Urodzony u schyłku XIX wieku w Rajkach na Kijowszczyźnie, Michał Scipio del Campo zmarł jako dziewięćdziesięciosiedmioletni nestor w samym centrum przemysłowego organizmu powojennych Katowic. Jego obecność w stolicy Górnego Śląska przez niemal cztery dekady nie była kaprysem losu, lecz świadomym wyborem inżyniera, który w dymach śląskich kominów odnalazł – paradoksalnie – swoją przystań.
Zanim jednak Scipio del Campo stał się rozpoznawalną sylwetką na katowickim bruku, jego ród przebył długą drogę. Genealogia, pielęgnowana w rodzinnych przekazach, sięga szesnastowiecznej Italii i Piotra del Campo – wedle tradycji marszałka dworu w Bari – który przybył nad Wisłę w 1518 roku w orszaku Bony Sforzy. Spolonizowani przez stulecia Scipionowie wrośli w tkankę Rzeczypospolitej, by w osobie Michała wydać potomka o naturze niespokojnej, łączącego arystokratyczną dezynwolturę z inżynierskim pragmatyzmem.
Pionier polskiego lotnictwa
Wybór Katowic przez arystokratę z włoskimi korzeniami i dyplomem zdobytym w Belgii może wydawać się nieoczywisty. Klucz do zrozumienia tej decyzji tkwi w precyzyjnym odtworzeniu ścieżki edukacyjnej, znacznie bardziej złożonej, niż sugerują suche noty encyklopedyczne. Młody Michał zdał maturę w 1904 roku w Kijowie, by następnie rozpocząć studia na Wydziale Metalurgicznym Politechniki w Sankt Petersburgu. Edukację tę przerwała rewolucja 1905 roku, zmuszając go do wyjazdu na Zachód. Choć studiował we Francji (w Lille), gdzie nauka szła mu opornie, to ostatecznie w Belgii – ówczesnym centrum europejskiego przemysłu ciężkiego – w 1908 roku uzyskał tytuł inżyniera mechanika. Ten technokratyczny, „belgijski” szlif, a nie legenda paryskiej cyganerii, tłumaczy jego późniejszą karierę w przemyśle termodynamicznym na Śląsku.
Zanim jednak oddał się inżynierskiej rutynie, uświęcił nową religię XX wieku – awiację. Należał do grona pionierów, którzy wierzyli, że człowiek może oderwać się od ziemi nie tylko w sensie metaforycznym. Jako pierwszy Polak oblatał w 1911 roku samolot konstrukcji rodzimej, a jego loty na maszynach typu Etrich Taube czy Hanriot budziły sensację od Moskwy po Warszawę. Słynny przelot nad Warszawą 13 sierpnia 1911 roku – trwający osiemnaście minut akt niesubordynacji wobec carskich zakazów – stał się aktem założycielskim polskiego lotnictwa.
Człowiek renesansu w Katowicach
Po burzliwym okresie rosyjskim, epizodzie brazylijskim (gdzie kierował oddziałem firmy w Rio de Janeiro) i pracy w niepodległej Polsce, ostateczną przystań znalazł na Górnym Śląsku. W 1945 roku, gdy Katowice podnosiły się z wojennych zniszczeń, on – inżynier z doświadczeniem i znajomością dwunastu języków (w tym tak egzotycznych dla Ślązaków jak portugalski czy szwedzki) – stał się bezcennym nabytkiem. Pracował w Biurze Studiów i Projektów Energetycznych, a kompetencje tłumacza przysięgłego pozwalały mu śledzić światową literaturę techniczną nawet w czasach żelaznej kurtyny.
Mieszkał w centrum Katowic, w kamienicy pamiętającej czasy międzywojennego boomu. Jednak inżynierskie biurko nie wyczerpywało jego witalności. W śląskim krajobrazie Scipio del Campo dał się poznać jako człowiek renesansu, całkowicie zintegrowany z różnymi żywiołami. Mimo sędziwego wieku, jego codzienność w Katowicach daleka była od emeryckiej stagnacji. Jeszcze jako 97-latek siadał za kierownicą samochodu, kontynuując pasje z czasów, gdy startował w rajdach. Uprawiał sporty wodne, pływając po śląskich akwenach własną łodzią, co w scenerii przemysłowego miasta stanowiło widok osobliwy.
Szczególne miejsce w jego katowickim życiu zajmowało łowiectwo. Traktował las nie jako miejsce rozrywki, lecz przestrzeń etyczną. Do legendy przeszła anegdota doskonale ilustrująca jego niezłomny charakter i arystokratyczne poczucie honoru w zderzeniu z PRL-owską hierarchią. Gdy pewien oficer lotnictwa zachował się nieetycznie podczas nielegalnego polowania na terenie koła, sędziwy nestor osobiście udał się do Warszawy, do dowódcy wojsk lotniczych, by złożyć oficjalną interwencję. Nie prosił – wymagał przestrzegania zasad, niezależnie od pagonów na mundurze. Ta postawa budowała jego autorytet w środowisku równie mocno, co dawne lotnicze rekordy.
Żywa legenda lotnictwa
Po odwilży 1956 roku Scipio del Campo wrócił do łask władzy ludowej, stając się żywym artefaktem minionej epoki. Aeroklub Śląski i lotnisko Muchowiec stały się jego drugim domem. Bywał tam regularnie, służąc radą młodym pilotom, a czasem – jak wspominają świadkowie – „nawet fruwał”. Jego dystyngowana sylwetka uświetniała kadry filmów Warszawskie skrzydła czy serialu Polskie skrzydła, czyniąc go postacią popkulturową. W styczniu 1982 roku, podczas hucznych obchodów 95. urodzin w Katowicach, Stanisław Jakubowski uwiecznił go na słynnej fotografii z modelem samolotu z 1911 roku w dłoniach. Symboliczna klamra spięła początek i kres jego drogi.
Michał Scipio del Campo zmarł 7 marca 1984 roku w Katowicach i został pochowany z honorami 12 marca na cmentarzu ewangelickim przy ul. Francuskiej (sektor 10-1-1). Uroczystość ta, gromadząc tłumy, stała się manifestacją ciągłości tradycji miasta budowanego przez pokolenia inżynierów i wizjonerów. W ostatniej drodze pionierowi lotnictwa towarzyszyli przedstawiciele władz, m.in. Bogumił Ferensztajn, gen. Roman Paszkowski oraz gen. Jan Łazarczyk, a pożegnalne przemówienie w imieniu lotników wygłosił prezes Aeroklubu PRL, gen. bryg. pil. Władysław Hermaszewski.
Dziś, spacerując alejkami nekropolii lub ulicą jego imienia w pobliżu lotniska Muchowiec, warto pamiętać o tym niezwykłym życiorysie. To w Katowicach „człowiek-ptak”, który przyniósł niebo do Warszawy, a ziemię śląską wzbogacał swoją kulturą i pasją, wykonał swoje ostatnie, najtrwalsze lądowanie. Tym razem na zawsze.
Może Cię zainteresować:
Krzyż i Mauzer. Szopienicka ballada o księdzu Karolu Woźniaku i jego braciach
Może Cię zainteresować:
Piotr Fuglewicz: Beton, który nie pamięta. Karol Schayer i kruchość architektury
Może Cię zainteresować: