Atmosferyczna rewolucja w górnictwie
W tamtych czasach górnicy musieli schodzić w głąb ziemi coraz niżej, w poszukiwaniu węgla i cennych kruszców. Na drodze szybko stawała im jednak natura: podziemne żyły wodne, które zalewały nowo drążone chodniki. Tradycyjne systemy odwadniające, opierające się na ręcznych pompach i powierzchniowych kieratach, bywały całkowicie bezradne. Setki koni pociągowych generowały bajońskie koszty utrzymania, paszy i opieki, a mimo to fizycznie przegrywały walkę z żywiołem napierającym z nieznanych dotąd głębokości.
Reden znalazł jednak wyjście. Czerpiąc wiedzę z podróży studyjnych i dyskretnego szpiegostwa gospodarczego, uważnie spoglądał w stronę Wielkiej Brytanii. Nie sięgnął po najnowszą, chronioną drakońskimi patentami maszynę Jamesa Watta, zachował się jak rasowy pragmatyk. Wybrał tańszy, solidny i sprawdzony przez lata 32-calowy model atmosferyczny Thomasa Newcomena. Matematyka okazała się bezlitosna dla starych metod. Piekielna machina z szybu „Kunst” wypompowywała z głębokości 50 metrów aż 1,5 metra sześciennego wody na minutę. Koszt jej eksploatacji – zaledwie 3,7 tysiąca talarów rocznie –był trzykrotnie niższy niż utrzymanie armii pociągowych zwierząt. Osuszone wyrobiska natychmiast otworzyły drogę do nowej, wysoce rentownej epoki.
Narodziny śląskiego kompleksu przemysłowego
Jako państwowy menedżer, Reden zarządzał Śląskiem z niemal autorytarną stanowczością. Bezbłędnie wykorzystał pruski model kameralizmu i zasadę dyrekcyjną. Tam, gdzie prywatny kapitał paraliżował strach przed stratą, z pełną siłą wkraczało państwo, arbitralnie wyznaczając kierunki modernizacji. Wyższy Urząd Górniczy działał systemowo, dostrzegając szerszy obraz. Kiedy lokalne huty zaczęły dusić się z powodu deficytu węgla drzewnego – co już wcześniej doprowadziło do drastycznego wylesienia regionu – Reden wpadł na wizjonerski pomysł. Postanowił nierozerwalnie połączyć nowoczesne górnictwo z hutnictwem żelaza. Ściągnął na Śląsk brytyjskich ekspertów: hutnika Johna Wilkinsona oraz inżyniera Johna Baildona, z których pomocą z powodzeniem wdrożył koks jako wydajne paliwo do wielkich pieców.
To z inicjatywy Redena wyrosły od podstaw państwowe giganty: Królewska Odlewnia Żeliwa w Gliwicach oraz monumentalna Huta „Królewska”. Wokół tej drugiej od razu wykiełkowała robotnicza osada. Zaledwie kilkadziesiąt lat później, w 1868 roku, otrzymała ona prawa miejskie jako Królewska Huta (dzisiejszy Chorzów). System działał niczym dobrze nastrojony mechanizm: kopalnie dostarczały na bieżąco węgiel koksowy, huty przetapiały go na cenną dla państwa stal, a lokalna ekonomia nakręcała się w perfekcyjnie domkniętym obiegu.
Sztolnia, kanał i rewolucja logistyczna
Na drodze do pełnego triumfu stała jednak jeszcze jedna, niezwykle kłopotliwa przeszkoda –logistyka. Śląskie szlaki lądowe stanowiły wówczas jedynie nieutwardzone dukty, które każdej wiosny zamieniały się w nieprzejezdne morze błota. Powolne i uciążliwe przewożenie węgla czy żeliwa wozami konnymi bezlitośnie pożerało zyski, pozbawiając towary konkurencyjności (choćby na strategicznych rynkach w Berlinie). Odpowiedzią inżyniera były kolejne, tym razem podziemne projekty o monumentalnej skali.
W 1799 roku wraz z Baildonem zainicjował karkołomną budowę Głównej Kluczowej Sztolni Dziedzicznej. Wyobraźmy sobie mroczny korytarz ukryty 38 metrów pod powierzchnią ziemi, drążony w morderczym pocie czoła przy użyciu najprostszych kilofów. Zmagania z twardą skałą pozwalały posuwać się z prędkością wahającą się od zaledwie 177 do 520 metrów rocznie. Mimo tych trudności zrealizowano cel. Ostatecznie sztolnia osiągnęła imponującą długość 14,3 kilometra. Grawitacyjnie odwadniała państwowe kopalnie w Zabrzu i Królewskiej Hucie, a odpowiednio poszerzone fragmenty umożliwiły rewolucyjny transport: węgiel ładowano pod ziemią wprost na spławne barki.
W Zabrzu wyładowane urobkiem łodzie wypływały ze sztolni wprost na szerokie wody Kanału Kłodnickiego. Ta 45-kilometrowa arteria powstawała w bólach między 1792 a 1812 rokiem. Budowniczowie musieli na bieżąco mierzyć się z dramatycznymi brakami rąk do pracy i destrukcyjnym echem wojen napoleońskich. Ostatecznie jednak kanał skutecznie połączył serce przemysłowego Śląska z Odrą w Koźlu. Region zyskał upragnione okno na świat –niezwykle rentowny szlak eksportowy wiodący aż do Bałtyku. Z inżynieryjną maestrią ujarzmiono trudny, opadający o niemal pięćdziesiąt metrów teren, celująco projektując system szesnastu śluz. Ta nawodna autostrada generowała kolosalne zyski przez kilkadziesiąt lat, dopóki nie musiała ustąpić miejsca bardziej wydajnej, parowo-żelaznej sieci kolei oraz nowoczesnemu Kanałowi Gliwickiemu.
Pamięć o wizjonerze
Główny architekt tej gospodarczej rewolucji zmarł w spokoju, we własnym pałacu, w 1815 roku. Pamięć o nim jednak przetrwała. Wdzięczni robotnicy z Królewskiej Huty z własnej inicjatywy ufundowali dawnemu nadstaroście pomnik dłuta wybitnego rzeźbiarza, Theodora Erdmanna Kalidego. Uroczyste odsłonięcie miało miejsce w 1853 roku. Niestety, w XX wieku polityka brutalnie wkroczyła w spiżowy spokój inżyniera, czyniąc z niego nacjonalistyczny łup. Jeszcze przed wybuchem wojny, w nocy z 14 na 15 lipca 1939 roku, polscy powstańcy śląscy i harcerze zrzucili pomnik Redena na bruk w ramach antyniemieckiej manifestacji wywołanej krytycznym napięciem na Górnym Śląsku. W ramach odwetu, zaledwie rok później, naziści odlali go na nowo, opatrując rzeźbę wulgarną tablicą propagandową.
Z kolei w 1945 roku, na fali wymazywania z przestrzeni publicznej „niemieckiego ducha” przez nową komunistyczną władzę, pomnik rozjechano czołgami, a resztki brązu przetopiono na złom. Paradoksalnie ocalał tylko jeden, jakże symboliczny detal: autentyczna głowa z drugiej rzeźby. Po latach skrycie wysłano ją w anonimowej paczce do zszokowanych pracowników chorzowskiego muzeum. Mijały dekady, a ideologiczne zacietrzewienie ustąpiło miejsca historycznemu obiektywizmowi.
Od 2002 roku w centrum Chorzowa, bez budzenia dawnych kontrowersji, stoi mosiężna kopia pomnika zrekonstruowana przez Augustyna Dyrdę. Uwolniony od szowinistycznego ciężaru Reden znów spogląda na miasto, które sam do życia powołał. Jego prawdziwe dziedzictwo obroniło się maszynami, nie ideologią. Słynna kopalnia ołowiu i srebra „Fryderyk” w Tarnowskich Górach odrestaurowana lśni dziś jako pomnik ludzkiego geniuszu, dumnie wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na terenie potężnej niegdyś Huty „Królewskiej” działa dziś samorządowe Muzeum Hutnictwa ratujące od zapomnienia pamięć dawnych pieców (uhonorowane prestiżową statuetką muzealnej Sybilli). Z kolei głęboko pod Zabrzem, po udanej rewitalizacji i europejskich dotacjach, od 2018 roku turystyczne łodzie ponownie płyną w mrokach wskrzeszonej Sztolni Dziedzicznej.
Friedrich Wilhelm von Reden – surowy i autorytarny technokrata – wyrwał zapomnianą pruską prowincję z objęć feudalnej biedy. Twardą ręką przeobraził ją w wielki, innowacyjny kombinat inżynieryjny, którego owoce wyprzedziły europejski rynek o całe dziesięciolecia.
Może Cię zainteresować:
Piotr Fuglewicz: Ludwik Bojarski. Ucieczka przed kościelnym bankructwem prosto do kopalni
Może Cię zainteresować:
