Od Redakcji:
Nieodżałowany Piotr Fuglewicz na kilka tygodni przed swoją śmiercią przekazał nam do publikacji kolejny cykl artykułów, które miały złożyć się na Jego kolejną książkę - trzeci już po "Cokołach przechodnich" i "Palimpseście Kato" zbiór biografii ważnych, a często nieoczywistych i zapomnianych postaci związanych ze Śląskiem. Tym razem Piotr chciał przypomnieć nam pionierów śląskiego przemysłu. Niestety, za Jego życia zdążył ukazać się jedynie pierwszy odcinek cyklu. Dla uhonorowania pamięci naszego Współpracownika i Przyjaciela publikujemy odcinki kolejne.
Żelazny Szaleniec i jego obsesje
John Wilkinson zażyczył sobie pochówku w żelaznej trumnie. Przygotował ją jeszcze za życia, trzymając w pełnej gotowości w ogrodzie swojej luksusowej posiadłości Castle Head. Gdy zmarł w 1808 roku, zgodnie z drobiazgowymi instrukcjami z testamentu spoczął pod dwudziestotonowym, odlanym z żelaza obeliskiem własnego projektu. Ten brytyjski przemysłowiec święcie wierzył, że metal wkrótce wyprze drewno, kamień i cegłę w absolutnie każdym aspekcie ludzkiego życia. Sam co noc sypiał w całkowicie żelaznym łóżku. Z powodu tego fanatyzmu współcześni ochrzcili go mianem „Żelaznego Szaleńca”. Zanim jednak zaczął planować detale własnego pogrzebu, zdążył wlać fundamenty pod nowoczesny przemysł ciężki w Europie Środkowej. To właśnie on dał początek potędze hutniczej Górnego Śląska.
Narodziny przemysłowego imperium
Wilkinson urodził się w 1728 roku. Z lubością opowiadał anegdotę, jakoby przyszedł na świat w chłopskim wozie. Dzieciństwo spędził w dusznych odlewniach, gdzie jego ojciec produkował zwykłe żelazka, jednak ambicje syna sięgały znacznie dalej – z czasem wykuł on prawdziwe przemysłowe imperium. To zakłady Wilkinsona dostarczyły elementów do budowy pierwszego na świecie żelaznego mostu nad rzeką Severn. Co ciekawe, tę potężną konstrukcję złożono przy użyciu tradycyjnych stolarskich kołków i klinów, bez użycia choćby jednej śruby. Przemysłowiec uwielbiał szokować opinię publiczną. W 1787 roku zwodował pierwszą żelazną barkę rzeczną, udowadniając niedowiarkom, że odpowiednio wyprofilowany metal nie tylko unosi się na wodzie, ale doskonale sprawdza się w transporcie. Zdobył tak gigantyczną potęgę finansową, że w swoich fabrykach zaczął emitować własną walutę. Robotnicy płacili mosiężnymi monetami z profilem szefa, potocznie nazywanymi „Willeys”.
Wytaczarka, która zmieniła świat
Jego największym wkładem w inżynierię okazała się jednak wytaczarka, na którą w 1774 roku uzyskał przełomowy patent. Wilkinson rozwiązał tym samym problem katastrofalnie pękających luf armatnich. Wcześniej działa odlewano z pustym środkiem przy użyciu specjalnych rdzeni, co fatalnie osłabiało strukturę metalu i tworzyło w nim pęcherze powietrza. Anglik zmienił zasady gry: zaczął odlewać jeden lity blok żeliwa, a następnie precyzyjnie, centymetr po centymetrze, drążył w nim otwór wzdłuż osi. Ta sama maszyna uratowała rewolucyjny wynalazek Jamesa Watta. Jego innowacyjny silnik parowy tracił ciśnienie przez nieszczelne cylindry, wytwarzane tradycyjnymi metodami. Wytaczarka Wilkinsona zagwarantowała milimetrową precyzję obróbki. Dzięki niej maszyny parowe mogły wreszcie wydajnie pracować pod ziemią, odwadniając kopalnie. W zamian przemysłowiec otrzymał od spółki Boulton & Watt niezwykle lukratywny kontrakt na wyłączną produkcję cylindrów.
Ówczesna Wielka Brytania obsesyjnie strzegła swoich technologicznych tajemnic. Wprowadzono drakońskie prawa zabraniające eksportu maszyn oraz emigracji inżynierów. Mimo to zagraniczni agenci dwoili się i troili, by masowo kraść intelektualną własność Korony. Nawet rodzony brat Johna, William Wilkinson, wyjechał do Francji za bajońską pensję 60 tysięcy liwrów, by zaprojektować tam potężne piece węglowe. Początkowo sam John głośno potępiał szpiegów węszących wokół jego zakładów w Bradley, jednak z czasem zyskowny pragmatyzm wygrał ze skrupułami. Jako główny dostawca Watta miał swobodny wgląd w tajne plany silników. Szybko zaczął nielegalnie kopiować zastrzeżone maszyny parowe i sprzedawać je na czarnym rynku. Jedną z takich pirackich kopii nabył w 1787 roku pruski urzędnik, hrabia Friedrich Wilhelm von Reden.
Śląska rewolucja przemysłowa
Reden, kierujący pruskim Wyższym Urzędem Górniczym we Wrocławiu, miał przed sobą jasny, strategiczny cel: oderwać produkcję stali od drewna. Tradycyjne hutnictwo w zastraszającym tempie dewastowało państwowe lasy, a po wyczerpującej wojnie siedmioletniej Prusy rozpaczliwie potrzebowały surowcowej autonomii i nowoczesnej bazy dla armii. Choć pruscy agenci zwozili z Wysp skradzione notatki z parametrami maszyn, sucha teoria nie wystarczała, by okiełznać kapryśne procesy chemiczne zachodzące między koksem a węglem. Reden zrozumiał, że nie potrzebuje kolejnych szkiców. Musiał kupić geniusza. W 1789 roku, dysponując uderzeniowym budżetem rzędu 100 tysięcy talarów, zaprosił Wilkinsona do osobistej wizyty na Górnym Śląsku.
Dla obu stron był to krok bez precedensu. Anglik zawitał do Prus jako najwyżej opłacany ekspert i główny konsultant państwowy. Wiosną 1789 roku, w pruskiej hucie w Ozimku, Wilkinson przeprowadził udaną, eksperymentalną próbę wielkogabarytowego wytopu surowego żelaza w stu procentach opartego na koksie, która jednak nie zakończyła się wdrożeniem stałej produkcji. Udowodnił tym samym decydentom, że brytyjską technologię da się z powodzeniem zreplikować w surowych warunkach Europy Środkowej. Nie obyło się jednak bez zgrzytów – inżynier bezlitośnie obnażył wady lokalnego węgla z okolic Ozimka, oceniając go jako bezużyteczny do masowego koksowania.
Dobroczynny cios
Ta szorstka szczerość „Żelaznego Szaleńca” uratowała cały projekt. Hrabia Reden natychmiast zlecił szeroko zakrojone poszukiwania nowych minerałów. Wkrótce geolodzy natrafili na bogate pokłady grubego węgla pod Pawłowem, co bezpośrednio doprowadziło do otwarcia kopalni Królewska na terenie dzisiejszego Chorzowa. Wizyta Wilkinsona pchnęła Prusaków do ostrej, decydującej fazy przemysłowej rewolucji. Akumulacja tej wyspiarskiej wiedzy przynosiła natychmiastowe owoce – na brytyjskim fundamencie oparto spektakularne sukcesy technologiczne w Gliwicach oraz późniejszy rozruch potężnej Huty Królewskiej. Dzięki tym znanym nam już krokom milowym, Śląsk mógł ostatecznie pożegnać węgiel drzewny na rzecz paliwa kopalnego.
Tymczasem John Wilkinson wrócił do ojczyzny, gdzie musiał zapłacić gigantyczne odszkodowanie firmie Boulton & Watt. Tylko w ten sposób zdołał uniknąć kompromitującego i rujnującego procesu sądowego o kradzież patentów. Po jego śmierci nowy nabywca posiadłości Castle Head nie zniósł widoku upiornego pomnika w swoim ogrodzie. Zlecił ekshumację ciała przemysłowca i przeniesienie go na cmentarz w Lindale, a dwudziestotonowy obelisk kazał bezceremonialnie zrzucić w zarośla. Metalowy zabytek doczekał się renowacji dopiero w 1863 roku. Dziś stoi spokojnie na skrzyżowaniu w urokliwej brytyjskiej wiosce. Milczy o tym, że gdyby nie arogancja, chciwość i technologiczny geniusz jego twórcy, dymiące kominy Śląska mogłyby wyrosnąć znacznie później.
Może Cię zainteresować:
Piotr Fuglewicz: Friedrich Wilhelm von Reden. Państwowy gracz, który postawił wszystko na parę
Może Cię zainteresować:
