Wczorajszy zwrot w aferze mógł nasunąć skojarzenie z dowcipami o fikcyjnym Radiu Erewań z czasów Związku Radzieckiego. Brzmiałoby to mniej więcej tak:
- Słuchacze pytają: – Czy to prawda, że polscy nacjonaliści biją Ślązaków nawet za czeską granicą, bo nie potrafią rozróżnić barw górnośląskich od ukraińskich?
- Radio Erewań odpowiada: – W zasadzie tak. Ale nie polscy nacjonaliści tylko słowaccy kompani od szklanki, nie za rzekomy banderyzm tylko za obrażanie ich matek i nie pomylili barw, bo żadnych nie było.
Dziś główny bohater wydarzeń wydał oświadczenie, które neguje wersję przytaczaną przez czeskie media na podstawie informacji tamtejszej policji.
Dwie
grupy agresorów wzięte za jedną. I to na trzeźwo?
Jakub Heisig twierdzi, że od początku nie pamiętał samego momentu ataku. Pamiętał natomiast wyzwiska dotyczące żółto-niebieskiego kapelusza i okrzyki sugerujące mu wyjazd na Ukrainę. Teraz wyjaśnia, że miała je wznosić inna grupa imprezowiczów niż ta, która go pobiła. Był przekonany, że to ci sami ludzie.
„Finalnie okazuje się, że nie była to jedna grupa. (…) Przykro mi, że wprowadziłem wszystkich w błąd takim założeniem.” – napisał w oświadczeniu wydanym 4 listopada.
Zaprzecza też, by wcześniej pił alkohol z napastnikami. Według niego spotkanie było przypadkowe i nastąpiło bezpośrednio przed incydentem. Wieczór miał spędzać w innym towarzystwie. Przyznaje jednak, że pił piwo, ale nie jest prawdą, że czeska policja nie mogła go przesłuchać z powodu jego nietrzeźwości.
Heisig odrzuca również wersję o obrażaniu matki jednego ze Słowaków. Podejrzewa natomiast motyw rabunkowy. Twierdzi, że gdy leżał na ziemi, jeden z napastników próbował opróżnić mu kieszenie. Utrzymuje też, że przed atakiem do kieszeni kurtki schował także kapelusz, który ma być widoczny na jego głowie na nagraniach monitoringu, tylko wcześniej.
Podważa przy tym sposób prowadzenia sprawy przez czeską policję. Zarzuca jej brak profesjonalizmu i sugeruje, że przyjęła wersję niekorzystną dla niego mimo jego wyjaśnień. Pamiętajmy jednak, że na ten moment domniemany motyw rabunkowy pozostaje niepotwierdzoną hipotezą Heisiga.
Pozostaje więc kilka pytań. Czy rzeczywiście były dwie grupy i czy ktoś może to potwierdzić? Czy nagrania pokazują, że kapelusz znalazł się w kieszeni? Czy ktoś widział próbę przeszukiwania odzieży Heisiga? Czy czescy policjanci mogli tak dalece pomylić się w odtwarzaniu wydarzeń? A nawet jeśli policja nie mówi całej prawdy albo czeskie media coś przekręciły, to czy nowa wersja Heisiga rzeczywiście trzyma się kupy?
Szkody zostały poczynione. Cofnąć je trudniej, niż przejechać 800 km rowerem
Dobrze, że Heisig przeprosił za rozpowszechnienie narracji, iż pobili go Polacy z pobudek nacjonalistycznych, w dodatku ewidentnie głupi Polacy. Dobrze też, że podkreślił pomoc ludzi dobrej woli, dzięki którym jego rodzinę wsparło tak wiele osób. Ale szkoda została już wyrządzona.
Wczoraj opisaliśmy, jak daleko rozeszła się opowieść o polskich nacjonalistach bijących Ślązaka za rzekomo ukraińskie barwy. Podchwycili ją politycy, media i internauci. To nie była lokalna ciekawostka, lecz historia, która poszła w świat i stała się paliwem dla kolejnej politycznej awantury, budowania wzajemnej niechęci między Polakami i pogorszenia i tak nienajlepszej reputacji Polaków w świecie. Niezasłużenie tak złej.
Zasięgi jednej z bardzo popularnych publikacji pokazujemy na zamieszczonym poniżej zrzucie ekranu. To tylko jeden z licznych przykładów.

Nie wiemy, jak naprawdę przebiegały wydarzenia w Ostrawie. To Heisig będzie musiał wyjaśniać rozbieżności z czeskimi organami państwowymi. I polskiej opinii publicznej, wśród której jego wiarygodność została mocno nadwątlona.
Chciał przejechać dla Marceliny około 800 kilometrów, wyczynu nie dokończył. I to wcale nie przez niedobrych polskich faszystów. Teraz po jego stronie jest podjęcie wysiłku, by choć część tych szkód naprawić. Wysiłek zapewne jeszcze trudniejszy: dotrzeć z wyjaśnieniami do tych wszystkich, którzy uwierzyli w pierwotną opowieść. Samo „przepraszam” to w tej sytuacji zdecydowanie za mało.


