Zanim jednak nadeszła apokalipsa 1945 roku, adres Staromiejska 7 (dawniej Querstraße) stanowił synonim najwyższego luksusu. W eklektycznej kamienicy zaprojektowanej przez Fryderyka Jaunicha rezydowali „oficjalni fotografowie dworu” – Wilhelm Lange i Maksymilian Steckel. Ich atelier zajmowało najwyższy szczebel w hierarchii zawodowej ówczesnych Katowic. To tutaj arystokracja przemysłowa, magnaci pokroju Donnersmarcków czy Hochbergów, uwieczniała swój status na wielkoformatowych, szklanych negatywach. W zapachu kolodionu i magnezji rodziły się wizerunki ludzi, którzy budowali potęgę Górnego Śląska.
Przełom nastąpił w 1922 roku, gdy Katowice weszły w skład odrodzonej Rzeczypospolitej. Wiele niemieckich zakładów znikało wówczas z mapy miasta, nie potrafiąc odnaleźć się w nowej strukturze państwowej. Józef Holas, fotograf z lwowskim rodowodem, wykazał się jednak instynktem, który dziś nazwalibyśmy genialną strategią wizerunkową. Nie próbował burzyć starego porządku. Zamiast budować markę od zera, postawił na dyplomację szyldu: sygnował zdjęcia jako „Józef Holas, dawniej Lange”.
Ten skromny dopisek stał się pomostem nad polsko-niemiecką przepaścią. Dawnym klientom gwarantował ciągłość estetyki i jakości, a nowym legitymizował polską obecność w najbardziej prestiżowym punkcie miasta. Z czasem nazwisko Holas nabrało takiej wagi, że przestało potrzebować wsparcia dawnych mistrzów. Marka „Foto-Holas” na kolejne siedem dekad wrosła w tkankę Śląska, stając się elementem miejskiej tożsamości.
Enklawa przy Staromiejskiej
Wojna wystawiła ród na najcięższą próbę. Za odmowę podpisania Volkslisty Holasowie zostali wywłaszczeni z własnego zakładu. W swojej kamienicy stali się niemal intruzami, pracownikami najemnymi u narzuconego przez okupanta niemieckiego zarządcy. Przetrwali jednak, a po 1945 roku stery przejęło drugie pokolenie: Halina Holas-Idziakowa oraz Leonard Idziak.
W siermiężnej rzeczywistości PRL-u fotografia przestała być wyłącznie usługą dla eleganckiego mieszczaństwa. Stała się narzędziem dokumentacji potęgi regionu, który miał być „sercem polskiego przemysłu”. Halina i Leonard stworzyli unikalny duet artystyczny. Ich obiektywy śledziły pył kopalń, oślepiający żar hut i codzienny etos robotniczego trudu. To oni nadali wizualną formę pojęciu „czarnego Śląska”, wydobywając z niego surowe piękno.
Jednocześnie ich dom przy Staromiejskiej (która w latach 1947–1950 nosiła imię Wojciecha Korfantego, a w okresie 1950–1990 Józefa Wieczorka) pozostawał enklawą wysokiej kultury. Sławomir Idziak wspominał po latach, że od obrazów nie dało się uciec. Ciemnia była magicznym centrum mieszkania – miejscem, gdzie rzeczywistość, przefiltrowana przez chemię i światło powiększalnika, zamieniała się w sztukę. Rozmowy przy obiedzie nie dotyczyły polityki, lecz kadrowania, światłocienia i głębi ostrości. Tam kształtował się język wizualny, który dekady później miał zachwycić światową kinematografię.
Światło i nastrój
Halina Holas nie była tylko artystką tworzącą w zaciszu. Była działaczką. Współtworzyła Okręg Śląski Związku Polskich Artystów Fotografików (ZPAF). W czasach, gdy fotografia była zdominowana przez mężczyzn, ona pełniła funkcje kierownicze, organizowała wystawy i walczyła o uznanie fotografii jako pełnoprawnej dziedziny sztuki, równiej malarstwu. Jej styl, choć nierozerwalnie związany z tak zwaną „szkołą śląską”, stanowił unikatowe połączenie malarskiej tradycji piktorializmu z surową rzeczywistością regionu. Operując miękkim światłem i nastrojowością, dokonała niezwykłej estetyzacji przemysłu, w której „czarny Śląsk” tracił swój reporterski czy socrealistyczny ciężar na rzecz poetyckiej, niemal mistycznej wizji, gdzie dymy i fabryczne bryły nabierały szlachetności. Tę samą wrażliwość i głębię psychologiczną przenosiła na grunt fotografii portretowej, tworząc w swoim katowickim studiu wizerunki artystów i mieszkańców, które urzekały szacunkiem do modela oraz umiejętnością wydobycia jego wnętrza.
Ewolucja medium w rodzinie Holasów-Idziaków to fascynujący zapis rozwoju technologii i wrażliwości: od ciężkich, szklanych klisz dziadka Józefa, przez dynamiczny reportaż przemysłowy rodziców, aż po cyfrowe kamery Sławomira. Ten światowej sławy operator, nominowany do Oscara za zdjęcia do „Helikoptera w ogniu”, nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach. Sławomir Idziak wielokrotnie podkreślał, że jego specyficzne postrzeganie koloru i cienia narodziło się właśnie tam – w mrocznych tonacjach wojennej piwnicy i w pyle śląskiego powietrza.
Odważne stosowanie kolorowych filtrów w filmach Krzysztofa Kieślowskiego czy Ridleya Scotta to echo „idziakowskiego” stylu, który dojrzewał w kamienicy przy Staromiejskiej. To tam nauczono go, że światło nie tylko oświetla przedmioty, ale opowiada o ich duszy.
Choć zakład „Foto-Holas” zakończył działalność w 2002 roku, historia tej dynastii pozostaje dowodem na to, że lokalna tradycja rzemieślnicza może stać się fundamentem dla globalnej sztuki. Kamienica pod numerem 7 do dziś stoi przy katowickim deptaku. Jest niemym świadkiem sagi o rodzinie, która udowodniła, że nawet w najgłębszych mrokach historii można odnaleźć światło i zamknąć je w kadrze.
Może Cię zainteresować:
Jan Wypler. Śląski Mandaryn, który znał 40 języków i odmówił podpisania Volkslisty
Może Cię zainteresować:
