Historyczne nieporozumienia i współczesne stereotypy. Balczarek o tym, jak obciąża się Ślązaków nieswoją przeszłością

Nazizm na Śląsku jest. Jest też w Polsce, Niemczech i ogólnie na świecie. Występuje zarówno w wersji klasycznej, nostalgicznej, jak i nowoczesnej, dostosowanej do potrzeb współczesnego świata. Istnieje jednak również nazizm urojony. To ten, który skrajna prawica w Polsce stara się zdiagnozować na Śląsku, szukając go nie tam, gdzie trzeba. A błądzi dlatego, że do tego prawdziwego zazwyczaj nie ma dostępu.

Żołnierze Wehrmachtu

Naziol

W grudniu ubiegłego roku biuro europosła Łukasza Kohuta zostało zdewastowane przez nieustalonych dotychczas sprawców, którzy zniszczyli cudze mienie, malując swastyki oraz wypisując hasło „NAZIOL”. Komentujący oczywiście podzielili się na obozy „potępiających wandalizm” oraz „potępiających wandalizm, ALE”. Wśród tych drugich głosów pojawiały się opinie, że europoseł powinien jednak zastanowić się nad swoją działalnością, że w sumie to nic takiego się nie stało (dobrze, że nie spolili Nikisza, pra?) oraz że tak w zasadzie to powinniśmy rozważyć, czy polityk faktycznie nie popiera nazizmu. Wielu stara się łączyć go z tą zbrodniczą ideologią, doszukując się w środowisku śląskim nazistów oraz neonazistów. Tylko czy oni faktycznie tam są.

Nazizm, czyli co

Nazizm to ideologia Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Jest on przede wszystkim ksenofobiczny, antykomunistyczny, nacjonalistyczny, totalitarny oraz imperialistyczny. Zawiera również elementy socjalne, gdyż jego celem jest budowa solidarnego (wewnątrz grupy), choć wykluczającego innych społeczeństwa.

Ale to definicja historyczna. Dziś, aby uznać kogoś za neonazistę, nie wymaga się, by spełniał on wszystkie te kryteria jednocześnie. Wydaje się, że większość neonazistów odchodzi od postulatów socjalistycznych. Elementem stałym pozostaje przede wszystkim ksenofobia, choć jej obiekt może ewoluować – wrogiem publicznym może stać się inna grupa, a inna „rasa” zostać ogłoszona tą wyższą. Niemniej, wszyscy neonaziści odwołują się (lub powinni) do Hitlera bądź jego popleczników jako autorów pożądanych rozwiązań. Ideologia ta musi też zakładać dążenie do ustroju totalitarnego, czyli połączenia rządów totalnych z militaryzmem.

Neonaziści w Polsce są faktem, czy tego chcemy, czy nie. Sam miałem tę nieprzyjemność poznać kilku z nich. Jeden uważał nawet, że w poprzednim wcieleniu był rabinem i – z tego, co zapamiętałem – planował pomagać innym w ezoterycznych poszukiwaniach „dawnych siebie”.

Szukając faktycznych ruchów i sympatyków austriackiego akwarelisty w Polsce, musimy wymienić niesławne urodziny Hitlera w lesie pod Wodzisławiem Śląskim w 2017 roku, zlot neonazistów podczas koncertu w Lublinie w 2024 roku, czy też kultowy status zespołu Honor. Grupa ta gloryfikowała nazizm, potępiała komunizm i nawoływała do nienawiści na tle różnic narodowościowych.

Musimy jednak powiedzieć sobie jasno: polski (oraz śląski) neonazizm w większości siedzi w szafie. Nie obnosi się zbytnio swoimi poglądami, a jego najbardziej medialni przedstawiciele są – wbrew pozorom – bardzo powściągliwi w publicznym wyrażaniu tego, co naprawdę myślą. Komunikują się na zamkniętych serwerach na Discordzie, a dawniej na równie hermetycznych forach. Spotkania odbywają się poza oficjalnym obiegiem Facebooka. I chociaż nie przejdzie mi przez usta stwierdzenie, że neonaziści wykazują jakiekolwiek objawy posiadania rozumu, to nie da się zaprzeczyć jednemu: większość z nich bardzo uważa, aby nie podpaść pod paragraf o propagowaniu ustroju totalitarnego w przestrzeni publicznej.

Nazizm nostalgiczny

W moim tekście sprzed dwóch lat Zbrodnicze państwo. Skąd więc na Śląsku wziął się mit, że ludziom żyło się dobrze? wziąłem na tapet słynny śląski mit, powtarzany przez omy i opów, że „za Adolfa to boł porzondek”, a ludziom żyło się dobrze. Pokazałem, jak III Rzesza po mistrzowsku kupiła sobie lojalność obywateli, dając im pracę, socjal i wakacje z „Siłą przez Radość”, o jakich wcześniej mogli tylko pomarzyć. Wyjaśniłem jednak, że ten dobrobyt był ufundowany na kradzieży żydowskich majątków, grabieży okupowanych państw i długu, który miała spłacić wojna. Zwróciłem uwagę, że zwykli ludzie, zwłaszcza młodzi, często po prostu nie widzieli (albo nie chcieli widzieć) terroru i zbrodni, ciesząc się, że w końcu mają co do garnka włożyć. A współczesna tęsknota za „niemieckim porządkiem” to w dużej mierze efekt zderzenia z powojenną biedą i chaosem PRL-u, które w naszej pamięci niechcący wybieliły tamte czasy.

Stąd też na Górnym Śląsku, wśród odchodzącego pokolenia, powstał sentyment do III Rzeszy, który w mojej ocenie nie łapie się w kryteria neonazizmu. Tych ludzi w sposób naiwny fascynuje wizja silnych rządów oraz „robienia porządku”. Nie ma tam praktycznie żadnej refleksji nad istotą nazizmu. Wykorzystują to raczej cynicznie, aby kontestować polskość i snuć wizję, w której Polacy są represjonowani przez „silniejszych”.

Ale – co ważne – to postawa występująca wyłącznie wśród najstarszego pokolenia. Późniejsze roczniki albo pasywnie powielają ten mit, albo go podtrzymują, stając się już faktycznymi wyznawcami neonazizmu. Pytanie pozostaje o statystykę. Zapewne jest ona marginalna, ale nie jest to coś, co da się łatwo zbadać. O ile w ogóle.

Nazizm urojony

Zjawisko sentymentu do III Rzeszy nie zostało dotychczas szeroko opisane ani zbadane. Jest ono wspomniane przez liderów śląskiej opinii publicznej jako coś, z czym każdy się spotkał, ale o czym mało kto mówi. I każdorazowo jest oczywiście krytykowane, bywa też diagnozowane (nieskromnie powiem, że sam starałem się to kilka razy zrobić), ale temat pozostaje marginalny.

Co ważne jednak, jest to postawa, której na próżno szukać w rodzinach Ślązaków-Polaków czy Polaków ze Śląska. Z wiadomych powodów nie odnajdziemy jej też w rodzinach polskich działaczy narodowo-radykalnych. Powiem więcej: polska opinia publiczna żyje w absolutnej nieświadomości istnienia takich sentymentów, podobnie jak większość działaczy polskiej skrajnej prawicy. Dlatego ilekroć stawia się diagnozę, że środowiska śląskie są per se proniemieckie i nazistowskie, to zamiast diagnozy rzeczywistości otrzymujemy projekcję „nazizmu urojonego”.

Jego podłoża szukałbym w historii II wojny światowej, kiedy Górnoślązacy byli częścią machiny III Rzeszy. Około połowa z nich była zwykłymi obywatelami państwa niemieckiego (Reichsdeutsche), podczas gdy druga połowa została poddana segregacji i wpisana do jednej z czterech kategorii Niemieckiej Listy Narodowościowej, czyli Volkslisty. Odmowa wpisu wiązała się z represjami, utratą majątku i wydaleniem na tereny polskie (GG) lub bezpośrednio do obozu koncentracyjnego.

Tymczasem na terenach okupowanych przez Niemcy oraz w quasi-państwie, jakim było Generalne Gubernatorstwo, Volkslista nie była spisem mającym na celu skategoryzowanie całego społeczeństwa, lecz aktem kolaboracji bądź dobrowolnego przyznania się do niemieckości (bo takie sytuacje też istniały – nie wszyscy mieszkańcy II RP czuli się Polakami). W związku z tym w centralnej Polsce uznano podpisanie listy za zdradę i poparcie nazizmu.

Przez dwa lata po wojnie polska władza komunistyczna stosowała szereg represji wobec ludności śląskiej, oskarżając ją o nazizm, a 1,5 miliona ludzi żyło z oskarżeniem o odstępstwo od narodowości polskiej. Proces rehabilitacji formalnie zakończyła ustawa z 1946 roku i późniejsza amnestia, ale opinii publicznej to nie przekonało. W głowach wielu Polaków Volkslista nadal jest tożsama ze zdradą, a Ślązacy to nie dość, że zdrajcy, to jeszcze byli aktywni naziści. A to, że w rzeczywistości byli wśród nas i naziści, i ludzie bierni wobec totalitaryzmu, i jego ofiary, nie ma dla oskarżycieli żadnego znaczenia.

Środowisko skrajnej prawicy w Polsce postrzega Ślązaków w dwóch kategoriach: albo dobrych Polaków, albo zdrajców, Volksdeutschów i nazistów. Wszelkie przejawy sympatii wobec kultury niemieckiej czy języka wiąże się z deklaracją hitleryzmu. Tym sposobem szuka się nazizmu tam, gdzie Ślązak po prostu nie popiera polskiej skrajnej prawicy (którą często nazywam „patoprawicą”, bo każda sytuacja, w której nie ma miejsca na dialog i diagnozę rzeczywistości, jest patologiczna).

Nazizm zarzucany

Na koniec należy odnieść się do jednego konkretnego zarzutu. Zaznaczam przy tym wyraźnie: to jedynie moja opinia, która może być błędna. Co jakiś czas podnoszą się głosy, że publicysta Marian Kulik – autor książek Ostatni żołnierze oraz zeszłorocznej Ślonzoki. Niecenzurowane wspomnienia z lat 1939–1956 – to neonazista, który w dodatku na swoim profilu na Facebooku ma herb dywizji SS Totenkopf.

W swoich postach przyjmuje on często optykę, której bliżej do współczesnej niemieckiej refleksji nad nazizmem niż do perspektywy zewnętrznej – polskiej. I choć rozumiem, że dla wielu może to wyglądać na przejaw neonazizmu, osobiście nie rozpatruję tego w tej kategorii. To raczej przejaw dość osobliwej kontrkultury.

Jego działalność śledzę od kilku lat. Robię to zarówno z dziennikarskiego poczucia obowiązku obserwowania śląskich publicystów, jak i ze względu na to, że tematem mojej pracy magisterskiej była rodzinna pamięć o służbie w Wehrmachcie. Siłą rzeczy musiałem więc śledzić twórczość pana Kulika oraz przeczytać jego książki.

Marian Kulik pozostaje jednak w mojej ocenie autorem budzącym wątpliwości warsztatowe, gdyż zebrane przez niego materiały nie zostały opracowane zgodnie ze sztuką oral history (historii mówionej). Całość wspomnień jest ewidentnie zredagowana językowo przez autora, który nie wspomina nic o autoryzacjach. Nie twierdzę, że ich nie było; stwierdzam jedynie, że nie opisał on procesu dokumentacji. Nie wiemy, kiedy odbywały się rozmowy ani jak zostały spisane, a biogramy nie są zamieszczane konsekwentnie. Słowem – tak nie opracowuje się wspomnień innych ludzi.

W postawie Kulika wyczuwam nie tyle ideologię, co specyficzną sympatię do żołnierzy Wehrmachtu, wyrastającą z chłopięcej fascynacji wojennymi opowieściami opy i fatra. Brakuje tam pogłębionej refleksji historycznej, jest za to ekscytacja samym militarnym sztafażem i poczucie łamania tabu. Niemniej, nazywanie go neonazistą jest dla mnie nadużyciem. To tak, jakby oskarżać o nazizm graczy, którzy w Call of Duty czy strategiach od Paradoxu wybierają III Rzeszę, by podbić mapę Europy. Oni, podobnie jak Kulik, bawią się historią niczym ołowianymi żołnierzykami, zamiast analizować zbrodniczą naturę systemu, który te mundury stworzył.

Śląski nazizm to przypadek rodem z fizyki kwantowej. To nazizm Schrödingera. Istnieje, a zarazem go nie ma. Mamy bowiem do czynienia z realną, lecz marginalną grupką neofaszystów, ale ten wszechobecny „śląski nazizm” to wyłącznie fantazmat, który uroiła sobie skrajna prawica, myląc historię z ideologią.

Atak na Slonsko Ambasada

Może Cię zainteresować:

Atak na „Ślōnsko ambasada” w Katowicach. Łukasz Kohut: „Nie dam się zastraszyć”

Autor: Tomasz Borówka

14/12/2025

Żołnierze Wehrmachtu

Może Cię zainteresować:

Roman Balczarek: „Zapomniany żołnierz” to także historia wielu śląskich starzików, którzy trafiali do Wehrmachtu, a potem na front wschodni

Autor: Roman Balczarek

05/05/2024

Żołnierze Wehrmachtu

Może Cię zainteresować:

Roman Balczarek o Ślązakach w pułapce Volkslisty: Kim jest Volksdeutsch? Między przymusem a tożsamością

Autor: Roman Balczarek

19/07/2025

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama