Pierwsze miesiące - od stycznia do marca - były intensywne, pełne wartościowych wydarzeń. W Bytomiu-Miechowicach odbyły się oficjalne obchody, w których uczestniczył m.in. ówczesny marszałek Sejmu Szymon Hołownia, przedstawiciele parlamentu, władz samorządowych oraz województw opolskiego i śląskiego. Nie zabrakło - i to trzeba zapisać na plus - uroczystości kościelnych, którym przewodniczył bp Marek Szkudło, celebrując mszę św. w 80. rocznicę wydarzeń.
Zauważalny był również Marsz na Zgodę, organizowany od 2009 roku – wydarzenie, które stało się ważną manifestacją pamięci Śląska i Ślązaków, zarówno z kraju, jak i z zagranicy.
Wiele uroczystości i inicjatyw nie powstało jednak z inspiracji instytucji, lecz dzięki oddolnym działaniom. Warto w tym miejscu podziękować wójtom, sołtysom oraz kierownikom domów kultury i świetlic za udostępnienie przestrzeni do wykładów i wystaw. To głównie dzięki miłośnikom śląskiej historii i potomkom ofiar, którzy wzięli na siebie ciężar pamięci, o rocznicy usłyszała cała Polska. Z czasem jednak zapał wyraźnie osłabł. I trudno mieć o to pretensje do tych wyjątkowych ludzi, którzy przez pierwsze miesiące organizowali panele, spotkania i prelekcje. Problem leży gdzie indziej.
Powstał także dokument „Czerwona zaraza”, przedstawiający wstrząsające świadectwa ostatnich żyjących mieszkańców Śląska, którzy przeżyli wkroczenie Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku. Nie słychać jednak postulatów, aby ten film – podobnie jak wiele innych dzieł związanych z tym tragicznym wydarzeniem: choćby „Jo był ukradziony”, czy „Gorzki smak historii” – był prezentowane w kinach studyjnych czy w salach domów kultury.
Najbardziej boli to, że „śląskie gwiazdy” nie potrafiły stanąć ponad podziałami. Każda chciała błyszczeć osobno - czasem nawet kosztem innych śląskich liderów. Zabrakło wspólnej koordynacji, która mogłaby nadać obchodom spójność, rangę i głębię. Tego właśnie nie było widać w 2025 roku: współpracy zamiast rywalizacji o uwagę. Momentami miałem wrażenie, że zamiast budować jedność, niejeden „orzełek” próbował przepchnąć się do jednego gniazda. Czy naprawdę o to chodzi ofiarom i całej społeczności Śląska?
A
teraz z oddali dobiega nas głos, niczym przebudzenie łowczego:
„Zróbmy pomnik!”.
Megalomania - jak widać - bywa
nieśmiertelna.
Ale co właściwie da nam kolejny monument? Czy naprawdę potrzebujemy następnej instytucji „od trudnej historii”? Czy nie jest to po prostu poszukiwanie ciepłych posadek dla kolegów - i samego siebie?
W województwach śląskim i opolskim istnieją już instytucje, które, przynajmniej w teorii, powinny zajmować się takimi tematami: Instytut Śląski, dawny Regionalny Instytut Kultury (w ostatniej chwili przed zamknięciem przekształcony w Instytut im. Wojciecha Korfantego) czy Instytut Pamięci Narodowej. Można wykorzystać Uniwersytet Śląski i Opolski. To właśnie tam powinny powstać komórki badawcze zajmujące się Tragedią Górnośląską. Tworzenie kolejnych kosztownych bytów nie leży w DNA Ślązaków. Niech te instytucje wykażą się pracą, współpracą i wspólnym programem badań. Bo dziś potrzebujemy przede wszystkim solidnego opracowania naukowego - a to, w przeciwieństwie do nowego pomnika, nie generuje medialnych fajerwerków.
Czy nie lepiej stworzyć rzetelną, pełną dokumentację losów ofiar: naszych przodków, sąsiadów, ludzi z krwi i kości? Pomnik można odsłonić, zrobić zdjęcie, pochylić się raz w roku. Książka, udokumentowana historia, praca popularnonaukowa - to coś znacznie trwalszego, naukowo i społecznie wartościowego, stanowiącego punkt odniesienia dla przyszłych pokoleń.
Tymczasem wygląda na to, że łatwiej jest skandować o pieniądze na pomnik i palić kolejne „ogniska chwały” przy złotym cielcu, niż usiąść do sumiennej pracy. A przecież śląscy pasjonaci, historycy i rodziny ofiar mogliby stworzyć dzieło niezwykłe, opisujące niemą historię Śląska roku 1945, bez politycznych uproszczeń i bez narzucania jednej obowiązującej narracji.
Trzeba powiedzieć jasno: koszt przygotowania dobrej publikacji jest nieporównywalnie niższy niż koszt budowy pomnika, o którym, jak pokazały tegoroczne obchody, pamięta się głównie od święta.
A przy okazji - zapytajcie młodzież szkolną, ile z nich wie, czym była Tragedia Górnośląska. Domyślam się odpowiedzi, choć boję się powiedzieć ją głośno. Jeśli chcemy, by młode pokolenie znało i rozumiało tę historię, musimy zacząć działać inaczej.
A jeśli ktoś mimo wszystko marzy o pomniku - w Katowicach, na placu Wolności, stoi gotowy postument. Wystarczyłoby przymocować tablicę, najlepiej w kilku językach. Miejsce symboliczne - również dlatego, że właśnie tam mogli niegdyś stać kaci ofiar Tragedii Górnośląskiej.
Jeszcze raz składam głęboki szacunek ofiarom Tragedii Górnośląskiej oraz wszystkim tym, którzy tworzyli tegoroczne obchody z potrzeby serca, a nie dla własnej chwały.
Modlitwa i prośba!
Niesamowite
byłoby, gdyby w przyszłych latach przed historyczną bramą obozową
w Zgodzie liderzy śląskich organizacji stanęli ramię w ramię i
złożyli przysięgę utworzenia realnej koalicji na rzecz wspólnego
Śląska. W przeciwnym razie wszystko to może stać się początkiem
końca ich autorytetu - utracą bowiem wiarygodność i szczerość
swoich działań.
Może Cię zainteresować:

