Rocznica wcale nie okrągła
W sierpniu 1683 roku, czyli 342 lata temu, przez Górny Śląsk przeszły dwie armie Rzeczypospolitej, udając się na odsiecz oblężonemu Wiedniowi. Stolica Świętego Cesarstwa Rzymskiego była od lipca oblegana przez Turków, a Rzeczpospolita była zobligowana do udzielenia pomocy na mocy wcześniejszych porozumień między cesarzem Leopoldem I a Janem III Sobieskim. Ustalono wówczas, że jeśli Kraków lub Wiedeń zostaną zaatakowane przez Osmanów, jedna strona pospieszy drugiej z pomocą.
Sytuacja nie sprzyjała jednak szybkiemu zorganizowaniu wyprawy: mobilizację utrudniały napięcia na linii Wiedeń–Paryż oraz silne w kraju stronnictwo profrancuskie. Dlatego dopiero pod koniec sierpnia polskie wojska wyruszyły w drogę.
Podróż Sobieskiego nie była szybka, a król znalazł czas na kilka aktywności na Górnym Śląsku. W Piekarach uczestniczył we mszy (z kazaniem po polsku), w Gliwicach – na prośbę zakonników – miał posadzić dwie lipy na terenie klasztoru, przejechał przez Bytom, a w obozie pod Tarnowskimi Górami (według pamiętników rozlokowanym na terenie dzisiejszego liceum im. Stanisława Staszica) pożegnał się z Marysieńką, która odprowadzała go w dalszą drogę. Pobyt króla na Śląsku trwał od 20 do 26 sierpnia. Dwa tygodnie później rozpoczęła się bitwa pod Wiedniem – nieco mniej spektakularna, niż zwykło się ją przedstawiać.
W szczytowym momencie miasto oblegało 138 tysięcy Turków, a łącznie pod murami Wiednia przewinęło się około 300 tysięcy Osmanów. Gdy dotarła armia polska, pozostało już tylko 58 tysięcy żołnierzy tureckich przeciwko zaledwie sześciu tysiącom obrońców, którzy nie mieli szans na samodzielne zwycięstwo. Turcy dopiero co sforsowali najważniejsze umocnienia Wiednia i rozpoczynali szturm na zabudowę miejską. Nad radem 12 września strona polska rozpoczęła jedenastogodzinny ostrzał artyleryjski obozu tureckiego, zakończony trwającą niespełna pół godziny szarżą husarii. Nie ma wątpliwości, że była to jedna z najważniejszych bitew nowożytnej Europy. Ale wróćmy na Śląsk.
Co się wydarzyło na Śląsku
Jeśli wierzyć relacjom Sobieskiego i jego rodziny, na Śląsku króla przyjęto serdecznie – czemu trudno się dziwić, skoro jechał na ratunek stolicy cesarstwa. Wielu żołnierzy miało się też zdziwić, że język ludu w tej części Korony Czeskiej jest znacznie bliższy dialektom polskim niż czeskim.
Jak jednak dokładnie wyglądał pobyt Sobieskiego – tego nie wiemy. Wydarzenia obrosły bowiem legendą tak silną, że dziś trudno oddzielić fakty od tego, co ludzie chcieli zapamiętać. Według jednych relacji w Tarnowskich Górach powieszono kilku żołnierzy polskich, którzy zgwałcili miejscowe kobiety lub dopuścili się rabunku; w kilkunastu miejscowościach król miał sadzić drzewa (co wydaje się mało prawdopodobne), a w miastach bawić się na najlepszych ucztach.
W gruncie rzeczy to jednak nie ma większego znaczenia. Bardziej interesujące jest to, jak działała pamięć i jak z czasem przekształciła Sobieskiego na Śląsku w postać mityczną.
Prasa polska
Nie wiemy, jak pamiętano o Sobieskim przez pierwsze sto lat po odsieczy wiedeńskiej. Najstarsze źródła świadczące o tej pamięci pochodzą dopiero z XIX wieku, gdy prasa polskojęzyczna zaczynała przypominać o jego pobycie na Śląsku i tworzyć mit „króla leśnika”. Głównym narratorem tej opowieści wydaje się być Juliusz Ligoń, dziadek znanego Stanisława Ligonia.
Analizując jego artykuły, dostrzegamy dwie istotne kwestie, które powracają także później. Po pierwsze – stronie polskiej bardzo odpowiadało kultywowanie wizyty Sobieskiego, ponieważ był to jeden z nielicznych epizodów łączących Rzeczpospolitą Obojga Narodów ze Śląskiem. Polski nacjonalizm XIX wieku odwoływał się do pamięci utraconego w XVIII wieku państwa, dlatego chętnie szukano powiązań z ziemiami, które od średniowiecza nie miały bliższego związku z polską państwowością.
Po drugie – wśród ludu śląskiego żywa była pamięć o wizycie króla i przemarszu jego armii. Był to element lokalnej tradycji i przekazu pokoleniowego. Z czasem jednak spontaniczna, oddolna pamięć została zastąpiona przez narrację kształtowaną odgórnie. Nie jest to niczym wyjątkowym – to dość typowy proces w historii pamięci.
Tarnowskie Góry
Podział Górnego Śląska po plebiscycie sprawił, że miejscowości leżące na trasie przemarszu Sobieskiego znalazły się po obu stronach nowej granicy. Po stronie niemieckiej zaprzestano wspominania wizyty polskiego króla, gdyż jej kultywowanie postrzegano jako wyraz sympatii wobec Polski. Natomiast po stronie polskiej sięgano do tego wydarzenia możliwie często.
W Tarnowskich Górach, głównie dzięki działalności lokalnego księgarza Jana Nowaka, pamięć o Sobieskim urosła do rangi wydarzenia budującego nową, polską tożsamość miasta. Proces ten był powolny, ale ostatecznie doprowadził do włączenia postaci Sobieskiego do historycznego pochodu organizowanego z okazji święta miasta. Wydarzenie stało się szeroko znane w lokalnej społeczności. Z biegiem lat jego symbolika urosła do tego stopnia, że przesłoniła pamięć o innych – często ważniejszych – wydarzeniach, które jednak nie mieściły się w ramach polskiej narracji narodowej.
Śląsk pamięta
Po II wojnie światowej Polska Ludowa przejęła narrację wypracowaną w województwie śląskim – zwłaszcza w Tarnowskich Górach – i rozszerzyła ją na inne miejscowości regionu. Pobyt Sobieskiego zaczął być kultywowany w Gliwicach, Bytomiu oraz kolejnych punktach jego przemarszu. Odsłaniano tablice, pisano legendy, nadawano ulicom nazwy upamiętniające króla, a tzw. „drzewa Sobieskiego” wpisywano na listy pomników przyrody.
Planowano nawet budowę pomnika – projekt powstał jeszcze przed wojną, a jego miniaturę można dziś oglądać w tarnogórskim muzeum. Co ciekawe, pamięć o Sobieskim wykraczała poza Górny Śląsk. W Oławie na Dolnym Śląsku powstało osiedle i liceum jego imienia, co tłumaczono tym, że królewicz Jakub Sobieski był niegdyś księciem oławskim. Ale to już osobna opowieść.
Zwrot?
Po 1989 roku mit Sobieskiego nie tyle osłabł, co stracił monopol. Wydarzenie nadal pełni funkcję budującą dla wielu lokalnych społeczności, lecz stało się jedną z wielu historii. Coraz częściej podkreśla się przy tym, że Sobieski był królem sąsiedniego państwa, a nie władcą Ślązaków.
Osłabł natomiast kult „drzew Sobieskiego” – zmieniło się bowiem nasze postrzeganie historii i jej symboli. Choć symbolika wciąż jest obecna, mityczne opowieści ustępują miejsca bardziej realistycznemu i nieco nudniejszemu spojrzeniu. Mówi się mniej o królu-leśniku, a więcej o królu-zwycięzcy, który jednoczy pamięć Polaków.
Mit Sobieskiego na Śląsku rozpoczął się jako element lokalnej, ludowej pamięci po faktycznym przemarszu, lecz z czasem przekształcił się w regionalne upamiętnienie wydarzenia o znaczeniu ogólnopolskim. Odsiecz wiedeńska stała się w ten sposób jednym z nielicznych epizodów historycznych, których pamięć jest wspólna dla Ślązaków i Polaków, a przy tym nie budzi zasadniczych sporów. Zresztą w pochodzie jest miejsce i na cesarza Wilhelma II, i na cara Aleksandra, i na króla Jana III Sobieskiego.