Podczas pierwszego Śląskiego Okrągłego Stołu – wydarzenia, które zakończyło się bez większych konkretów – Grzegorz Kulik rzucił ważną sugestię. Zaproponował, aby nowoczesny wizerunek Śląska budować na ciągłości historycznej, zaczynając od Ordunku Gornego. Wydaje mi się, że większość zasiadających wtedy przy stole nie wiedziała, o co chodzi, i do dziś nie zadała sobie trudu, by to sprawdzić.
Jako inżynier chętnie postrzegam Śląsk jako ziemię cynku, węgla i stali. Jednak nie przez pryzmat samych surowców, lecz innowacyjnych technologii używanych do ich wydobycia i produkcji. Wśród wszystkich regionów obecnej Polski, tylko Śląsk może poszczycić się ponad pięćsetletnią tradycją bycia najbardziej zaawansowanym technologicznie obszarem w skali wręcz europejskiej. Śląsk na samej godce nie ustoi, ale na wyjątkowej historii techniki – owszem.
Od Ordynku gornego, przez Officina ferraria i zachwyt Goethego w 1790 roku jedną z pierwszych na kontynencie maszyną parową, wyjątkową w skali globalnej metodę produkcji cynku Ruberga, aż po hub gamingowy w dawnym szybie Pułaski kopalni Wieczorek – Śląsk zawsze znajdował się w centrum cywilizacyjnego rozwoju. Trzeba jednak zauważyć pewien dysonans. O ile kultura wysoka rozwinęła się na Śląsku w ostatnich dekadach wspaniale, stając się naszą wizytówką, o tyle powszechna świadomość historyczna wciąż za nią nie nadąża. To bolesny spadek po kolejnych władcach tej ziemi, którzy przez wieki systematycznie zmazywali niewygodne dla siebie fakty.
Dlatego właśnie trzeba te fakty – oraz ich odkrywców – przypominać szerokiej publiczności. Przypomnijmy więc postać, która ową historię wydobyła na światło dzienne.
Od kilofa do pióra. Józef Piernikarczyk – inżynier śląskiej pamięci
Współczesny sukces Tarnowskich Gór, zwieńczony wpisem na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, ma swojego cichego, duchowego ojca. To Józef Piernikarczyk (1885–1946) – postać niezwykła, choć przez lata niesłusznie marginalizowana. Nie był typowym gabinetowym naukowcem, a przynajmniej nie od razu. Zanim chwycił za pióro, jego dłonie poznały ciężar kilofa.
Aby zrozumieć fenomen Piernikarczyka, trzeba cofnąć się do jego młodości w Wieszowie w powiecie tarnogórskim. Urodzony w rodzinie o typowo śląskim losie, szkołę ludową ukończył w 1899 roku i trafił tam, gdzie większość jego rówieśników – na dół. Praca w biskupickiej kopalni „Ludwigsglück” była ekstremalnie wyczerpująca, ale dla przyszłego historyka stała się fundamentalnym doświadczeniem. Poznał „trzewia” przemysłu i górniczą solidarność, co później pozwoliło mu pisać o historii górnictwa nie z perspektywy chłodnego badacza, ale z empatią człowieka, który zna ten trud z autopsji.
To, co wydarzyło się później, dowodzi jego niezwykłego hartu ducha. Po dwunastogodzinnych szychtach siadał do książek. Jako samouk opanował łacinę, grekę i historię, by w wieku 29 lat zdać maturę eksternistycznie i wyrwać się ze społecznego determinizmu. Studiował teologię we Fryburgu, lecz naukę przerwało powołanie do armii niemieckiej. Walczył na froncie zachodnim I wojny światowej, a dopiero po powrocie, w 1918 roku, podjął wymarzone studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Rzucił się w wir pracy na rzecz Śląska – zakładając teatr „Wesołość”, który w okresie plebiscytowym dawał spektakle od Bytomia po Rybnik. Jego prawdziwe magnum opus miało jednak dopiero nadejść.
Ordunek Gorny – oręż w wojnie o historię
W dwudziestoleciu międzywojennym, gdy Piernikarczyk uczył w Lublińcu, a następnie w słynnym tarnogórskim gimnazjum (dzisiejszym II LO im. Staszica), trwała zacięta „wojna o historię”. Strona niemiecka przekonywała, że rozwój cywilizacyjny Śląska to wyłączna zasługa kultury germańskiej. Odkrycie dokumentu z 1528 roku stało się najważniejszym orężem Piernikarczyka w walce o podmiotowość regionu.
Odkryty przez niego w 1928 roku Ordunek Gorny nie jest jedynie suchym zbiorem przepisów. Była to w istocie pierwsza nowoczesna konstytucja przemysłowa Europy. Wydana wspólnie przez Piasta Jana II Dobrego i Jerzego Hohenzollerna, ustawa ta wyprzedzała swoje czasy, wprowadzając zalążki ubezpieczeń społecznych (Kasa Bracka) i precyzyjny czas pracy.
Co jednak najważniejsze dla naszej tożsamości – dokument ten był trójjęzyczny. Paragraf 49 nakładał na dozór obowiązek znajomości języka polskiego, niemieckiego i czeskiego. To dowód, że polskość na Śląsku w XVI wieku nie była jedynie językiem chaty i roli, ale pełnoprawnym językiem techniki, zarządzania i prawa. Piernikarczyk, wydobywając ten dokument na światło dzienne, dał nam oręż potężniejszy niż karabin – dowód na odwieczną podmiotowość gospodarczą Ślązaków. Publikując to źródło, dał II Rzeczypospolitej argument nie do podważenia.
Swoją wiedzę techniczną i historyczną Piernikarczyk przekuł również w inne monumentalne dzieła, takie jak dwutomowa Historja górnictwa i hutnictwa na Górnym Śląsku (1933). W przedmowach pisał z dumą o „wysokiej i prastarej kulturze”, a obrona takich tez wymagała w tamtych czasach nie tylko wiedzy, ale i cywilnej odwagi.
Kiedy mówimy o Śląsku jako centrum innowacji – tak jak czynił to w swoich pracach Piernikarczyk – nie możemy pominąć milczeniem postaci Johanna Christiana Ruberga. Ruberg, zwany „śląskim Faustem”, udowodnił, że ten region to nie tylko rezerwuar taniej siły roboczej, ale przede wszystkim eksporter unikalnego know-how. To w hucie w Wesołej w 1798 roku dokonał on przełomu na miarę dzisiejszej Doliny Krzemowej. Opracował nowatorską metodę produkcji cynku w poziomych piecach muflowych, która pozwoliła na proces ciągły, bez kosztownego wygaszania pieców. Technologia ta, znana w fachowej literaturze od USA po Australię jako Silesian method, uczyniła ze Śląska w XIX wieku globalnego monopolistę w produkcji cynku. Dachy Paryża i rynny Berlina powstały ze śląskiego metalu, wytopionego dzięki śląskiej myśli technicznej.
Wizjoner turystyki i dziedzictwo przyszłości
Wróćmy jednak do samego Piernikarczyka, gdyż nie ograniczał się on wyłącznie do archiwów. Był wizjonerem, który wyprzedził swoją epokę o dekady. Już w latach 30., publikując pracę Podziemia tarnogórskie, pisał o nich jako o „żywym organizmie”, postulując ich ochronę i udostępnienie turystom. To on zainicjował powstanie Muzeum Miejskiego i Archiwum Tarnogórskiego, rozumiejąc, że przemysłowe dziedzictwo może stać się największym skarbem regionu.
Szczytem kariery urzędniczej Piernikarczyka było stanowisko dyrektora Archiwum Wojewódzkiego w Katowicach, które piastował w latach 1937–1939, urzędując w Gmachu Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego przy ul. Jagiellońskiej 25 i zamieszkując przy ul. Warszawskiej 33. Niestety, po tym okresie sukcesów jego życie zamknęło się klamrą tragiczną: ucieczka na Węgry i internowanie, a następnie powrót w 1941 roku do okupacyjnej rzeczywistości, zakończyły się śmiercią 10 sierpnia 1946 roku w Chorzowie.
Dziś, spacerując ulicą jego imienia w tarnogórskich Bobrownikach lub mijając pamiątkową tablicę na fasadzie Zabytkowej Kopalni Srebra, warto pamiętać o człowieku, który udowodnił, że historia Śląska to nie tylko dzieje wielkich magnackich rodów, ale przede wszystkim historia pracy, trudu i języka prostego ludu.
Jego testament realizuje się na naszych oczach w sposób, który zapewne zachwyciłby autora Historji górnictwa. Historia zatacza dziś wielkie koło w murach kopalni Wieczorek. Szyby Pułaski i Poniatowski, dzieło kuzynów Zillmannów, przez dekady wyciągały na powierzchnię tony węgla, budując potęgę przemysłową regionu. Dziś, dzięki unijnym funduszom sprawiedliwej transformacji, te same mury stają się domem dla Katowickiego Hubu Gamingowo-Technologicznego.
Inwestycja warta ponad 800 milionów złotych to nie tylko rewitalizacja cegły – to rewitalizacja ducha innowacji. Zamiast węgla, będziemy stąd eksportować cyfrowy kod i e-sportowe emocje. To jest właśnie współczesna realizacja wizji Piernikarczyka: budowanie nowoczesności nie na zgliszczach historii, ale w jej wnętrzu, z zachowaniem szacunku dla inżynieryjnego geniuszu przodków.


