.... A tymczasem mamy Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku równo 65 lat temu i w bardzo hitorycznym dniu.
Umówili się na rano pod pomnikiem Kopernika. Zosia przyszła tam kilka minut wcześniej; Henryk też zjawił się przed czasem. Pierwsza wycieczka miała nadciągnąć do Planetarium dopiero koło dziesiątej, więc Wolarz łaskawie darowała jej tę godzinę. W sam raz na krótki spacer po Parku.
Zeszli schodkami spod pomnika i po chwili skręcili w prawo, w aleję biegnącą z tyłu za Planetarium. Wiła się łagodnie, jakby ktoś poprowadził ją miękką kreską na mapie. Wiosna była świeża, kwietniowa i soczysta, pachnąca porankiem, ziemią i wilgocią. Zosia i Henryk szli obok siebie, to blisko, to znów z większym odstępem, jakby dopiero uczyli się wspólnego tempa.
— Wiesz — zaczęła Zosia, wskazując głową Planetarium — ono nie wygląda tak przypadkowo. Solawa nadał mu kształt inspirowany pierścieniami Saturna. Ta kryza wokół kopuły… widzisz?
Henryk zmrużył oczy.
— Teraz to widzę. Jakby ktoś odciął kawałek planety i postawił tutaj.
— A obok masz obserwatorium. Mniejszą kopułę. Razem wyglądają jak planeta i jej księżyc. Albo miniaturowy układ planetarny.
Henryk uśmiechnął się pod nosem.
— Ty to wszędzie widzisz kosmos.
— Bo on jest wszędzie, tu też — odparła spokojnie. — Trzeba tylko patrzeć.
Aleja przed nimi schodziła ze wzgórza Planetarium szerokim łukiem. Jej krzywizna była tak naturalna, że aż trudno było uwierzyć, że wytyczył ją człowiek.
— Ta aleja — powiedziała Zosia — również ma swoją historię. Jej przebieg wytyczył Niemiec...
Henryk zatrzymał się na moment, zmrużył oczy i uniósł brwi w przesadnym zdziwieniu.
— Hitlerowiec? Czy z NRD?
Zosia wybuchnęła śmiechem tak gwałtownie, że aż musiała oprzeć się o jedno z rosnących przy alei młodych, ale silnych już drzew. Przez chwilę nie mogła złapać tchu, a Henryk patrzył na nią z udawaną powagą, choć w kącikach ust czaił mu się uśmiech.
Kiedy się uspokoiła, machnęła ręką.
— Władysław Niemiec. Po prostu tak miał na nazwisko.
— Miał? — Henryk przechylił głowę, jakby próbował zajrzeć jej w oczy od dołu. — Już nie żyje?
— Zmienił je. Na Niemirski.
— Tyż piknie.
— A jest z Wisły. Góral jak i ty.
Henryk prychnął.
— Jeśli z Wisły, to nie jak ja. Wisła to już Śląsk Cieszyński, oni tam to „Cysaroki”.
Zosia skinęła głową, uśmiechając się pod nosem.
— Racja.
Przez chwilę szli w milczeniu, słuchając śpiewu kosów. Gdzieś z prawej dochodziło pomrukiwanie ciuchci wąskotorówki. Nie widzieli jej, sunącej w wykopie. Henryk nagle zwolnił, jakby coś sobie przypomniał.
— A słyszałaś może o Pawle Niemcu?
Zosia spojrzała na niego z zaciekawieniem, unosząc brwi.
— Nie, a kto to?
Wyprostował się, jakby nagle urósł o kilka centymetrów. W jego głosie pojawiła się nuta dumy, której nie próbował ukrywać.
— Pilot myśliwski z Cieszyna. Uczestnik Bitwy o Anglię, dowódca kilku dywizjonów. Wychodzi na to, że krajan Niemirskiego!
Zosia zatrzymała się, patrząc na niego z autentycznym podziwem.
— No popatrz!
Henryk wzruszył ramionami, ale widziała, że jej reakcja sprawiła mu przyjemność. Wiosenny wiatr poruszył gałązkami i liśćmi nad ich głowami, a aleja prowadziła ich dalej w dół, jakby sama chciała być świadkiem tej rozmowy. Za słupkiem oblicowanym piaskowcem i uwieńczonym drewnianym, czterospadowym dachem jeszcze bardziej wykręcała w lewo.
— To pojnik — Zosia wskazała niepozorną budowlę. — Socrealizm.
— Ejże, Pałacu Kultury toto nie przypomina – zaprotestował Henryk.
— Cicho! — Pouczająco uniosła wskazujący palec. — Prawdziwa sztuka... przybiera różne formy. Ta jest wernakularna, nawiązuje do śląskiej i małopolskiej architektury wiejskiej.
Henryk przypatrzył się kogucikowi na dachu. — No faktycznie, przecież to już na pierwszy rzut oka widać. Prawie jak u nas nad Sołą!
— A widzisz. W dodatku można sobie wyobrazić, że to automatyczna sonda kosmiczna — jedna z tych, co latają do Księżyca.
— No to rozumiem, skąd ten kurek na dachu. Od Twardowskiego!
Tym razem obydwoje wybuchnęli śmiechem.
Ciekawe, co miałaby na czubku taka lecąca na Wenus — przyszło mu do głowy. Ale nie powiedział tego na głos, a Zosia już szła dalej, opowiadając o swojej zakrzywionej alei: — Wejchert, ten od Tychów, bo to on projektował Park jeszcze przed Niemcem, chciał, żeby ona miała kształt spirali. Coś jak trajektoria startującej rakiety, kilka razy okrążającej Ziemię, by nabrać wielkiej prędkości do lotu w daleki kosmos. Taka długa, elegancka, kręta jak ślimak. Jak transfer Hochmanna — o tym już jednak nie wspomniała, uznawszy, że pilotowi nic ten termin nie powie. Na razie. Miała zresztą w zanadrzu inną analogię:
— Szybowcem też nabierasz wysokości w podobny sposób.
Gdy tylko to powiedziała, przypomniało jej się coś jeszcze: — I wiesz co? Właśnie tutaj, nad Parkiem, jego zieleń i woda wytwarzają prądy wstępujące. Pomyślano to jako naturalną barierę, osłaniającą Katowice przed pyłami przemysłowymi od strony Chorzowa. W takim kominie termicznym poszybowałbyś, że hej! Niesamowite, co?
— Że hej! — powtórzył zafascynowany. Jego wzrok systematycznie nabierał wysokości, szybując w górę komina o szalenie atrakcyjnych charakterystykach. I proporcjach.
Nie czekając na Henryka, Zosia nieomal tanecznym krokiem pomknęła w dół alei. Patrzył za nią, a dynamika dwóch idealnych prądów wznoszących pociągnęła jego spojrzenie ku formującym się powyżej obłokom. Altocumulus lenticularis — ocenił fachowym okiem.
— No to czemu nie zrobili, jak chciał Wejchert? — zapytał, gdy ją dogonił.
— Niemiec uznał, że teren nie pozwala. Ale coś z ducha pomysłu Wejcherta tu przetrwało. Przyjrzyj się naszej alei — ona rzeczywiście jest jak wycinek trajektorii, jakby w kształcie instrumentu muzycznego, na przykład liry, saksofonu czy pudła gitary. To nieoczywiste, ale rozpoznawalne. Prawie że słyszę tu melodię, jaką gra.
Henryk spojrzał na zakręt, potem na Zosię.
— Ty serio widzisz to wszystko?
— Czasem myślę, że Park ma własną grawitację i zakrzywia przestrzeń.
— O tak — mruknął Henryk. — Czuję, jak przyciągają mnie zakrzywienia przestrzeni.
Nie sprecyzował, co dokładnie ma na myśli, a Zosia udawała, że nie zwróciła uwagi. Także na to, jak zerka ukradkiem na krzywizny i trajektorie. Wcale nie te, które kreśli aleja.
Niedaleko rozległ się gwizd. Z przystanku „Łania” ruszała kolejka. Kolorowe wagoniki potoczyły się powoli, stopniowo dopiero nabierając prędkości.
Henryk patrzył na nie z zaciekawieniem.
— I pojechali — skomentował półgłosem.
A nad nimi — wysoko, niewidoczny, niesłyszalny — ktoś właśnie okrążał Ziemię.
Aleja przed nimi znów zakręciła, doszli nią pod Alpinarium i schron przeciwdeszczowy.
— Trochę dalej na stoku wzgórza stoi drugi, bardzo podobny, jest w nim teraz kawiarnia — powiedziała Zosia. Jak spojrzysz na mapę… albo z powietrza, ty masz szansę… to zobaczysz, że te dwa budynki tworzą z Planetarium idealny trójkąt równoramienny. I to jest mój ulubiony układ.
Henryk uniósł brwi.
— Symetria?
— I to jaka. Nie ta, którą widzisz z ziemi. Ta najlepiej widoczna z góry, z samolotu czy... z kosmosu.
Henryk spojrzał na nią z zachwytem. Nie widział tego, o czym mówiła, ale dużo bliższa, również dostrzegalna z góry symetria obu blisko związanych grawitacją składników układu podwójnego była doskonała. Tym razem pochwyciła jego spojrzenie i zaraz odwróciła głowę. Choć niby czego miałabym się rumienić? Przecież to nie białe karły.
Poszli dalej i po chwili rozpostarły się przed nimi Tereny Festynowe.
— To też projekt Niemca — powiedziała Zosia. — Trzy kręgi taneczne. Zawsze kojarzyły mi się z układem potrójnej gwiazdy. Ta altana tam — widzisz? — jest jak planeta-olbrzym na orbicie jednej z nich. Trochę to zresztą przypomina Planetarium z obserwatorium, a jest od niech starsze. Jakby Solawa zgapił od Niemca. Ale może po prostu obaj podobnie myśleli geometrią? O, a tam dalej kolejne planety — wskazała kopuły dwóch bufetów.
Henryk roześmiał się cicho.
— Aż się boję zapytać, co jest jądrem tej galaktyki.
— My — odparła. — Bo to wszystko jest zbudowane wokół ludzi.
— O, i ludzie też już krążą w tym kosmosie! — pokazał na kamienne rzeźby tancerzy przy kręgach.
— Sam widzisz! — w jej oczach błysnęła aprobata.
Minęli altanę nad Dużym Kręgiem, która w wiosennym świetle wyglądała jak kopuła kosmodromu z powieści fantastycznej. Był środek tygodnia, więc dziś nie odbędzie się tu żaden koncert, ale muzykę słychać było gdzieś z oddali. Chyba dobiegała aż z Wesołego Miasteczka.
— A, i lunapark! — przypomniała sobie Zosia. — Wiesz, skąd ta nazwa?
— Od Luny? Księżyca?
— Od pierwszego takiego miejsca na świecie, czyli Luna Parku na Coney Island — to na Brooklynie w Nowym Jorku. Te amerykańskie urządzenia były inspirowane fantastyką naukową, futurystycznymi podróżami na Księżyc. I u nas też coś z tego jest. Choćby te superszybkie samoloty na karuzelach. A jak wyjdziesz z Parku i spojrzysz na okolicę… to księżycowego krajobrazu długo szukać nie będziesz.
Henryk zaśmiał się znowu.
— No tak. Hałdy.
— Hałdy — powtórzyła prawie z czułością. — Śląskie kratery. A tu zobacz, staw — jak Morze Spokoju.
Nad nimi — wysoko, niewidoczny dla nich i niesłyszalny — ktoś właśnie okrążał Ziemię.
Szeroką aleją wspięli się z powrotem ku Planetarium. Kwiecień pachniał tak intensywnie, że aż chciało się iść dalej, bez celu. Ale oni mieli cel i z alei, prowadzącej dalej na Bytków, odbili w ścieżkę podchodzącą na placyk przed pomnikiem Kopernika. Kopuła nad nimi błyszczała w słońcu jak metaliczna planeta, a kryza wokół niej rzucała ostry cień, rzeczywiście wyglądający jak pierścień.
Henryk zatrzymał się na moment.
— Nigdy wcześniej nie patrzyłem na to w ten sposób — powiedział. — Saturn na Śląsku.
— Niby czemu nie? — odparła Zosia. — Każde miejsce może mieć swój kosmos.
— A ty naprawdę wiesz o tym miejscu wszystko.
— Nie wszystko — odparła. — Ale wystarczająco, żeby się tu czuć jak u siebie.
Henryk spojrzał na nią, jakby chciał coś dodać, ale zamiast tego ruszył dalej. Zosia szła obok, lekko stąpając, z rękami w kieszeniach wiosennego płaszcza. Wiejący na wciąż jeszcze słabo zalesionym wzgórzu wiosenny wiatr poruszał jej włosami.
— Wiesz — powiedziała po chwili — czasem mam wrażenie, że Park jest jak mapa nieba. Tylko trzeba wiedzieć, jak ją czytać.
— Ty umiesz — mruknął Henryk.
— Bo spędziłam już parę lat w samym jego sercu. Każda alejka, każdy zakręt… to jak linia na wykresie. Jak trajektoria.
Henryk spojrzał na nią z boku.
— A twoja trajektoria?
Zosia znów udała, że nie słyszy. Odwróciła głowę i nie odpowiedziała, ruszając w stronę schodów prowadzących do głównego wejścia Planetarium.
Dogonił ją na stopniach. Kilka z nich przeskoczył.
— Wiesz, że jak patrzę na te krzywizny… — zaczął.
— Krzywizny alejek? — przerwała z niewinną miną.
— Nie tylko — przyznał, nie spuszczając z niej wzroku.
Zosia przewróciła oczami, ale uśmiech ukrył się w kąciku ust.
— Ty naprawdę jesteś góral — powiedziała. — Prosto z mostu.
— A ty naprawdę jesteś z Częstochowy. Wszystko wzniosłe, alegoryczne i uroczyste. Prawie jak na pielgrzymce.
— Nie wszystko. Park ma w sobie te wszystkie zależności i układy, ale nie jest idealny. Jest… ludzki.
Henryk zatrzymał się.
— A ty?
Zosia spojrzała na niego długo, spokojnie.
— Ja? Ja jestem obserwatorką.
— A ja?
— Ty jesteś… — zawahała się, szukając słowa, które nie będzie zbyt oczywiste. — Ty jesteś odkryciem.
Henryk roześmiał się.
— Ooo!
— Dla jasności: astronomowie czasami bardzo długo zastanawiają się, czym jest to, co odkryli — zastrzegła. — Ale dla mnie to odkrycie ma potencjał. Wiesz, co jest najpiękniejsze w astronomii? — zapytała.
— Że wszystko jest daleko, a zarazem blisko?
— Że wszystko jest w ruchu. Nawet jeżeli nie od razu to widać.
Henryk spojrzał na nią tak, jakby nagle zrozumiał coś, czego wcześniej nie dostrzegał.
U szczytu schodów, tuż przed wejściem, zatrzymała się.
— A cała ta aleja, z dołu od stawu aż tutaj, miała być jednymi, wielkimi schodami. Solawa chciał, żeby do świątyni wiedzy — jak określał Planetarium — prowadziło wiele stopni. Taki symbol, że do tego, co najważniejsze, dochodzimy powoli, z wysiłkiem, etap za etapem.
Trzy ostatnie słowa powiedziała powoli, z naciskiem na każdą sylabę. Zabrzmiały jak podkreślone. Patrzyła mu w oczy — spokojnie, blisko — chcąc, by naprawdę usłyszał to, co kryło się między wierszami.
— Etap za etapem — zgodził się.
— Jednak architekt nie znalazł zrozumienia dla swej wizji. Z astronomami też tak nieraz bywa.
A nad nimi — wysoko, niewidoczny, niesłyszalny — ktoś
właśnie okrążał Ziemię.
W holu Planetarium panowała cisza, inna niż ta w Parku. Budynek miał własną akustykę, która przekładała się na jego własny oddech. Tuż za drzwiami Zosia zatrzymała się na chwilę, jakby chciała coś sprawdzić.
— Słyszysz? — zapytała.
Henryk nasłuchiwał, ale słyszał tylko ciszę.
— Nic — stwierdził.
Weszli głębiej. Pośrodku marmurowej posadzki, tam, skąd rozbiegały się koncentryczne promienie, stała okrągła, przezroczysta gablota.
— To właśnie tellurium — objaśniła Zosia. — Nowe. Jeszcze pachnie smarem, czujesz? Kiedy działa, to nie słychać niczego poza… brakiem dźwięku. Idealna synchronizacja.
W środku gabloty poruszały się modele Słońca, Ziemi i Księżyca — powoli, precyzyjnie, jakby ktoś zwolnił czas do tempa oddechu.
Na szklanej osłonie połyskiwały rysunki znaków zodiaku.
Henryk zatrzymał się przy nich.
— Maszyna, która pokazuje ruch, na pozór nie ruszając się prawie wcale — powiedziała.
—Mimo że tu wszystko jest w ruchu? — zapytał, wskazując na obracające się kółka.
— Wszystko — potwierdziła Zosia. — I to jak. Możesz tu zobaczyć zaćmienia, przesilenia, równonoc, pozorną wędrówkę Słońca... Wszystko, co zwykle trwa miesiącami, tu dzieje się w godzinę.
— I ty to lubisz — stwierdził.
— Lubię, bo to jedyne miejsce, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. I proste do ogarnięcia — powiedziała cicho. — Nawet jeśli tylko na chwilę.
Henryk przesunął palcem po szkle, zatrzymując się przy jednym z rysunków.
— A ty? Który to twój?
— Panna — odpowiedziała bez wahania. — Nie widać? — spojrzała na niego zadziornie.
Uśmiechnął się do niej i do swoich myśli też. Widać dobrze, moja Panno.
— No tak. Porządek, precyzja, trajektorie, układy… wszystko się zgadza.
Zosia przewróciła oczami, ale w kąciku ust też drgnął jej uśmiech.
— A ty?
— Baran.
— Oczywiście — mruknęła. — Z impetem, na skróty, wszystko z marszu.
— Czyli się nie dogadamy?
— Wręcz przeciwnie — odparła, patrząc na powoli krążący model Ziemi. — Układy podwójne często mają składniki o zupełnie różnych charakterach. A jednak trzyma je razem grawitacja. I wspólny ruch.
Henryk spojrzał na nią tak, jakby znów coś zrozumiał — nie od razu, ale wystarczająco, by to zapamiętać.
Przeszli do okrągłego foyer wewnątrz pierścienia otaczającego kopułę. Światło było przygaszone, odbijało się w eksponowanych tam instrumentach naukowych i makietach.
Henryk zatrzymał się przy modelu Układu Słonecznego.
— To jest… — zaczął.
— …Starsze niż tellurium — dokończyła Zosia. — Jeszcze z czasów, kiedy Planetarium dopiero nabierało rozpędu. Ale lubię ten model. Jest niedoskonały, ale szczery.
Henryk pochylił się, żeby zobaczyć Ziemię.
— Tu jesteśmy — powiedział, dotykając palcem powietrza obok małej, niebieskiej kulki.
— Nie — poprawiła go Zosia. — Tu jesteśmy.
Wskazała tak maleńki, że aż niedostrzegalny punkt na orbicie.
— W ruchu.
Henryk spojrzał na nią z uśmiechem, który nie był już tylko żartem.
— Ty autentycznie jesteś obserwatorem.
— Ktoś musi — odparła. — Inaczej wszystko wyglądałoby jak chaos.
Ruszyli dalej. Okrągłe foyer wokół sali projekcyjnej prowadziło ich łagodnym łukiem wewnątrz pierścienia Saturna. Światło odbijało się w ich twarzach, tworząc miękkie półcienie.
— Wiesz — powiedział Henryk — jak tu wszedłem, to miałem wrażenie, że czas zwolnił.
— To normalne — odparła Zosia. — Tu zawsze jest trochę inaczej. Jakbyś wchodził do środka zegara.
— I ty jesteś jego wskazówką?
Zosia parsknęła śmiechem.
— A sam sobie bądź wskazówką! Ja tu tylko pilnuję, żeby się nie zacinał.
Zatrzymali się przed drzwiami do sali.
— Chcesz wejść? — zapytała.
— A mogę?
— Ze mną możesz wszystko — powiedziała, zanim zdążyła się ugryźć w język.
Henryk uniósł brwi.
— Wszystko?
Zosia spuściła wzrok.
— W granicach regulaminu — dodała szybko.
— A regulamin mówi…?
— Że nie wolno dotykać projektora. Ani pulpitu sterowniczego. Ani niczego. I nie wolno przeszkadzać pracowniczkom. Ani samemu gasić światła. I nie wolno…
— A co wolno?
Zosia spojrzała na niego długo, spokojnie.
— Wolno patrzeć. W górę.
Otworzyła drzwi.
Weszli do środka. Sala była pusta, półmroczna, z wielkim, ażurowym lecz masywnym projektorem pośrodku. Sam w sobie wyglądał jak kosmolot z powieści Lema. A górująca nad nimi kopuła — jak niebo, które dopiero czeka na gwiazdy.
Henryk szeptem powiedział:
— Tu jest jak w środku Wszechświata.
— Bo jesteś — odparła Zosia.
Na chwilę usiedli obok siebie na fotelach, w ciszy, która nie była niezręczna. Raczej jakby oboje, z nadzieją choć przecież daremnie, nasłuchiwali czegoś, co teraz dzieje się wysoko w górze, za granicą próżni kosmosu, ponad atmosferą.
Tam, gdzie — wysoko, niewidoczny, niesłyszalny — ktoś właśnie okrążał Ziemię.
Kiedy wyszli z sali, foyer nadal było puste. Światło odbijało
się w ścianach zakrzywionych jak orbita. Zosia zatrzymała się na
moment, poprawiając włosy, ciągle jeszcze rozsypane od
kwietniowego wiatru w Parku. Henryk, zupełnie odruchowo, odgarnął
jeden niesforny kosmyk znad jej czoła — delikatnie, jak gdyby bał
się naruszyć równowagę całego układu. Zosia nie cofnęła się.
Przez krótką chwilę w półmroku znaleźli się blisko, nawet
bardzo blisko, tak że obie atmosfery niemal się zetknęły, choć
barycentrum ich dwojga wciąż jeszcze znajdowało się w przestrzeni
pomiędzy nimi. A potem poszli ku wejściu, jakby nic się nie stało,
choć oboje wiedzieli, że coś właśnie zmienia wektor.
Nad nimi — wysoko, niewidoczny, niesłyszalny — ktoś wciąż
jeszcze okrążał Ziemię.
Zosia przystanęła przy wejściu, u szczytu schodów. Henryk już zbiegał do ich podnóża, w rozpędzie przeskakując po dwa, trzy stopnie naraz. Uśmiechnęła się mimo woli. Było w tym coś chłopięcego.
Zatrzymał się na dole, odwrócił, pomachał jej krótko — tak, jakby nie chciał robić z tego pożegnania nic wielkiego — i ruszył dalej. Jego sylwetka malała, aż w końcu zniknęła za garbem terenu, tam gdzie aleja opadała ku stawowi w dole.
Zosia stała jeszcze chwilę, jakby chciała zapamiętać ten obraz. Chłodne światło poranka, pusty Park, echo kroków, które chciałaby usłyszeć tu ponownie. I to bardzo.
Wtedy rozległ się trzask głośnika radiowęzła. Metaliczny, nieco przesterowany — jak zawsze — ale tym razem coś w nim brzmiało inaczej.
Głos Wolarz.
— Proszę państwa… — zaczęła sucho, lecz w tonie dyrektorki było coś niecodziennego. Jakieś drżenie. Może zdumienie. — Polskie Radio ogłosiło wiadomość wielkiej wagi. Nie przesadzę, że historycznej.
Zosia uniosła głowę. Park u jej stóp trwał w bezruchu, jak gdyby też czekał na dalszy ciąg.
— Dziś w kosmos wystartował pierwszy człowiek… kosmonauta radziecki…
Zapadła krótka cisza. Tak krótka, że mogła być tylko zawahaniem. Jakby Wolarz musiała spojrzeć na kartkę, by upewnić się, iż dobrze widzi, że ten ktoś naprawdę tak się nazywa.
— …Jurij Gagarin.
Słowa zawisły w powietrzu, cięższe niż zwykle. Zosia poczuła, że coś się przesunęło — nie w świecie, ale w niej samej. W jakiś sposób niebo, które znała, zrobiło się o ton jaśniejsze, a jednocześnie bardziej obce.
— Radzę przygotować się na długi dzień — dodała Wolarz, już swoim zwykłym tonem. — Szczególnie Sekcji Astronautycznej. Pani Zofio, proszę do mnie.
Głośnik zamilkł z cichym trzaskiem.
Zosia odetchnęła głęboko, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o powietrzu. Ostatni raz spojrzała w stronę, gdzie zniknął Henryk. Potem odwróciła się i weszła do Planetarium — powoli, ostrożnie, jakby każdy mały krok prowadził ją w nowy świat.
Wysoko ponad nią pierwszy człowiek okrążał Ziemię.
Może Cię zainteresować:
Czerwone gwiazdy nad Śląskiem cz. 1. Sputnik, Planetarium i „Po prostu” Polska Gomułki
Może Cię zainteresować:
Czerwone gwiazdy nad Śląskiem cz. 2. Planetarium od Sputników do Tierieszkowej i Leonowa
Może Cię zainteresować: