Zna Pan strumyk pod Panewnikiem, panie Janja? Zachwycający strumyk! Chciałoby się rzec: strumyk jak z obrazka. Na stu metrach długości czterdzieści meandrów pośrodku łąki najpiękniejszej z pięknych, a na skraju przy samym lesie leży gospoda.
A. Ulitz, Der Grosse Janja (Wielki Janja)
Dziś, gdy Panewniki i Ligota są częścią Katowic, kiedy Górny Śląsk staje się terenem poprzemysłowym, trudniej zrozumieć dawny fenomen zielonej panewnickiej oazy w środku industrii. Nie działają już chorzowskie huty, nie fedrują Kleofas i Wujek – zakłady, w których pracowało wielu mieszkańców. Pojawiającym się tu turystom wskazuje się, jako główny szlak odcinek ulicy Panewnickiej od dworca ligockiego – a zatem tego samego, od którego wyprawy zaczynano w drugiej połowie XIX wieku – do skrzyżowania z ulicą Kijowską prowadzącą do Osiedla Franciszkańskiego (Fuglewicz, Zygmańska 2026). A zatem pomija się najstarszą część wsi...
A wtedy, gdy górnośląska industria pracowała na najwyższych obrotach i Katowice wyrastały na nowe centrum przemysłowe, wtedy Panewniki, które – jak się wtedy wydawało – swoje gospodarcze epizody miały już za sobą, stawały się tej aglomeracji kurortem. W dodatku kurortem łatwo i szybko dostępnym. Pociągi zaczęły wozić turystów do stacji Idaweiche, część z nich zatrzymywała się nieopodal – w ligockich zakątkach, inni udawali się dalej, w głąb lasu do wioski, która stała się prawdziwym wytchnieniem od kopalnianych szybów i hutniczych pieców.
Kiedy dowiedziałem się, że część moich przodków pracowała w chorzowskich hutach, zacząłem ich sobie wyobrażać jako postacie z obrazu Adolpha Menzla Walcownia żelaza w Królewskiej Hucie. Pomyślałem, że to ci z prawego dolnego rogu: mają chwilę przerwy - hutnik w pośpiechu je, inny pije, a wiklinowy koszyk przyniesiony przez dziewczynę z wioski z wolna pustoszeje. Nie daje mi spokoju ta dziewczyna, która teraz na mnie/na nas spogląda? Może trochę zaskoczona, a może ciekawa? Jakby zapraszała nas do wnętrza dawnego świata. Dla starych mieszkańców regionu nic w tym obrazie nadzwyczajnego – walcowanie na gorąco, nadawanie materiałowi kształtu, ot, żymła z masłem. Zapewne polskiemu odbiorcy mógłby się ów widok bardziej kojarzyć z obrazami Grottgera, z wykuwaniem kos dla styczniowych powstańców niż Menzla: sylwetki krzątają się, już o zmroku – w łunie żarzących się pieców.
Żeby lepiej zrozumieć to, co się działo pod koniec XIX wieku w tej krajspleskiej – takie określenie słyszałem jeszcze niedawno w Studzienicach – wiosce w powiecie pszczyńskim (Kreis Pless), musimy sobie przypomnieć, jak dorastają wówczas Katowice. Z jednej strony w atmosferze entuzjazmu mieszkańców nowego miasta, przekonanych, że „Kattowitz to New York Górnego Śląska” - tak określali to miasto wyrosłe na polskiej wiosce mieszkańcy, bohaterowie powieści Arnolda Ulitza Wielki Janja, której akcja toczy się w latach 1894–1895. Zapewne tempo budowy było imponujące, ale miasteczko nad Rawą nie wyglądało wówczas jak z amerykańskiego snu. Korespondent wydawanego w Petersburgu polskiego pisma „Kraj” tak opisywał swoje wrażenie z Katowic AD 1899:
Miejscowość otoczona lasem kominów, sterczących przy kopalniach i fabrykach wysoko w górę. Olbrzymie zakłady górnicze i fabryczne. Wieczorem, gdy nad ziemią rozpostrze się ciemność nocy, zieją piece płomieniem, żar z nich bucha, rozświecając wszystko dookoła. Z dala palą się na usypanych z żużli wzgórzach odpadki fabryczne (...) Niekształtne fabryczne aneksy w postaci olbrzymich kotłów, powywracanych do góry nogami, gdzie ogień nie wygasa, przybierają w nocnej ciemni kształty strasznych smoków, ziejących palącą się siarką. A skwar ów przetrawia życiowe siły polskiego robotnika. („Kraj” [petersburski] 1899)
Na tym tle nawet przejazd przez nieodległą osadę dawał wrażenie wniknięcia w inny świat – Panewniki stały się zielonymi płucami tej metropolii. W czasie gdy na obszarze obecnego Parku Śląskiego powstały hałdy i zapadliska, na terenie osady kiedyś wyrabiającej panewki rozwija się turystyka. Sprzyjały temu walory krajobrazowe. Tak zachwycał się nadkłodnickim landszaftem Stockfisch, jeden z bohaterów powieści Arnolda Ulitza:
Zna Pan strumyk pod Panewnikiem, panie Janja? Zachwycający strumyk! Chciałoby się rzec: strumyk jak z obrazka. Na stu metrach długości czterdzieści meandrów pośrodku łąki najpiękniejszej z pięknych, a na skraju przy samym lesie leży gospoda (…) Napiszę do księcia von Pless. Drogi w lasach książęcych można oznakować bez nadmiernych kosztów. Kolorowe tablice, Panie Janja. Po prostu tak: jasnoniebieska – idziemy do Emanuelssegen, żółta przez Brynów do Panewnika, czerwona do Ochojtza i Nikolai i jeszcze dalej. Drogą do Dreikaisereck w żaden sposób nie da się pobłądzić. Tak, Pan ma rację panie Janja – obcy pokochają ten kawałek globu. (Ulitz 2023)
Ten obrazek, utrwalony na widokówkach z tamtego czasu, kontrastował – to ta druga strona – z obrazem nowoczesnej jaskini cyklopów, który stworzył Menzel. Zapewne w czasach swoich początków, kiedy wyrabiacze panewek, czyli Panewniki (Panewniczanie), wytwarzali owe panwie, nie wyglądało to tak sielankowo…
Chciałbym jeszcze powrócić do panewnickich praobrazów. Nie zanotowano wprawdzie, jak prezentowała się ta wioska u swoich początków, czyli pod koniec XVI wieku – notabene i wtedy została założona, przy starej Kuźni Boguckiej, wieś Katowice – ale zachował się słynny poemat Walentego Roździeńskiego Officina ferraria, wydany w 1612 roku w Krakowie, który daje nam wyobrażenie, jak w planie ogólnym i zbliżeniu, wyglądał wschód wielkiej industrii. Najpierw spojrzenie z góry pokazujące nasz przemysłowy ognik na tle dwóch innych:
Nastały potym zaś trzy za tymi kuźnice:
Dwie naprzód blisko siebie przy Kłodnicy rzece
Stoją, jedna jest w państwie pszczyńskim, a w bytomskim
Druga niżej zasiadła na gruncie kochłowskim.
A trzecia z nich kuźnica jest też w państwie pszczyńskim
Zbudowana na rzece Roździance, w Boguckim
Gruncie (…)
Grunt „kochłowski” i „panewski” oddziela Kłodnica, ale łączy most. Pojawiał się już w naszej opowieści. To właśnie przy nim zbudowano gospodę. Tymczasem wyobraźmy sobie jak mogli wyglądać kuźnicy wędrujący drogą, którą dzisiaj jest ulica Kuźnicka, pomiędzy – znajdującymi się wówczas w imperium habsburskim – „Deutsche Althammer u. Dorf Panewnik”…
Tak siebie i kamratów z roboty przedstawiał kuźnik Walenty, dziś patron jednej z głównych katowickich arterii:
Jestem właśnie jakoby murzyn uczerniony
Po wszem ciele i ogniem srodze popalony.
Wstąp jeno (obaczysz tu) do nas, jako każdy
Musi się w naszej hucie z ogniem biedzić zawżdy!
Stąd ci u nas jest głuchych i chromych niemało
A nie wiem, by był który, co by całe ciało
Miał na sobie. Patrz jako przywiędła do kości
Na mnie skora od wielkiej ognia gorącości!
(Roździeński 1964)
Po panewnickich kuźnikach, po epizodach industrialnych, które rozgrywały się na pograniczu panewnicko-kochłowickim (panewsko-kochłowskim), pozostały w zasadzie strzępy:
- most w Halembie (Stara Kuźnia jest dzisiaj częścią tej rudzkiej dzielnicy), wokół niego wydobywano rudę, oraz nieodległy plac przypominający prastary rynek,
- nazwa ulicy w Starych Panewnikach – Kuźnicka,
pamiątkowe tablice na Kokocińcu w okolicach nadleśnictwa i opowieści o Górze Kryminówie, gdzie można było jeszcze kilkadziesiąt lat temu wykopać pohutnicze skarby: brunatne żużlowe bryły.
Celem licznych wycieczek zbiorowych jak i jednostek, jest miejscowość Panewnik, znana z uroków natury i czystego powietrza. Każda niedziela i święto wywabia liczne tysiące spragnionych wytchnienia mieszczuchów i mieszkańców zadymionych obwodów, którym park Kościuszki w Katowicach przeludniony oraz inne ogrody publiczne nie dają wypoczynku. Rolnicy tamtejsi nie są bardzo zachwyceni zachowaniem pewnego odłamu wycieczkowiczów. Będąc właścicielami najuboższych gruntów, bo piasków, odnoszą poważne straty przez deptanie łąk i pól, na których nieoględni spacerowicze urządzają sobie obozy, drogi, przejścia i biegi oraz zawody i gry w piłkę nożną i inne nadużycia. Spowodowane doświadczeniem bolesnym innych lat rolnicy Panewnika zwrócili się do Śląskiej Izby Rolniczej i władz naszych, by zechciały sprawą tą się zająć, nie pozwalając na krzywdzenie i tak o swój byt ciężko walczącego rolnika, a zwłaszcza użytkowców najlichszych gruntów. („Rolnik Śląski” 1926)
Jednym z miejsc, w którym spotykali się mieszkańcy wsi była wspólnotowa łąka znajdująca się nad Kłodnicą przy drugim moście (mostku), na skrzyżowaniu ulicy Kuźnickiej i leśnej drogi łączącej piaskownię z Ośrodkiem Rekreacyjnym Przystań.
Zamykam oczy i wyobrażam sobie taką scenę: Upalny dzień sierpniowy. Żniwa. Do Karola Webera, który kupił dom opuszczony przez franciszkanów, przybiega syn z bańką chłodnego mleka. Ojciec ściąga kapelusz, siada na trawie, wyciera sobie pobielone wąsy i zadziera małego Richata do góry, by pokazać mu przelatujące bociany.
Dzisiaj
już tej łąki nie ma. Nie ma też uzdrowiska, którego wówczas
centralnym miejscem była gospoda słynnych Schwertfegerów;
najbardziej zapamiętano ostatnią z nich – Waleskę.
Może Cię zainteresować:

