tego już dochodziły zwykłe represje: kary i grzywny za rzekome lub urojone braki, zaniedbania, czy zwykłe rozwiązywanie zebrań. Przykładowo, gdy związkowiec Tusker miał przemawiać przed setką osób w sali gospody w Zabrzu Porębie, policja kazała opróżnić lokal z powodu... wybuchu jakiejś zaraźliwej choroby zwierzęcej. Inne ze spotkań w Chorzowie policja zamierzała rozwiązać, gdyż nie oświetlono napisu „Wyjście ewakuacyjne” specjalną lampą olejną.

Mimo to, coraz częściej właściciele gospód zaczęli je udostępniać na takie spotkania, a nawet oficjalne lokale związkowe, gdyż widzieli wzrost znaczenia socjaldemokratów, a też walczyli o klienta. Dochodziło jednak i do bardziej sensacyjnych historii w gospodach.

Ksiądz Kasperlik z Dziedzic wspominał, że przybyło tam po 1905 roku kilku uciekinierów z ogarniętej rewolucją Kongresówki. Żandarmi potem znaleźli „w gospodzie Barbera, gdzie królewiacy mieli swój lokal, mnóstwo pism anarchistycznych, sporo dynamitu i mnóstwo listów szyfrowanych, których jednak – nie mając klucza – nikt odczytać nie umiał”.

Własne gospody

Odmienną drogą poszli robotnicy na austriackim Śląsku. Tam zaczęto budować Domy Robotnicze, mieszczące również gospody. „Podczas pamiętnego wielkiego strajku górników w r. 1900, szczególnie przez brutalne zachowanie się właścicieli prywatnych gospód, odmawiających sali na odbycie zgromadzeń strajkującym, myśl wybudowania Domu Robotniczego nabrała realnej podstawy” - tak pisano we wspomnieniu o budowie takiego Domu w Stonawie. Jego rozmach budził wrażenie: „ma restaurację z potrzebnymi do tejże lokalami na parterze, zaś na piętrze obszerną salę, która pomieścić może przeszło 1000 osób. Sala mieści obszerną scenę dla odgrywania przedstawień teatralnych. Na galerii umieszczony jest aparat do urządzania kinoteatru. W Domu Robotniczym skupiają się organizacje: zawodowa, polityczna i oświatowa, w ich posiadaniu jest dosyć bogata biblioteka, kółko teatralne i własna muzyka”. Niestety, na niemieckim Śląsku było z tym o wiele gorzej.

Co na języku...

Wiadomo, że alkohol rozwiązuje języki. Czasem zbytnio, zwłaszcza gdy chodzi o politykę. I anegdotą o tym właśnie zakończę dzisiejszą gawędę. „Ojciec święty, ta świnia święta w Rzymie, ten skurwysyn – chwała Bogu, że już zdycha, on jest pobudką wojny w Hiszpanii” – stwierdził w styczniu 1937 roku w restauracji w Skoczowie murarz Franciszek Wardas, lat 65. Kiedy zwrócono mu uwagę, rzekł, „cóż mi zrobią jestem pijany”. Szybko trafił do sądu. Dostał sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu na pięć lat plus koszty sądowe. Adwokat przygotował odwołanie od wyroku: „Fakt, że oskarżony lubi sobie popić nie może być nie może być podstawą do ustalenia, że oskarżony w krytycznym dniu i czasie świadomie i rozmyślnie użył alkoholu, aby wprawić się w taki stan upojenia, w którym to stanie mógłby bezkarnie dokonywać przestępstwa”. Nic to nie dało.

Nad kuflem warto o tym pamiętać. I o tym, że stare szynki mogą być miejscami – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi - „międzygeneracyjnej pamięci” :)

Ślązacy w armii kajzera

Może Cię zainteresować:

Dariusz Zalega: Śląsk na Wielkiej Wojnie. Górnicy gnili w okopach, a ich żony przymierały głodem

Autor: Dariusz Zalega

22/04/2022