W swoim tekście nie wymienię wszystkich tych, których wymienić by trzeba. Zostawiam to innym. Chcę napisać o trójce wielkich regionalistów, którzy odeszli w ciągu kilku tygodni, a których miałem szczęście znać. To:
- Piotr Fuglewicz,
- Anna Skiendziel,
- Alojzy Lysko.
Różniło ich wiele, wspólnym mianownikiem był, a jakże!, Śląsk, któremu postanowili oddać znaczną część życia. Umierali w krótkich odstępach czasu, a ja czułem, jak spod stóp usuwa mi się ziemia. Śląska ziemia. Z moim przyjacielem, który też znał całą tę trójkę, w pewnym momencie częściej umawialiśmy się na pogrzeby niż na kawę. A później się zastanawialiśmy, ile Śląska odeszło wraz z Piotrkiem, Anią i panoczkiem Alojzym. Wyszedł nam niepokojąco wysoki procent. Niby jesteśmy słabi z matematyki, ale niepokój pozostał - śmialiśmy się z tego przez łzy.
Piotra Fuglewicza (1954-2026) znał każdy, kto chodził na spotkania poświęcone historii Śląska. Oraz każdy, kto w latach 2015-2023 miał wątpliwości co do jakości stanowionego prawa i tym wątpliwościom publicznie chciał dać upust. Zawodowo osiągnął duże sukcesy, będąc jednym z ojców polskiej informatyki na przełomie wieków. Genu społecznika nie sposób jednak wydłubać i im bliżej emerytury był Piotr, tym bardziej poszerzał pole swojego działania. Był autorem m.in. książki „Cokoły przechodnie”, współautorem (razem z Barbarą Zygmańską) „Spacerowników po Katowicach”, publicystą portalu Ślązag, przewodnikiem po Śląsku oraz wikipedystą. W ciągu kilku lat stał się jednym z najważniejszych popularyzatorów historii Górnego Śląska. Obserwując jego działalność, zazdrościłem mu energii i podziwiałem rozpęd, jakiego nabierał z każdym nowym projektem. Wszystko to przerwała śmierć. W przyszłym roku ma ukazać się jego książka “Palimpsest katowicki”. Bardzo na nią czekam.
Odejście Anny Skiendziel (1983-2026) mnie strwożyło. Jak to możliwe? Przecież była niewiele starsza ode mnie. Całe swoje dorosłe życie poświęciła Śląskowi - jako nauczycielka historii i edukacji regionalnej. Razem ze stowarzyszeniem Szlakiem Kobiet odzyskiwała “brakującą połowę dziejów”, czyli herstorię. Jej rozumienie Śląska było mi bliskie - myślenie regionalne widziała jako odtrutkę na nacjonalizm i inne zatruwające serca -izmy. Mówiła, że “regionalizm pozwala poczuć, że ma się miejsce w świecie”. Bliskość hajmatu jako odnowienie przerwanej więzi ze światem - piękna idea! Na cmentarzu pożegnał ją nieprzebrany tłum. Okazało się, że choć była skromna i nie zabiegająca o popularność, to znali ja wszyscy. Bo też przez lata rwała się do pracy i do współpracy. Nie tylko zarażała młodzież Śląskiem, ale też wprowadziła w życie wiele projektów. Okrutna śmiertka pokrzyżywała jednak wiele jej planów - nie zostanie napisany doktorat u prof. Zbigniewa Kadłubka, nie zostanie nakręcony z Dawidem Politajem film o obozie na Zgodzie. Co zrobiła, zostanie. Zostanie także ten przemożny wpływ na nas, o którym rozmawialiśmy 30 października w Domu Śląskim, wspominając Anię.
Z Alojzego Lyski (1942-2026) jesteśmy wszyscy. W ostatnich latach życia stał się naszym, jak go nazwał Zbigniew Rokita, “śląskim Wernyhorą”, także za sprawą wielkiego sukcesu monodramu “Mianujom mie Hanka”. Potrzebowaliśmy starca, mędra, skarbu w postaci “dziada”. Jak wskazuje w swoim eseju “Manifest dziadowania” regionalista i dyrektor Liceum Sowizdrzała Kacper Lemiesz, dziad przynosi odkupienie w czasie trudnym. “Zgodnie z ludową mądrością, w czasie takim jak nasz, czyli w czasie dogłębnych kłopotów, odkupienie może przyjść tylko z peryferiów. Potrzebujemy buntu, który sekretnie przywraca porządek. Dziad staje się dla nas wtedy cennym patronem i znaczącym etosem, rodzajem obecności w świecie” - pisze Lemiesz. Lysko nie był konserwatorem śląskich dusz, tylko ich podpalaczem. Wzywał do walki o śląski logos, a sam dawał nam najlepszy przykład - wieloletnią pracą jako nauczyciel, polityk i pisarz. Na rok przed śmiercią, już mocno schorowany, przygotowywał się do publicznej rozmowy ze mną jak najpilniejszy uczeń. Przyniósł naręcze notatek, spisał swoje pisarskie credo, zdawałoby się, że jako mędrzec wie już wszystko, on jednak nadal zakopywał się w książkach i ludzkich opowieściach, by potem śląskiemu logosowi dać możliwie najlepszy wyraz.
Kiedy myślę o tej wspaniałej trójce, tych nieodżałowanych pięknych Ślązakach, to mam mocno ugruntowane przeświadczenie, że bez osób tak świadomych i tak zaangażowanych jak oni każdy region byłby bezradny w swojej niepamięci. Śląsk ma wykarczowaną historię, białe plamy naszej pamięci powoli odzyskują kolor w historiach opowiadanych przez literaturę, teatr i film. Nasze instytucje kultury, wbrew temu, co nam się czasem wydaje, realizują przede wszystkim agendę centralistyczną. Słowo “śląski” jest w ich nazwach najczęściej określeniem geograficznym, a nie duchowym. By przełamać tę niemożność, każdy świadomy i zaangażowany Ślązak musi stać się nanoinstytucją kultury i poprzez swoją działalność zachowywać i rozwijać naszą śląską kulturę. Tak właśnie robili Piotr Fuglewicz, Anna Skiendziel i Alojzy Lysko, choć w ich przypadku przedrostek “nano” zdecydowanie nie oddaje rangi ich dzieła.
Regionaliści mądrzy, a takimi byli wszyscy troje, dbają o duchową gęstość regionu. Dbają o to, by zawartość Śląska w Śląsku była odpowiednio wysoka. Nie pozwalają, by się ich region rozpuścił - w niebycie czy też w większym etnosie. Uprawiają także łaskawą politykę pamięci. Łaskawą, czyli taką, która wsłuchuje się w polifonię regionu, a nie ze względu na własne uprzedzenia zatyka sobie uszy. Ja najpewniej daleko nie zgadzałbym się z Lyską, gdybyśmy mieli mówi o sprawach kościoła i religii. Fuglewicza organiczna antypisowskość też byłaby mi w dużej mierze niemiła. Czy ze względu na te różnice miałbym wykreślić teraz ich nazwiska z tego tekstu? Mniej by to powiedziało o nich, a więcej o mnie i mojej małości. Pal licho jeśli gumkujemy kogoś z własnej pamięci. Możemy kogoś nie cierpieć, może nas czyjaś postawa odstręczać. A jeśli powołujemy do życia instytucję i finansujemy ją z naszych podatków, a ona uprawia swoisty szowinizm pamięci, to sprawa staje się poważna.
Piszę oczywiście o Panteonie Górnośląskim. Napisano o nim już sporo, ale wydaje się, że nigdy wystarczająco ostro. Samo koncypowanie i istnienie panteonów uważam za potrzebne. Potrzebujemy swoich bohaterów (i bohaterek), doceniania nieprzeciętności, pracowitości i hartu ducha. Potrzebujemy też budowania wspólnoty wokół tych postaci. Wspólnototwórczość to jest to, czego brakuje Panteonowi Górnośląskiemu najbardziej. Patrząc na listę upamiętnionych osób, łapię się za głowę, bo widzę, jak bardzo jest ona wykluczająca. Jeden naród, jedno wyznanie, jedna płeć. Prędzej się wielbłąd przeciśnie przez ucho igielne, niż Ślązak-Niemiec czy feministka wejdą do Panteonu Górnośląskiego. Dość powiedzieć, że wśród upamiętnionych jest prawie dwa razy więcej kapłanów niż kobiet w ogólności. Bawiąc się słowami w konwencji słynnego wiersza Barańczaka, można by napisać:
Jeżeli sukienka, to wyłącznie taka,
która oddaje stan kapłański,
jeżeli powstanie, to wyłącznie
jedna strona barykady…
I tak dalej, i tak dalej. Mógłbym się nadal bawić w publicystyczne złośliwości, ale może po prostu zapytam - jakim prawem finansujemy ze środków publicznych te szowinistyczne praktyki pamięci? I nawet zwiększamy to finansowanie - sejmik województwa i rada miasta Katowice powiększyły w tym roku swoje wpłaty o 20 proc.
Przykład Panteonu Górnośląskiego pokazuje, jak nie powinno się prowadzić polityki pamięci. Wielonarodowy i wielojęzyczny, pięknie polifoniczny Śląsk został sprowadzony do ponurego, monotonnego, nacjonalistycznego buczenia. A rzesze wybitnych Ślązaczek i Ślązaków po raz drugi skazaliśmy na śmierć.
Bo w tym miejscu należy napisać, że głównym wrogiem śmierci jest pamięć właśnie. Pamiętając, krzyżujemy szyki śmierci. Pamięć to świeckie życie wieczne. Elias Canetti, jeden z najważniejszych pisarzy XX wieku, stracił nagle ojca w wieku siedmiu lat. Potem przez całe życie był zaprzysięgłym wrogiem śmierci, wytaczając przeciw niej właściwe swojemu fachowi działa, czyli zdania. Tak też powstała genialna “Księga przeciw śmierci”, w której ten noblista pisze, że “każdy powołany jest do tego, by strzec życia kilkorga ludzi i biada mu, jeśli ich nie znajdzie. Biada mu też jeśli będzie strzegł ich źle”. Dalej pisze o “ostatnich łąkach życia”, którymi dla tych, którzy odeszli, może być właśnie nasze pamiętanie. Tworząc praktyki upamiętnienia na modłę katowickiego Panteonu, wjeżdżamy na te łąki buldożerem. I nie jesteśmy w stanie okazać elementarnej wdzięczności tym, którzy przez wieki budowali Śląsk, drugi raz skazując ich na śmierć - tym razem poprzez niepamiętanie, bo ośmielili się podzielać jakiś inny światopogląd niż ten, który żywi projektanci polityki pamięci uznali teraz, z partykularnych pobudek, za ten najlepszy.
Ach, drodzy budowniczy panteonów i projektanci polityki pamięci, a co gdyby uznać, że “różnymi drogami biegnie życie ludzkie, ale wszyscy szukają szczęścia i miłości” (sprawdźciem proszę autora autora tych słów)? I założyć, w przypływie humanizmu, że Ślązaków i Ślązaczki różnych proweniencji łączyła i łączy dobra wola i chęć uczynienia naszego śląskiego mikroświata choćby ciutkę znośniejszym? Wilhelm Szewczyk, na długo zanim pamięć o nim dopadli siepacze z PiS-u i IPN-u, skreślił następujące słowa:
“Jeżeli pozostawili po sobie dzieła godne pamięci, chwała im za to, bez względu na pochodzenie. Jeśli potwierdzili wierność miastu w wielkiej tolerancji wobec wszystkich jego mieszkańców, nic złego nie powinno się im także stać w naszej pamięci. Jeśli budowali, nie zabijając i nie dręcząc innych, czy to za odrębny język, religię lub poglądy, niech pozostaną katowiczaninami, cząstkami trudnego życiorysu miasta na pograniczu kultur i obyczajów”.
Te słowa, po małym toponimicznym retuszu, mogłyby zostać wyryte na fasadzie każdej instytucji kultury. Marzy mi się pojemna, łaskawa śląska pamięć, w której mieszczą się “konserwa” Lysko, “lewaczka” Skiendziel i “libek” Fuglewicz. Używam świadomie cudzysłowów, bo mam przekonanie, że te określenia są wtórne wobec prawdziwych, bezprzymiotnikowych darów, które zostawili nam ci, co odeszli. Darów, a jednocześnie zobowiązania wobec Śląska. Prof. Zbigniew Kadłubek pytany na pogrzebie Alojzego Lyski, czy można go zastąpić, odpowiedział, że “wszyscy musimy go trochę zastąpić”. Zgadzam się z nim. Wszyscy musimy ich trochę zastąpić i stać się choć maleńkimi śląskimi instytucjami kultury. A gdybyśmy nie uprawiali przy tym szowinizmu pamięci, to już w ogóle byłoby piyknie.
* Marcin Musiał (ur. 1988) - regionalista, literaturoznawca, bloger, działacz społeczny na rzecz praw mniejszości. Autor jednego z projektów ustawy o uznaniu języka śląskiego językiem regionalnym. Współautor książki "Kiedy umrze ślōnsko godka". Pomysłodawca i organizator promującego śląską kulturę Małego Festiwalu Wielkiej Literatury (dotychczas odbyły się cztery edycje festiwalu). Pomysłodawca i fundator Śląskiej Nagrody Literackiej KRAUZA, która jest przyznawana za najlepszą śląską książkę wydaną w roku ubiegłym. Członek kapituł Górnośląskiej Nagrody Literackiej "Juliusz" (za najlepszą biografię) oraz Nagrody Homera (za najlepszą prozę historyczną). Wychował się na żorskiej Wygodzie, mieszka w Katowicach.
Może Cię zainteresować:
Piotr Fuglewicz: Ignatz Ferdinand von Beym. Szarża emerytowanego kawalerzysty na pokłady węgla
Może Cię zainteresować:
