Jak Johann Christian Ruberg odmienił hutnictwo cynku. Rewolucja, która zaczęła się w Wesołej. Pisze Piotr Fuglewicz

W 1780 roku Johann Christian Ruberg przybył na Górny Śląsk, by w Wesołej koło Mysłowic stworzyć technologię, która wywróciła europejskie hutnictwo cynku do góry nogami.

Śląski przemysł Huta cynku Hohenlohe w Wełnowcu

Od Redakcji:

Nieodżałowany Piotr Fuglewicz na kilka tygodni przed swoją śmiercią przekazał nam do publikacji kolejny cykl artykułów, które miały złożyć się na Jego kolejną książkę - trzeci już po "Cokołach przechodnich" i "Palimpseście Kato" zbiór biografii ważnych, a często nieoczywistych i zapomnianych postaci związanych ze Śląskiem. Tym razem Piotr chciał przypomnieć nam pionierów śląskiego przemysłu. Niestety, za Jego życia zdążył ukazać się jedynie pierwszy odcinek cyklu. Dla uhonorowania pamięci naszego Współpracownika i Przyjaciela publikujemy odcinki kolejne.

Ruberg na Górnym Śląsku

Johann Christian Ruberg postawił stopę na górnośląskiej ziemi w 1780 roku. Przybył tu na zaproszenie księcia pszczyńskiego, który desperacko poszukiwał wizjonerów zdolnych tchnąć nowoczesność w jego rozległe dobra. Ruberg nie dysponował ani prestiżowym dyplomem inżyniera, ani znacznym kapitałem. Urodzony w połowie XVIII stulecia w Ilsenburgu, musiał gwałtownie przerwać edukację – na kontynuowanie studiów teologicznych po prostu zabrakło mu pieniędzy. Powrócił więc do pracy w rodzinnym młynie, jednak każdą wolną chwilę poświęcał swojej prawdziwej pasji: samodzielnemu zgłębianiu tajników chemii i mineralogii. Ten genialny samouk i nieustępliwy eksperymentator posiadał coś znacznie cenniejszego niż uniwersyteckie tytuły – rzadką intuicję techniczną, która już wkrótce miała bezpowrotnie zmienić układ sił gospodarczych na świecie.

Książęca decyzja skierowała kroki Ruberga ku hucie szkła w Wesołej koło Mysłowic. W 1786 roku, młody zarządca przeprowadził swoją pierwszą technologiczną rewolucję: zmodyfikował konstrukcję pieców szklarskich tak, by zamiast deficytowego drewna opalać je węglem kamiennym. Ten prosty, lecz dalekowzroczny krok ocalił lokalne lasy przed bezwzględną wycinką, radykalnie obniżył koszty produkcji zakładu i dał impuls do rozwoju okolicznych kopalń. Pod twardą ręką Ruberga Wesoła nie tylko masowo wytwarzała przedmioty codziennego użytku, takie jak ozdobne kielichy czy solidne kufle, ale stała się też manufakturą precyzyjnych barometrów, pryzmatów oraz nowatorskich wytwornic gazowych. Najwspanialszym świadectwem jego ówczesnego kunsztu jest szklany żyrandol z 1792 roku, który do dziś rozświetla wnętrze kościoła św. Klemensa w Lędzinach. Codzienne zmagania z ekstremalnymi temperaturami oraz eksperymenty z nowym paliwem wyposażyły Ruberga w bezcenne doświadczenie. Wiedzę tę postanowił przekuć w sukces w zupełnie nowej, dziewiczej jeszcze branży – hutnictwie cynku.

Rewolucja technologiczna Ruberga

U schyłku XVIII wieku europejski rynek cynku znajdował się w żelaznym uścisku Brytyjczyków, którzy zazdrośnie strzegli metody opracowanej przez Williama Championa z Bristolu. Angielski proces technologiczny opierał się na destylacji pionowej. Był on jednak skrajnie niewydajny i pochłaniał ogromne ilości energii – wyprodukowanie jednej tony gotowego metalu wymagało spalenia aż 24 ton węgla. Ruberg, mając za sobą wnikliwe analizy spieków wielkopiecowych oraz inspirujące podróże do hut w Czechach, Hanowerze i Hesji, bez wahania odrzucił wyspiarski wzorzec. Zamiast ślepo naśladować Anglików, postanowił pójść własną ścieżką i zastosować rewolucyjną destylację poziomą w mufli.

Pierwsze w pełni udane próby wytopu cynku tą autorską, prostszą metodą Ruberg odnotował już w 1792 roku. Sześć lat później, w przełomowym 1798 roku, wzniósł w Wesołej pierwszy piec muflowy wyposażony w cztery mufle, co otworzyło drzwi do produkcji na masową skalę. Cały proces opierał się na redukcji tlenku cynku w atmosferze tlenku węgla. Hutnicy najpierw poddawali prażeniu lokalny surowiec – galman, a uzyskany w ten sposób tlenek skrupulatnie mieszali z miałem węglowym, po czym ładowali mieszankę do wnętrza mufli. Te specyficzne, podłużne naczynia formowano z gliny ogniotrwałej, nadając im przekrój przypominający literę D.

W rozpalonym piecu temperatura przekraczała 1000 °C. Ponieważ cynk osiąga temperaturę wrzenia już przy 907 °C, zamknięty w naczyniach metal zamieniał się w gaz. Rozgrzane pary wędrowały następnie do zewnętrznych kondensatorów, gdzie powoli skraplały się, przybierając pożądaną, płynną formę.

Monopol, zdrada i narodziny potęgi cynkowej

Poziome ułożenie mufli okazało się kamieniem milowym, który całkowicie zrewolucjonizował ekonomikę przemysłu. W przeciwieństwie do metody angielskiej, wymagającej uciążliwego wygaszania i studzenia pieca po każdym zakończonym wytopie, konstrukcja Ruberga gwarantowała ciągłość pracy. Robotnicy mogli sprawnie dosypywać nowy wsad i usuwać odpady bez konieczności przerywania procesu grzewczego. Hutniczy agregat pracował bez wytchnienia przez wiele tygodni. Choć technologia nie była pozbawiona wad – nieszczelności i straty w żużlu powodowały ucieczkę od 12 do 15% cennego metalu – to gigantyczna oszczędność energii oraz czasu zapewniła Śląskowi nokautującą przewagę cenową nad resztą świata.

Książę Erdmann Anhalt-Cöthen pojął, jak potężną broń gospodarczą trzyma w rękach. Nakazał bezwzględne chronienie technologii i trzymanie jej w najgłębszym sekrecie. Dzięki tej dyskrecji huta w Wesołej przez niemal dekadę cieszyła się absolutnym monopolem na całym europejskim kontynencie. Monolit pękł jednak około 1805 roku za sprawą zdrady. Jeden z pracowników zakładu, szubrawiec nazwiskiem Ziobro, wykradł tajne plany techniczne pieców i przekazał je w ręce konkurencyjnych przedsiębiorców. Ten akt szpiegostwa przemysłowego, choć uderzył w interesy księcia, paradoksalnie stał się błogosławieństwem dla całego regionu, wywołując lawinowy, wręcz gorączkowy rozwój nowych zakładów.

Podczas gdy Friedrich Wilhelm von Reden z urzędniczą precyzją organizował wyprawy szpiegowskie do Wielkiej Brytanii, by legalnie (choć dyskretnie) kopiować zachodnie maszyny, na południu regionu narodził się wynalazek, którego nie trzeba było kraść z zagranicy. Johann Christian Ruberg stworzył system destylacji poziomej, który bił na głowę brytyjskie wzorce wydajnością i kosztami. Reden, jako pragmatyczny zarządca Śląska, doskonale rozumiał wartość tego odkrycia. Choć technologia Ruberga była początkowo pilnie strzeżoną tajemnicą dworu pszczyńskiego, jej ujawnienie w wyniku zdrady stało się paliwem dla państwowej machiny. Na „metodzie śląskiej” opracowanej przez Ruberga, Reden i jego inżynierowie (tacy jak Wedding czy Baildon) oparli późniejszą potęgę cynkową regionu, budując huty, które zdominowały światowe rynki na całe stulecie.

Śląsk – globalny gigant cynkowy

Machina ruszyła pełną parą. W 1808 roku Andrzej Kasparek tchnął życie w hutę „Leopoldyna” w Brzęczkowicach, która w krótkim czasie osiągnęła pułap produkcji rzędu kilkuset ton cynku rocznie. Chwilę później czarne dymy zaczęły unosić się nad hutami „Aleksander” i „Rozalia” w Ćmoku, szopienicką „Wilhelminą” oraz potężną hutą „Karol”, ufundowaną przez Karola Godulę w Rudzie Śląskiej. W połowie XIX stulecia Górny Śląsk stał się globalnym potentatem, dostarczając na rynki blisko 40 % światowej produkcji tego metalu. Wskaźniki poszybowały z 42 000 ton w 1861 roku do kolosalnego szczytu wynoszącego 169 000 ton w 1913 roku.

Sercem tego industrialnego imperium bezapelacyjnie stały się Szopienice. Tamtejsza huta „Wilhelmina” rozwijała się w zawrotnym tempie, zwiększając liczbę swoich pieców z zaledwie 6 w 1834 roku do imponujących 94 w 1860 roku. W 1845 roku zakład poszerzył swoje portfolio o produkcję kadmu. Ten rzadki metal, stanowiący naturalny produkt towarzyszący obróbce cynku, okazał się kolejną żyłą złota i źródłem potężnych zysków. Efekt? W 1912 roku Śląsk dumnie dzierżył miano największego wytwórcy kadmu na całym globie.

Kiedy łatwo dostępne, płytkie złoża tradycyjnego galmanu zaczęły gwałtownie topnieć, śląscy inżynierowie nie załamali rąk. Wykazali się niezwykłą elastycznością i zmodernizowali piece tak, by mogli przetwarzać uboższą blendę cynkową, co wymagało jednak wdrożenia dodatkowego procesu prażenia siarkowego. W 1861 roku w hucie „Paweł” stanął przełomowy, nowoczesny piec regeneratywny opalany gazem czadnicowym, bazujący na słynnym patencie Siemensa, który po mistrzowsku wykorzystywał ciepło odpadowe. Chcąc maksymalnie zaoszczędzić cenną przestrzeń fabryczną, przemysłowcy zaczęli wznosić wielokondygnacyjne piece retortowe. Symbolem tej nowoczesności stała się ultranowoczesna huta „Uthemann” w Szopienicach, której rozruch nastąpił w 1912 roku.

Ta imponująca potęga przemysłowa, rodząca niewyobrażalne fortuny, miała jednak swoją mroczną, przesiąkniętą cierpieniem stronę. Agresywny proces prażenia blendy uwalniał do atmosfery gigantyczne ilości dwutlenku siarki, który niemiłosiernie wypalał okoliczną przyrodę, zamieniając zielone krajobrazy w jałowe nieużytki. Magnaci przemysłowi próbowali minimalizować straty, wznosząc zakłady kwasu siarkowego mające odzyskiwać siarkę, oraz budując gigantyczne, ponad stumetrowe kominy, które miały rozpraszać toksyczne wyziewy wysoko w chmurach. Zabiegi te okazały się jedynie półśrodkami. Ziemia w rejonie Katowic, Chorzowa, Rudy Śląskiej i Bytomia po dziś dzień skrywa w sobie alarmujące stężenia arsenu, antymonu, ołowiu oraz kadmu. Najbardziej bolesnym echem tamtej epoki stała się jednak przewlekła ołowica, która siała spustoszenie wśród najmłodszych mieszkańców przyhutniczych osiedli i familoków – dramat ten zapisał się w zbiorowej pamięci regionu jako poruszająca tragedia „ołowianych dzieci”.

Dziedzictwo Ruberga

W mrokach XX wieku tradycyjne, wysłużone mufle zaczęły stopniowo ustępować miejsca nowej, czystszej metodzie elektrolitycznej, wdrożonej w Szopienicach w 1928 roku. Mimo nadejścia nowej ery technologicznej, zmodernizowana metoda śląska wykazała się wręcz nieprawdopodobną żywotnością. Hutnicza tradycja okazała się silniejsza niż czas: śląscy robotnicy wygasili ostatni piec działający bezpośrednio według konceptu Ruberga dopiero w 1980 roku – dokładnie 182 lata po jego spektakularnym debiucie.

Sam Johann Christian Ruberg odszedł w 1807 roku i spoczął na cmentarzu w Lędzinach-Hołdunowie. Choć nie dorobił się milionowych majątków, a jego kieszenie nie pękały w szwach, materialne ślady jego wielkiej rewolucji przetrwały próbę czasu. W dzisiejszych Szopienicach wciąż dumnie wznoszą się postindustrialne gmaszyska huty „Uthemann” z charakterystyczną, majestatyczną wieżą zegarową i wieżą ciśnień. Z kolei postać skromnego teologa-samouka zajmuje dziś honorowe, w pełni należne mu miejsce w panteonie wielkich mistrzów w Muzeum Hutnictwa w Chorzowie. Dawny student, który zamiast bezpiecznej ambony i spokojnego słowa wybrał ryk hutniczego ognia, swoimi poziomymi muflami na zawsze głęboko ukształtował niepowtarzalną tożsamość oraz surowy krajobraz Górnego Śląska.

Piotr Fuglewicz

Może Cię zainteresować:

Nie żyje Piotr Fuglewicz - informatyk z zawodu, niestrudzony popularyzator historii Śląska i Katowic z powołania, publicysta Ślązaga

Autor: Katarzyna Pachelska

11/08/2026

Johann Friedrich Wedding i Königshütte

Może Cię zainteresować:

Piotr Fuglewicz: Johann Friedrich Wedding. Neoklasycyzm w oparach dymu, czyli murarz industrialnego imperium

Autor: Piotr Fuglewicz

02/10/2026

John Wilkinson i impuls do rozwuju naszej industrializacji

Może Cię zainteresować:

Piotr Fuglewicz: John Wilkinson. Kradzione patenty i żelazne łóżko brytyjskiego szpiega

Autor: Piotr Fuglewicz

11/09/2026

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama