Książka Marty Tomczok "Blizny. Krajobrazy po przemyśle" to reporterski zapis rajzy po miejscach w Polsce, które zmieniły skutki rabunkowego dla środowiska PRL-owskiego przemysłu. Wśród nich są też miejscowości z woj. śląskiego - jak katowicki Burowiec, podrybnickie Świerklany i knurowskie Szczygłowice. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne - można ją kupić na stronie wydawnictwa.
Poniżej zamieszczamy fragment rozdziału dotyczącego Szczygłowic. Wyblodowania pochodzą od redakcji. Zdjęcia - z archiwum redakcji.

Szczygłowice. Wyspa
Wyspa. Tak mówiło się o Szczygłowicach na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy osada zaczęła odpływać w sobie znanym kierunku. Nie dosłownie, rzeką, ale korytem biegnącej przez środek hałd asfaltowej drogi.
W latach pięćdziesiątych Szczygłowice stały się częścią Knurowa. Ponure, peerelowskie bloki, wybudowane dla górników, i puste witryny sklepów zamkniętych przed pandemią robiły wrażenie, jakby dla Szczygłowic skończył się lepszy czas. Przyjezdnym nie przyszłoby do głowy, że przed laty ciągnęły się tu pola, których środkiem jeździły furmanki. W „Schyglowitz bei Gleiwitz” można było zobaczyć uroczy stawik, altankę, łódkę i pałacyk, należące do właściciela ziemskiego Jerzego Kowatza. Maleńkie Szczygłowice przy wielkich Gliwicach były niczym pestka w sadzie owocowym.
Po wojnie pola podzielono i nazwano od nazwisk gospodarzy Suligowcem, Palengowcem, Szymalowcem, Rojowcem, Badurowcem i Kulowcem. Kopalnia zajęła ich część i na zawsze zmieniła krajobraz. Zostały nowe osiedle, szkoła, przedszkole, ośrodek zdrowia, dom kultury i Biedronka. Wyburzono wiele starych budynków, łącznie z dworcem kolejowym i domami należącymi do pracowników PKP.
Po powodzi w 1997 roku, gdy zachodnia część osady znalazła się pod wodą, można było patrzeć na Szczygłowice już tylko jak na Wenecję. Choć jaka to była Wenecja, wiedział każdy, kto śledził losy największego w dziejach górnictwa węgla kamiennego sukcesu propagandy i największej katastrofy ekologicznej. Słowo „czarna” pasowało do niej jak ulał – jak czarny karnawał czy czarny scenariusz.
Hałdy i woda. Tak zapamiętałam Szczygłowice z lat dziewięćdziesiątych, gdy jeździłam tamtędy do Rybnika do szkoły muzycznej. Jechało się trzęsącym pekaesem od mostu między hałdami do wylotu z ulicy, gdzie stały rzędy ściśniętych bloków, w stronę Wilczy, wioski, której przemysł nie zdążył jeszcze zniszczyć.
Po jednej i drugiej stronie ciągnęły się wzgórza hałd. Nie zakrywały jeszcze widoku na Czuchów, wieś leżącą po południowej stronie Szczygłowic, bo wystarczyło się lekko odchylić, żeby w oddali zobaczyć stożkowe zwałowiska kopalni i koksowni Dębieńsko.
Na krytym basenie w Szczygłowicach nauczyłam się pływać, tam też spędzałam swoje pierwsze wakacje po przeprowadzce do Knurowa w 1994 roku. W głowie został mi obraz palm w wielkich donicach, którymi udekorowano brzegi basenu. Zapamiętałam również szyb widoczny przez przeszklone ściany.
Gdy w 2013 roku ponownie wybrałam się do Szczygłowic kupić obrączki przed ślubem, zastałam dziwny widok. Malutka pracownia złotnicza należąca do kolegi mojego taty, położona kiedyś w połowie ulicy, znajdowała się teraz na jej końcu, a droga w pewnym miejscu urywała się i znikała pod hałdą. Była to ulica Korfantego, jedna z większych ulic starych Szczygłowic, którą jeździły ciężarówki z kopalni.
Nie wiedziałam, że pod hałdą znajduje się Czerwone Osiedle, wybudowane dla robotników zakładów chemicznych na początku lat pięćdziesiątych. Przez myśl mi to nie przeszło.
Kopalnia
Gdy w 1961 roku na polach i w lasach Szczygłowic stanęła kopalnia, rozwój Rybnickiego Okręgu Węglowego trwał w najlepsze. Wybudowanie jej w cztery lata było absolutnym rekordem w skali kraju. Pracownicy gliwickiego biura projektowego prześcignęli nawet Anglików, którzy potrzebowali na budowę kopalni dwa razy więcej czasu.
„Budowniczowie tej kopalni – projektanci inżynierowie, technicy i załogi budowlano-montażowe – dokonali czynu, który budzi uznanie nie tylko w kraju, ale i wśród zagranicznych fachowców w dziedzinie budownictwa kopalń” – pisał minister górnictwa Jan Mitręga w książeczce wydanej na otwarcie Szczygłowic. Wspominał także o niespotykanym zaangażowaniu ekip montażowych, szczególnie pracowników Bytomskiego Przedsiębiorstwa Budowy Szybów – bo przecież szyb w kopalni głębinowej to tętnica, a podziemne wyrobisko to jego serce.
W Szczygłowicach wszystko funkcjonowało na najwyższym poziomie. Powstał doskonały plan, terminów umów – rzecz w PRL-u niemal niemożliwa – dotrzymano, nawet wyprodukowano jednocześnie gigantyczne konstrukcje stalowe dla Szczygłowic i Turowa (dla Szczygłowic – dwustuosiemdziesięciotonową wieżę).
„Dostawy dla kombinatu – pisali autorzy wspomnianej książeczki – nie zostały opóźnione ani o jedną godzinę”. Hasło programowe budowy brzmiało „Ludzie pokonali czas” i nie schodziło z ust władzy.
Mój dziadek – jeśli dobrze liczyłyśmy z mamą – za zaangażowanie w budowę Szczygłowic dostał awans i z kopalni Łagiewniki, gdzie pracował w trudnych warunkach jako górnik dołowy, przeniósł się do Przedsiębiorstwa Budowy Szybów w Bytomiu na powierzchnię. Pracował przy desce kreślarskiej i lepiej zarabiał, ale nie był szczęśliwy. Z licznych delegacji wracał rozdrażniony. Na sukces nowych peerelowskich kopalni pracowało wielu takich jak on, ale nie o nich pisały gazety.
Kopalnię Szczygłowice dawano za wzór koegzystencji przemysłu ze środowiskiem. „Jeśli wszelka działalność gospodarcza ma w ostatecznym rozrachunku mieć na celu dobro człowieka, to nie sposób wyobrazić sobie jego życia na tle krajobrazu zdewastowanego” – zapewniali autorzy Ziemi rybnicko‑wodzisławskiej. Szczygłowice przerosły te założenia.
W latach osiemdziesiątych, gdy zaczęto sypać coraz wyższe hałdy i dewastować nimi przestrzeń, nie było już żadnej harmonii między wiejskim otoczeniem a nowoczesnymi technologiami. Zastąpiły ją wysypiska odpadów pogórniczych. Kopalnia miała się wyróżniać kolorem. „Kolorowe ich zabudowania – pisali autorzy Ziemi rybnicko‑wodzisławskiej o bliźniaczych zakładach Jastrzębie i Szczygłowice – o pastelowych barwach, bez strzelistych kominów ze smugami czarnego lub szarego dymu, obramowane dobrze utrzymaną zielenią i rabatami kwiatów, robią wrażenie, które jest wyraźnym kontrastem tego wszystkiego, co stare i ponure, a co dziedziczyliśmy w spuściźnie po czasach rabunkowej gospodarki w Śląskim Zagłębiu Węglowym”.
Pierwszy dyrektor, Paweł Tkocz, dołożył wszelkich starań, aby zarówno wystrój kopalni, jak i otoczenie były wyjątkowe. „W hallu budynku administracyjnego – pisał Paweł Gradek, dziennikarz »Przeglądu Lokalnego«, który po latach przypomniał historię »pastelowej kopalni« – powstała abstrakcyjna ceramiczna dekoracja naścienna o niezwykle ciekawej formie. Jej autorami byli Ludwika Horwath-Gumułowa i rzeźbiarz Zbigniew Maleszewski”.
„Górnikom, którzy przez 8 godzin pracy nie oglądają światła dzienne go, musi się dać pewną rekompensatę i odpoczynek. Będąc niejednokrotnie na terenie kopalni, obserwowałam, jak po ukończeniu pracy siadali na kolorowych ławkach, palili ulubione fajki i gwarzyli sobie, nie spiesząc się wcale do domów. Czuli się tutaj bardzo dobrze” – przyznawała w 1962 roku Horwath-Gumułowa, architektka związana z Centralnym Biurem Studiów i Projektów Górniczych w Katowicach oraz Biurem Projektów Górniczych w Gliwicach, postać jak na tamte czasy wyjątkowa.
„Kopalnię trafnie zlokalizowano w malowniczym kraj obrazie wśród pól, łąk i lasów, w terenie o łagodnych spadkach, w połowie drogi między Gliwicami a Rybnikiem, w pobliżu linii kolejowej i drogi powiatowej łączącej te ośrodki. Jest to sytuacja idealna dla zakładu przemysłowego, dająca dużą swobodę projektantom” – pisała Horwath-Gumułowa.
„Prześliczna, nowoczesna, zadziwiająco lekka konstrukcja wieży szybowej, budynku maszyny wyciągowej i innych obiektów. Rewelacyjne tempo budowy […]. Trafili bez pudła” – zachwycali się reporterzy „Sztandaru Młodych”, Aleksander Jędrzejczak i Zygmunt Szeliga. Ich relacja, zatytułowana Skarbu strzegą żywioły, mówiła także o kosztach tego sukcesu, hektarach sadów, lasów i pól uprawnych, które trzeba było poświęcić na rzecz wydobycia węgla. Decyzję podjęto bez wahania.
ROW był „jednym z najbogatszych zagłębi węgla koksowego w Europie” – donosił „Sztandar Młodych”. Jeszcze na początku istnienia kopalni związki Szczygłowic z wsią były tak duże, że niektórym przyjezdnym, na przykład Tadeuszowi Kijonce, młodemu adeptowi dziennikarstwa z Radlina, wydawało się, że trudno będzie rozbudować osadę. Spędziwszy dzień na budowie, a wieczór z wulcami – robotnikami spoza Śląska, którzy przyjeżdżali tu głównie z Bieszczad, Małopolski czy Poznańskiego – poeta głowił się… nad herbem Szczygłowic.
Wieś, która nieodwracalnie zmieniała się w zakład wydobywczy, nie mogła dalej kojarzyć się z kosami i snopem siana. „Z boku, w pobliżu kopalnianej bramy, jakby przytulona do parkanu, ociężała w padającym deszczu, stoi kopa słomy. Tyle zostało z dawnych Szczygłowic”.
Czas działał na korzyść zmiany. Wzdłuż drogi, którą jeździłam do Rybnika, rosły kiedyś piękne graby. Zasadzono je pod koniec XIX wieku, na ozdobę. Miały przynosić ulgę podróżnym. W latach sześć dziesiątych grabczoki ścięto i rzucono na kupę, żeby zgniły. W miejscu, gdzie rosły, powstawało nowoczesne osiedle dla pracowników kopalni. Widok kompostu, na którym leżały drzewa, robił tak przygnębiające wrażenie, że gdy wnuk dawnego właściciela Szczygłowic Kowatza przyjechał w odwiedziny z Niemiec, nie mógł rozpoznać tego miejsca.
Lucjan Suliga, wnuk szczygłowickiego gospodarza, który przed wojną wykupił część ziemi, przyglądał się całej scenie. Zapamiętał pytanie, które Kowatz kierował do przechodzących górników: „Gdzie są te grabczoki?”. Czy mu ktoś odpowiedział, nie wiadomo


