Od Redakcji:
Nieodżałowany Piotr Fuglewicz na kilka tygodni przed swoją śmiercią przekazał nam do publikacji kolejny cykl artykułów, które miały złożyć się na Jego kolejną książkę - trzeci już po "Cokołach przechodnich" i "Palimpseście Kato" zbiór biografii ważnych, a często nieoczywistych i zapomnianych postaci związanych ze Śląskiem. Tym razem Piotr chciał przypomnieć nam pionierów śląskiego przemysłu. Niestety, za Jego życia zdążył ukazać się jedynie pierwszy odcinek cyklu. Dla uhonorowania pamięci naszego Współpracownika i Przyjaciela publikujemy odcinki kolejne.
Początek śląskiej rewolucji przemysłowej
Baildon urodził się 11 grudnia 1772 roku w szkockim Larbert. Inżynieryjnego fachu uczył się od piętnastego roku życia w słynnych zakładach Carron, pod czujnym okiem ojca oraz wybitnego konstruktora Johna Smeatona. To właśnie w tym kompleksie odlewano słynne karonady – potężne działa o krótkich lufach, które gwarantowały brytyjskiej marynarce wojennej absolutną dominację na oceanach. Podczas wspomnianych już, dyskretnych wypraw Redena do Wielkiej Brytanii, Prusacy pojęli jedną rzecz: samo skopiowanie rysunków nie wystarczy. Potrzebowali żywego, błyskotliwego umysłu. Smeaton przedstawił im młodego Baildona, a ten, skuszony niezwykle lukratywnym kontraktem, wyruszył na kontynent.
Nowe technologie i narodziny wielkiego przemysłu
Jego pierwsze śląskie wyzwanie polegało na zaprojektowaniu potężnego pieca opalanego koksem w nowo powstającej Królewskiej Odlewni Żelaza w Gliwicach. Tradycyjne hutnictwo osiągnęło już swój fizyczny limit, dusząc się w oparach powszechnego wylesiania. Koks, jako paliwo o znacznie większej wytrzymałości na zgniatanie i wyższej temperaturze spalania,
otworzył przed przemysłem zupełnie nowe horyzonty. Pozwalał wznosić wyższe szyby piecowe i wręcz lawinowo zwiększyć produkcję. W listopadzie 1796 roku z gliwickiego pieca popłynęła pierwsza płynna surówka – był to debiutancki, w pełni udany wytop o charakterze stałym i wielkoprzemysłowym w całej kontynentalnej Europie.
Wiosną tego samego roku Baildon nadzorował produkcję oraz montaż odlewów całkowicie żelaznego mostu, który przerzucono nad rzeką Strzegomką w Łażanach. Ta nowatorska konstrukcja udowodniła największym sceptykom, że nowoczesne żeliwo doskonale nadaje się do budowy masowej infrastruktury publicznej. Chwilę później genialny inżynier uruchomił Królewską Hutę w dzisiejszym Chorzowie, która z miejsca zdobyła miano najnowocześniejszego zakładu na Starym Kontynencie. Masowa produkcja żelaza zrodziła natychmiastowe problemy logistyczne. Ówczesne, grzęznące w piachu drogi kompletnie nie nadawały się do transportu tysięcy ton węgla i rudy. Działając w ścisłym tandemie z Redenem, Baildon stał się współtwórcą opisanego już na kartach tej książki innowacyjnego systemu wodnego. Wspólnie rzucili wyzwanie logistycznemu paraliżowi, łącząc podziemne korytarze Sztolni Dziedzicznej z nurtami Kanału Kłodnickiego.
Historia potraktowała jednak ten inżynieryjny majstersztyk z niemałą dozą ironii. Masowa produkcja wysokogatunkowego żelaza w hutach Baildona dała wkrótce istotny impuls do rozwoju kolei. Szybkie pociągi, które w 1845 roku z hukiem wjechały na Śląsk, sprawiły, że powolny transport Kanałem Kłodnickim przestał być opłacalny. Baildon, napędzając postęp technologiczny, uśmiercił tym samym własną, budowaną latami infrastrukturę transportową.
Cynk, Huta Baildon i narodziny nowej elity
Na początku XIX wieku szkocki wizjoner postanowił diametralnie zmienić ścieżkę kariery. Zrzucił ciasny gorset etatowego urzędnika państwowego i wkroczył na drogę prywatnej przedsiębiorczości, inwestując gigantyczne środki w produkcję cynku. Metal ten, ze względu na niską temperaturę wrzenia, dotychczas ulatniał się w postaci gazu podczas prób wytopu w tradycyjnych piecach. W 1804 roku Baildon wybudował w katowickim Wełnowcu rewolucyjną hutę wyposażoną w piece muflowe według pomysłu Johanna Christiana Ruberga. Opary cynku skraplały się w nich wewnątrz zamkniętych, ceramicznych naczyń, bez destrukcyjnego kontaktu ze spalinami. Dzięki temu rozwiązaniu Śląsk na kilkadziesiąt lat zmonopolizował światową produkcję tego surowca, skutecznie dyktując ceny na prestiżowych giełdach w Londynie i Paryżu.
Najwspanialszym dziełem późnego etapu kariery inżyniera okazała się wybudowana w 1823 roku Huta Baildon. Ten gigantyczny zakład, ulokowany na styku granic Katowic, Dębu i Załęża, funkcjonował początkowo jako pudlingarnia. Piec pudlarski oddzielał palenisko od surówki, a gorące gazy, odbijając się od sklepienia, roztapiały żelazo. Robotnicy o nadludzkiej sile fizycznej przez wiele godzin ręcznie mieszali stopioną, buchającą żarem masę przy użyciu długich drągów. Ten morderczy proces pozwalał wypalić nadmiar węgla, pozostawiając niezwykle plastyczny i wysoce wytrzymały materiał, idealny do produkcji szyn kolejowych oraz blach okrętowych. Huta zaczynała z trzystuosobową załogą i niemal z marszu zyskała status najnowocześniejszej walcowni w całych Prusach.
Przemysłowy triumf przyniósł Szkotowi natychmiastowy awans społeczny i finansowy. W 1804 roku pojął za żonę Helenę Galli, córkę zamożnego kupca o włoskich korzeniach. Kapitał zyskany dzięki temu małżeństwu pozwolił mu na zakup własnych kopalń węgla – takich jak „Helena” czy „Pax” w Bełku – a także rozległych majątków ziemskich. Tradycyjną, rodową arystokrację zaczęła sukcesywnie wypierać nowa elita techniczna i finansowa. Baildon doczekał się siedmiorga dzieci, a jego potężniejąca rodzina z czasem wzniosła
reprezentacyjne pałace w Łubiu i Pogrzebieniu. Spektakularny proces nobilitacji rodu znalazł swój finał w 1910 roku, kiedy to wnuk pioniera przemysłu otrzymał z rąk niemieckiego cesarza dziedziczny tytuł szlachecki.
Twórca śląskiej potęgi zmarł 7 sierpnia 1846 roku w swoim domu w Gliwicach. Pozostawił po sobie region, który przez pół wieku cierpliwie rzeźbił własnymi rękami. Spoczął na gliwickim Cmentarzu Hutniczym, a jego grób zwieńczono wspaniałym, neogotyckim nagrobkiem odlanym z surowego żeliwa. Choć w 1945 roku ród Baildonów bezpowrotnie utracił swoje ziemie i pałace, ich dziedzictwo absolutnie nie ogranicza się do pożółkłych ksiąg i zakurzonych muzealnych gablot. Dawne osiedla górnicze i hutnicze, z których pączkowały kolejne katowickie dzielnice, do dziś stanowią fundament demograficzny i tożsamościowy miasta. Obecnie, tuż obok nowoczesnych centrów handlowych w sercu Katowic, wciąż biegnie ulica Johna Baildona. Z wielkiego muralu przy ulicy Gliwickiej – zainicjowanego przez lokalnych pasjonatów z PTTK – na przechodniów spogląda twarz konkretnego, do bólu pragmatycznego fachowca. Prawdziwy, monumentalny inżynieryjny pomnik Szkota dymił jednak przez dekady wokół nas: napędzany żarem koksu, wykuty w twardym żeliwie i pokryty warstwą nieśmiertelnego cynku.
Może Cię zainteresować:
Piotr Fuglewicz: Friedrich Wilhelm von Reden. Państwowy gracz, który postawił wszystko na parę
Może Cię zainteresować:
