Kiedy 5 listopada 1957 roku mieszkańcy Ligoty zgłosili do Planetarium Śląskiego, że widzieli na niebie „matowożółty obiekt, mniejszy niż Księżyc, ale jaśniejszy niż gwiazdy”, nikt nie wiedział jeszcze, że to Sputnik 2. Nikt – poza jednym człowiekiem.
Mieszkał przy Panewnickiej 29. Nazywał się Władysław Geisler. I był jednym z najważniejszych polskich pionierów astronautyki, choć przez lata pozostawał postacią niemal anonimową.
Dziś, gdy patrzymy na historię kosmosu ze Śląska, jego nazwisko wraca jak echo. Bo to właśnie on – inżynier, popularyzator, badacz, delegat na światowe kongresy – łączył katowicką Ligotę i sąsiedni Brynów w z Moskwą, Panewniki z Planetarium Ślaskim, a w ten sposób Śląsk z narodzinami ery kosmicznej.
Dziecko XX wieku:
Władysław Geisler przyszedł na świat 25 lipca 1910 roku. Zmarł 7 grudnia 1991. Spoczywa na cmentarzu w Katowicach Panewnikach – kilka minut spaceru od jego dawnego domu na rogu Panewnickiej i Kaszubskiej. Willa ta istnieje do dziś, podobnie jak jej sąsiadka po przecownej stronie Kaszubskiej. To na tarasie tej drugiej Geisler wraz z przyjacielem prowadził obserwacje astronimiczne przez pierwszy chyba w Ligocie teleskop.
Życiorys Geislera obejmuje niemal cały wiek, w którym ludzkość przeszła drogę od sterowców i telegrafu do rakiet księżycowych i międzyplanetarnych sond . A on – jako jeden z nielicznych Ślązaków – był bliskim świadkiem i czynnym uczestnikiem tej przemiany.
Lata 30.: pasjonat i wizjoner
Zanim pojawiły się sztuczne satelity, zanim w ogóle powstały rakiety balistyczne, których zmodyfikowane wersje wyniosly na orbitę kapsuły z pierwszymi ludźmi, nim inazwiska Gagarina i jego następców rozsłynęły w świecie, , Geisler studiował na Politechnice Warszawskiej. I już wtedy, w 1934 roku, wygłosił odczyt o lotach międzyplanetarnych.
To nie była fantastyka, a próba opisania przyszłości, która miała rozpocząć się dopiero za dwie dekady. Geisler korzystał z jedynej dostępnej książki Hermanna Obertha, zwanego ojcem astronautyki.
W tym samym mieście, rok wcześniej, swój przełomowy referat o mechanice lotów kosmicznych wygłosił Ary Szternfeld.
Dziś jego nazwisko przeciętnemu Polakowi mówi niewiele (o ile cokolwiek), choć powinno stać w jednym rzędzie z Ciołkovskim, Goddardem i Oberthem.
Urodzony w Sieradzu, wychowany w Łodzi, studiujący w Warszawie i Paryżu, był jednym z najważniejszych pionierów współczesnej astronautyki. To właśnie on — polski Żyd, emigrant, naukowiec o niezwykłej determinacji — w 1933 roku opublikował Introduction à la Cosmonautique, książkę, która po raz pierwszy w historii w sposób matematyczny i kompletny opisała zasady lotów orbitalnych i międzyplanetarnych. Jego równania, wyprowadzone w czasach, gdy rakiety istniały tylko na papierze, stały się fundamentem współczesnej mechaniki kosmicznej. W ZSRR, dokąd wyjechał tuż przed wojną, jego prace były przez lata podręcznikiem dla kandydatów na kosmonautów.
Szternfelda nazywano „Lordem Paradoksem” — przezwisko inspirowane przydomkiem Oscara Wilde’a, ale odnoszące się do czegoś znacznie głębszego niż literacka gra słów. W jego pracach pojawiały się liczne „paradoksy” — pozorne sprzeczności fizyczne, które ujawniały się przy ruchu obiektów kosmicznych. Nie były to ciekawostki, lecz kluczowe zjawiska, bez których nie dałoby się zaplanować trajektorii lotów, manewrów orbitalnych czy konstrukcji pojazdów kosmicznych. Szternfeld potrafił pokazać, że to, co wydaje się sprzeczne z intuicją, w kosmosie bywa prawdą – a to, co wydaje się oczywiste, bywa złudzeniem.
Ale w przypadku – owa paradoksalność miała wymiar jeszcze głębszy. Ary, polski Żyd, wyemigrował z Polski do Paryża, a stamtąd – w latach 30. – przeniósł się do stalinowskiego ZSRR, czyli miejsca, które dla wielu stało się piekłem na ziemi. Paradoksalnie jednak właśnie dzięki temu ocalał. Gdyby pozostał w Polsce lub we Francji, podczas II wojny światowej niemal na pewno znalazłby się wśród ofiar Holokaustu, zamordowany przez Niemców. W ZSRR – choć dotknęły go czystki, choć został przymusowo przesiedlony, choć jego kariera naukowa była wielokrotnie blokowana – przeżył.
Nie dlatego nazywano go „Lordem Paradoksem”. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że sam Szternfeld musiał czasem myśleć o ironii własnego losu: człowiek, który badał paradoksy kosmosu, sam stał się bohaterem paradoksu historii.
W Warszawie, na pięć la rzed wybuchem II wojny światowej, dwaj pionierzy polskiej kosmonautyki minęli się o rok. Żaden z nich nie przzeczuwa, że ich drogi skrzyżują się ćwierć wieku później.
Planetarium Śląskie: świątynia wiedzy o kosmosie i astronautyce
W latach 50. Śląsk wchodzi w epokę kosmiczną. W 1955 roku na wzgórzu w Wojewódzkim Parku Kultury Wypoczynku otwarte zostaje Planetarium Śląskie. Tu ciekawostka: wzgórze to było w początkach wieku jedną z opcjonalnych lokacji dla nowego klasztoru franciszkanów na Górnym Śląsku. Klasztor ten – wraz z monumentalną, neoromańską bazyliką, ostatecznie stanął w Panewnikach, na granicy z Ligotą. KIlkaset metrów od przyszłego domu Władysława Geislera.
W 1956 roku Planetarium przygotowuje pierwszą polską wystawę astronautyczną. Organizuje ją Roman Janiczek, budowniczy i pierwszy dyrektor Planetarium, w tym czasie już zastępca dyrektora i kierownik Sekcji Pedagogicznej. Ale współorganizatorem jest Polskie Towarzystwo Astronautyczne. Z kim na czele? Ano z Władysławem Geislerem, już wtedy przewodniczącym Śląskiego Oddziału PTA. Wystawa odnosi wielki sukces, od 31 października do 31 grudnia 1956 roku odwiedza je 29 665 osób. Przypomnijmy: dzieje się to przed startem pierwszego Sputnika, który przecież miał polecieć w kosmos dopiero 4 października 1957.
Trybuna Robotnicza pisała wtedy:
„Wystawa starannie przygotowana i pomysłowo opracowana graficznie, robi doprawdy niezwykłe wrażenie. Dzieli się na trzy działy. W pierwszym możemy obejrzeć modele rakiet międzyplanetarnych — jak gdyby wstęp do dalszych części. Na piętrze pokazano w ciekawie ujętym przekroju historię odkryć człowieka w dziedzinie techniki rakietowej, od prymitywnej ‘rakiety’ znanej w Chinach już w XII wieku, poprzez traktat o rakietach pióra gen. art. K. Siemionowicza, aż do V2 i sztucznych satelitów, które zostaną wypuszczone w przestworza już w 1957 roku.”
Wystawa była niewielka, ale — jak pisała gazeta — „zawierała prawie wszystko, co dotyczy problemów astrofizyki, medycyny lotniczej i astronomii, co może przyczynić się do rozwoju astronautyki”. Szczwgólną atrakcą były demonstrowane na dziedzińcu Planetarium oryginalne części rakiet: agregat i pompę paliwową V2, generator gazu, silnik startowy, a także polski silnik rakietowy z lat trzydziestych, skonstruowany przez Bederfejda, Zaksa i Bernadzikiewicza.
To nie była fantastyka. To była pierwsza w Polsce próba pokazania kosmosu jako realnej przyszłości. I moment, w którym Śląsk stał się jednym z najważniejszych miejsc popularyzacji astronautyki w Polsce.
1957: Geisler i sztuczne satelity
W sierpniu 1957 roku Geisler oddaje do druku swoją książkę „Wschodzą nowe księżyce” – o sztucznych satelitach Ziemi.
To jest wydarzenie absolutnie wyjątkowe. Książka Geilera powstała i ukazała się, zanim na orbicie wokółziemskiej znalazł się jakikolwiek satelita. Przypomnijmy: Sputnik 1 wystartuje dopiero 4 października 1957. Sputnik 2 – 3 listopada 1957. Geisler przewidział erę satelitarną. A jego książka trafia na półki księgarskie w grudniu 1957, równocześnie z polskim wydaniem traktatu Szternfelda.
Wcześniej jednak, 5 listopada 1957 roku mieszkańcy Ligoty widzą na niebie „matowożółty obiekt”. Trybuna Robotnicza opisze to trzy dni później. Zgłoszenie do niej nadsyła Geisler – podając adres kontaktowy dla zgłaszania ewentualnych obserwacji: PTA Katowice Ligota, ul. Panewnicka 29.
Naturalnie siedziba oddziału Polskiego Towarzystwa Astronautycznego przy Panewnickiej był niczym innym, jak prywantnym mieszkaniem Geislera.
1958: spotkanie w Moskwie
W 1958 roku Geisler jedzie do Moskwy, by przygotować drugą polską wystawę astronautyczną, która również zosragnozwana zostane przy współpracy jego i PTA w Planetarium Śląskim. I tam... spędza kilka tygodni w domu samego Arego Szternfelda. Nie jest to kurtuazyjna wizyta. To jest naukowa przyjaźń: długie rozmowy, podczas których żywa legenda astronautyki dzieli się wspomnieniami, a Geisler nagrywa to na taśmę magnetofonową. Szternfeld daje gościowi dostęp do jego prywatnego archiwum, a żona uczonego, Ilza, tłumaczy Polakowi przechowywane tam dokumenty. Po tej wizycie ma miejsce kolejna.
Paradoksalnie, gdy era lotów kosmicznych w końcu zaświtała, Szternfeld – jej człowy prorok – pozostał w Polsce niemal zapomniany. Wiedzieli o nim ziomkowie z Sieradza i witali gorąco za każdym razem, gdy odwiedzał rodzinne miasto (co uczynil kilkakrotnie), poważali uczesrtnicy fachowych konferencji, na których czasam gościł – ale pozostawał postacią niezbyt szeroko znaną.
To właśnie Geisler przywrócił go polskiej pamięci opublikowaną w 1981 roku biografią Ary Szternfelda. Książka ta,czyli „Ary Szternfeld – pionier kosmonautyki”, nie jest kompilacją. Stanwi dzieło człowieka, który znał Szternfelda osobiście, pracowałwykorzystując archiwum naukowca, rozmawiał z jego rodziną i precyzyjnie dokumentował jego życie.
1959: „Od Kopernika do Łunnika”
W roku Planetarium Śląskie organizuje kolejną wystawę o kosmosie, tym razem z niebywałym już rozmachem. Współorganizator: PTA, czyli Geisler. To jest moment, w którym Śląsk staje się jednym z najważniejszych miejsc popularyzacji astronautyki w Polsce.
Wtamtym czasie wystawa „Od Kopernika do Łunnika” nie miała w Polsce odpowiednika. „Była wspólnym przedsięwzięciem polskich i sowieckich instytucji naukowych, ale jej śląski charakter i rozmach wynikały przede wszystkim z pracy jednego człowieka: Władysława Geislera. To dzięki jego kontaktom z Arym Szternfeldem – polskim pionierem kosmonautyki pracującym w ZSRR – udało się sprowadzić do Chorzowa eksponaty, które normalnie oglądano tylko w Moskwie.
Wystawa była odpowiedzią na gorączkę kosmiczną końca lat 50. Sowieckie Łunniki właśnie niedawno dotarły wreszcie do Księżyca, a Łunnik III przesłał pierwsze w historii zdjęcia jego niewidocznej z Ziemi strony. Planetarium zmieniło tytuł ekspozycji w ostatniej chwili, bo tempo wydarzeń w kosmosie wyprzedzało tempo przygotowań. W efekcie powstała wystawa, która pokazywała nie tylko historię astronomii – od Kopernika, przez Newtona, po Ciołkowskiego – ale przede wszystkim najświeższe osiągnięcia sowieckiejtechniki kosmicznej.
Jej centralnym punktem był naturalnej wielkości model Sputnika II, tego samego, w którym poleciała w kosmos suczka Łajka (wysłana tam niestety na śmierć i to w paskudny sposób). Obok prezentowano makiety rakiet nośnych oraz futurystyczną stację kosmiczną zaprojektowaną przez Szternfelda — tę samą, której koncepcje orbitalne były wówczas traktowane jako wizjonerskie, ale w pełni naukowe. To właśnie Szternfeld obliczył trajektorię Łunnika III, dzięki czemu udało się sfotografować „drugą stronę” Księżyca. Jego projekty, sprowadzone na Śląsk dzięki Geislerowi, były jednymi z najbardziej spektakularnych elementów wystawy.
Zwiedzający mogli również usłyszeć nagrania sygnałów wysyłanych przez sowieckie satelity, obejrzeć dokumentację techniczną ich wyposażenia i zobaczyć modele przyszłych stacji orbitalnych. W tamtym czasie były to obiekty niemal mityczne — symbole epoki, w której człowiek dopiero zaczynał wychylać się poza atmosferę. Wystawa pokazywała kosmos nie jako fantazję, lecz jako realny projekt cywilizacyjny, który właśnie się rozpoczynał.
„Od Kopernika do Łunnika” była czynna do początku 1960 roku i zobaczyło ją 53 tysiące osób. To liczba imponująca nawet dziś, a w końcu lat 50. ostatecznie potwierdzała, że Śląsk był głodny wiedzy o kosmosie. Planetarium stało się miejscem, w którym mieszkańcy regionu mogli zobaczyć to, co jeszcze chwilę wcześniej było dostępne tylko dla naukowców w Moskwie.
Wystawa była sukcesem instytucji, ale do jej głównych ojców należał Władysław Geisler. To on – dzięki osobistej relacji ze Szternfeldem, dzięki pobytom w Moskwie, dzięki pracy nad polskimi wystawami astronautycznymi – sprawił, że na Śląsku można było zobaczyć kosmos z bliska. W 1959 roku Planetarium Śląskie nie tylko opowiadało o kosmosie. Ono pokazywało kosmos naprawdę.
Na kongresach IAF
Władysław Geisler nie był lokalnym popularyzatorem, który od czasu do czasu pisał o kosmosie. Od początku lat 60. był stałym uczestnikiem najważniejszych kongresów Międzynarodowej Federacji Astronautycznej (IAF) – organizacji, która skupiała największe autorytety światowej astronautyki. To tam spotykali się konstruktorzy rakiet, matematycy orbitalni, lekarze kosmiczni, projektanci satelitów, przedstawiciele NASA, ESA i radzieckich instytutów. I w tym gronie, przez piętnaście lat, regularnie pojawiał się inżynier z Ligoty.
Jego obecność nie była symboliczna. W 1960 roku, na kongresie w Sztokholmie, Geisler odczytał referat dr Jaru Gadomskiego, jednego z najważniejszych polskich teoretyków lotów kosmicznych. To była rola zarezerwowana dla ludzi, którzy mieli autorytet i kompetencje – nie dla przypadkowych delegatów. Geisler reprezentował Polskę w sytuacji, gdy kraj dopiero budował swoją pozycję w międzynarodowej astronautyce.
W 1964 roku kongres odbył się w Warszawie. To właśnie tam powstało zdjęcie, które później trafiło do jego książki o Szternfeldzie: dwóch mężczyzn rozmawiających w przerwie obrad – Geisler i Ary Szternfeld, pionier astronautyki rodem z Polski. To nie była kurtuazyjna wymiana uprzejmości. Przecieżznali się już wcześniej, z Moskwy, z rozmów, z pracy nad wystawami. Kongres w Warszawie był jednym z momentów, w których ich relacja stawała się częścią oficjalnej historii polskiej astronautyki.
W 1967 roku Geisler był członkiem oficjalnej polskiej delegacji na kongresie w Belgradzie. A to oznaczało, że był postrzegany jako osoba, która potrafi reprezentować kraj w rozmowach o przyszłości badań kosmicznych. Delegacje nie były przypadkowe – wybierano ludzi, którzy mieli wiedzę, kontakty i umiejętność poruszania się w międzynarodowym środowisku naukowym.
W kolejnych latach Geisler pojawiał się na kongresach już nie tylko jako uczestnik, ale także jako korespondent naukowy. Z kongresu w Wiedniu w 1972 roku przygotował obszerną relację dla polskiej prasy, opisując najnowsze projekty orbitalne, plany eksploracji Księżyca i Marsa oraz rozwój technologii satelitarnych. Podobnie było w Lizbonie w 1975 roku – jego teksty były jednym z niewielu źródeł, z których polscy czytelnicy mogli dowiedzieć się, czym żyje światowa astronautyka. Mało tego: Geisler w latach 60. i 70. pisał o ideach, które sama NASA zuanął za swoje dopiero w kolejnych dekadach .
Ta piętnastoletnia obecność na kongresach IAF świadczy o skali jego działalności. Geisler nie był „człowiekiem od wystaw” ani „lokalnym entuzjastą kosmosu”. Był łącznikiem między Śląskiem a światową nauką, kimś, kto potrafił przywieźć z zagranicy nie tylko informacje, ale także kontakty, dokumenty, zdjęcia, modele i inspiracje. To w znacznej mierze dzięki niemu Planetarium Śląskie mogło w latach 50. i 60. pokazywać rzeczy, których nie miało żadne inne miejsce w Polsce.
Śląsk miał swojego człowieka w światowej astronautyce i był nim Władysław Geisler.
Śmierć i pamięć
Władysław Geisler związany był nie tylko z katowicką Ligotą, ale i z sąsiednim Brynowem, gdzie w latach 80. mieszkał w wieżowcuu przy ulicy Gallusa 4. Wraz z nim przeniosła się tam – a jakże by inaczej - siedziba Oddziału Śląskiego PTA. Jego rodzina nadal mieszka w Ligocie.
Zmarły w 1991 roku Geisler był śląskim człowiekiem w kosmosie. Nie astronautą ani konstruktorem rakiet, ale również kimś równie ważnym: popularyzatorem, dokumentalistą, wizjonerem, łącznikiem między Polską a światem astronautyki, którego udział w przybliżaniu kosmosu zwykłym ludziom był nieoceniony. Jego historia wydaje się jednym z najpiękniejszych, a zarazem najmniej znanych rozdziałów śląskiej kultury naukowej.
Może Cię zainteresować:
Rakieta, która wystartowała tylko raz. Prima aprilis 1958, Artemis II i śląski sen o kosmosie
Może Cię zainteresować:
Czerwone gwiazdy nad Śląskiem cz. 1. Sputnik, Planetarium i „Po prostu” Polska Gomułki
Może Cię zainteresować: