Tomasz Rożek: Polska szkoła nie uczy tego, czego powinna. Zgodziliśmy się na dziadostwo

O tym, czego powinna uczyć polska szkoła, dlaczego tego nie robi, gdzie upatrywać nadziei na zmiany i jaka w tym wszystkim jest dziś rola nauczycieli rozmawiamy z dr. Tomaszem Rożkiem, fizykiem, dziennikarzem naukowym, popularyzatorem nauki. Ślązakiem i absolwentem Uniwersytetu Śląskiego.

Mat pras. Tomasz Rożek
Tomasz Rożek

Czego dziś uczy polska szkoła? I czy uczy dobrze?
Nie da się odpowiedzieć na to pytanie zanim nie odpowiemy sobie czego uczyć powinna? Bo czy pod pojęciem „uczy dobrze” rozumiemy to, że opuszczający szkołę uczeń np. zna 10 prawych i lewych dopływów Wisły? Jeśli nie ma jakiś problemów z pamięcią, to pewnie będzie znał. Tylko po co? I czy z faktu, że uczeń zna tą i wiele innych informacji wynika, że szkoła uczy dobrze?

A zatem, czego powinna uczyć polska szkoła?
Po pierwsze ustalmy, że wszystkiego na pewno nie nauczy. Na coś więc trzeba postawić. Może powinna uczyć tylko „twardych informacji”? Liczb, nazwisk, dat. Jest to jakaś opcja. Można też jednak przyjąć, że raczej nie powinna uczyć rzeczy, które można sprawdzić w ogólnie dostępnych źródłach. Że umawiamy się na jakieś minimum, które każdy powinien znać, żeby funkcjonować we wspólnocie, ale generalnie szkoła ma uczyć współdziałania oraz funkcjonowania w świecie przeładowanym informacją, w którym jedną z naczelnych umiejętności jest radzenie sobie z wyszukiwaniem informacji wiarygodnych i odsiewaniem tych niewiarygodnych. Że powinna uczyć radzenia sobie z sytuacjami, których się nie da zaprojektować. A one będą występować chociażby dlatego, że świat szybko się zmienia, technologie się rozwijają i nikt, ze szkołą włącznie nie jest w stanie tego rozwoju przewidzieć. I jeśli przyjmiemy ten drugi punkt widzenia, to polska szkoła tej akurat umiejętności nie uczy. Pandemia pokazała zresztą jak łatwo jesteśmy się w stanie dać wkręcić w jakieś „fejki”.

Bezwładność systemu, brak refleksji...

Skoro to takie ważne, to dlaczego tak się nie dzieje?
Tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Po części to wynika z pewnej bezwładności systemu, a po części z braku refleksji nad tym, czym w ogóle powinna być szkoła. Moim zdaniem przed szkołą, jeżeli ma być skuteczna, jest ogromny program przebudowy. Przy czym tu nie chodzi o zmianę konkretnego przedmiotu, czy o to, by wróciły gimnazja. To są sprawy niemal nieistotne. Chodzi o przedefiniowanie roli szkoły jako takiej. Bo przecież szkoła jaką znamy, nie zmieniła się w gruncie rzeczy od 200 lat. Owszem, zmieniły się technologie, ale podstawowa zasada została taka sama – jest nauczyciel, który mówi jak jest i jest grupa uczniów podzielonych nie swoimi umiejętnościami, ale wiekiem, które mają tego słuchać. W tym modelu nie ma przestrzeni na dyskusję, a jeśli jest, to nie dzięki systemowi edukacji, tylko mimo tego modelu. To wreszcie wynika też z samej edukacji nauczycieli. Trzeba wiele wysiłku, by nauczyciel wyedukowany zgodnie z pewnymi zasadami i regułami nagle zaczął funkcjonować w inny sposób.

Gdyż stara się odtwarzać ten sam model, w którym sam został ukształtowany?
Z jednej strony trudno się temu dziwić. System nie wspiera zmian, bo gdyby nauczyciel, przy przeładowanym programie, dopuścił zmianę, zabraknie mu czasu na zrealizowanie programu. A on jest do tego zobowiązany. Z drugiej strony można jednak powiedzieć, kto jak nie nauczyciele powinni być przekonani o tym, że nauka nie kończy się w momencie ukończenia studiów.

Jak pan sądzi, skąd mógłby wyjść impuls do ewentualnej zmiany?
Myślę, że ze strony rodziców.

Generalna zmiana? Potrzebne jest wsparcie

Ciekawa teza w kontekście nauczycielskiego narzekania na roszczeniowość rodziców...
Tylko, że te roszczenia bardzo rzadko dotyczą poziomu nauczania. One wręcz bardzo często wymuszają na nauczycielu obniżenie tego poziomu. Bo one nie pojawiają się wtedy, kiedy dziecko czegoś nie potrafi. One pojawiają się wtedy kiedy dziecko dostanie złą ocenę lub reprymendę. Wiem o tym, że bardzo często ci najgłośniejsi rodzice wymagają, aby nie dawać zadań domowych, nie robić sprawdzianów i nie wymagać od dziecka aż tyle. Mówiąc o tym, że impuls ma wyjść od strony rodziców mam na myśli to, że rodzic powinien wiedzieć jak ważnym tematem jest edukacja i brać to pod uwagę na etapie wybierania swoich przedstawicieli np. do parlamentu. Aby wprowadzić generalną zmianę potrzebne jest wsparcie, które w naszym ustroju wynika z demokratycznych wyborów. Jeżeli elektorat nie da zielonego światła na wprowadzenie głębokich zmian w systemie edukacji, to tych zmian nikt nie wprowadzi. Żaden polityk nie kiwnie palcem jeżeli nie będzie widział, że może na tym coś ugrać. Zdarzało się, że w kampaniach wyborczych pojawiał się jakiś wątek związany z edukacją, ale dzieje się to bardzo rzadko i najczęściej dotyczy logistyki systemu. Alternatywą jest budowanie systemu społecznego, obywatelskiego, który jest równoległy do tego oficjalnego. I to się dzieje, ale często to edukacja płatna, a często możliwa tylko w wielkich ośrodkach miejskich.

Skoro ten wątek tak słabo jest obecny w debacie publicznej, to może większość elektoratu ma to jednak w nosie?
I tak też sądzę. W sferze deklaracji oczywiście zdecydowana większość z nas twierdzi, że uważa edukację za coś istotnego, ale – koniec końców – polityków o edukację bardzo rzadko pytamy. Jako społeczeństwo nie do końca mamy przekonanie, że edukacja to sprawa strategiczna z punktu widzenia rozwoju kraju. Myślimy w ten sposób, że owszem, nauczyciel w szkole coś robi, ale jeśli uznamy, że dobrze by było, aby dziecko np. znało lepiej angielski, to je wysyłamy na korepetycje. Jakoś nam nie pojawia się taka myśl, że my przecież w podatkach za to płacimy.

To trochę tak jak ze służbą zdrowia…
Dokładnie tak. Myśmy się już na pewne rzeczy zgodzili. To smutne, bo to przyzwyczajenie oznacza przyzwolenie na dziadostwo. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy nauczyciele odwalają dziadostwo. Stwierdzam natomiast, że przyzwyczailiśmy się do pewnego systemu, wielu z nas ma świadomość, że ten system działa źle, niektórzy obwiniają o to tylko nauczycieli, co uważam za krzywdzące dla nich, ale też nie podpisałbym się pod stwierdzeniem, że nauczyciele w ogóle są bez winy.

Najgorsi powinni wylecieć ze szkoły

No i wbił pan kij w mrowisko. Swoją drogą czego się spodziewać za te pieniądze w szkołach?
To trudny temat, wywołujący wiele emocji, gdyż mówiąc o nim siła rzeczy uogólniamy. Znam wielu świetnych nauczycieli, którzy słysząc coś takiego na pewno się zdenerwują. Tylko fakt, że w systemie są świetni nauczyciele nie zmienia tego, że dużo więcej jest tych średnich, a jest też duża grupa tych, którzy w ogóle nauczycielami być nie powinni. A przy tym jest rodzaj zupełnie dla mnie niezrozumiałej, fałszywie rozumianej zawodowej solidarności, bo to przez nią ci nauczyciele, którzy nigdy nauczycielami być nie powinni, są w systemie. I nauczycielskie protesty, które bardzo często mają bardzo sensowne postulaty zwykle niosą też hasło: wszystkim np. o 1000 zł w górę. To jest postulat durny, gdyż ci dobrzy i ci najlepsi powinni dostać nie 1000 zł, a 2000 zł w górę, lecz ci najgorsi nie powinni dostać nawet złotówki więcej. Oni powinni wylecieć ze szkoły.

A zakładając, że tych zmian nikt nie wprowadzi, to jaki będzie efekt dla jakości kształcenia? Edukacja coraz bardziej będzie odbiegać od tego jak powinna wyglądać?
To nie jest tylko problem Polski. Zauważam postępujące rozwarstwienie – w niektórych krajach system edukacji mocno się zmienia, w innych stoi w miejscu, albo zmiany są bardzo niewielkie. I Polska należy do tej drugiej grupy.

A od kogo moglibyśmy coś dobrego podpatrzyć?
Każdy kraj musi znaleźć swoją drogę, choć oczywiście warto budować na dobrych praktykach innych. Dobrze byłoby spoglądać na kraje skandynawskie, czy bałtyckie. Na ile to realne, to oczywiście inna sprawa. Zdaję sobie sprawę, że pierwsze z wymienionych krajów są dużo od nas bogatsze, a drugie są dużo mniejsze, więc dużo łatwiej im wprowadzać różnego rodzaju zmiany.

Świat nie jest podzielony na fizykę, chemię, biologię...

Gdyby nastolatka z polskiej szkoły przenieść do szkoły w Skandynawii, to co byłoby dla niego największym zaskoczeniem?
To, że nie musiałby się tylu rzeczy uczyć na pamięć i to, że tam pracowałby bardziej projektowo. Że to nie działa tak jak u nas, gdzie uczeń na początku semestru dostaje plan z podziałem na przedmioty. W wielu krajach zresztą obserwuje się zmianę podejścia do przedmiotów. Przedmioty są sztucznym tworem administracyjnym, a przecież świat nie jest podzielony na fizykę, chemię, czy biologię. Coraz częściej mówi się w Polsce o wprowadzenie edukacji klimatycznej i tylko mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł wprowadzenia nowego przedmiotu. Tak jest najprościej, ale to tak nie powinno działać. Wątki klimatyczne są i na biologii, i na geografii, i na fizyce, i na chemii. A nawet na przedmiotach humanistycznych, gdyż wiele wydarzeń historycznych było spowodowanych zmianami klimatu. To jest temat, jeden z wielu tematów, który idzie w poprzek tradycyjnemu podziałowi.

Odbiega to tak dalece od modelu polskiej szkoły, w której najnowszym „wynalazkiem” jest Historia i Teraźniejszość, że już chyba bardziej się nie da.
Pomijając treść samego podręcznika do HiT-u, podręcznika, który w ogóle nie spełnia warunków bycia podręcznikiem, to rozumiem argument, że w szybko zmieniającym się świecie warto wprowadzać do edukacji geopolityczne, bądź społeczne wątki z najnowszej historii, wręcz tej z wczoraj czy przedwczoraj. Tyle, że sposób, w jaki to ma być zrobione wybraliśmy najgorszy z możliwych. Wolałbym, aby wątki, które zgodnie z podstawą programową tego przedmiotu zostały rozdzielone pomiędzy przedmioty już istniejące po to, by niektóre zagadnienia były opracowywane międzyprzedmiotowo.

Mordęga zamiast intelektualnej przygody

Jeden przedmiot mniej, uczniowie byliby zachwyceni...
Przy czym nie chodzi o to, by zwijać przedmioty dla samego zwijania, tylko po to by uczyć w sposób interdyscyplinarny. Żeby pokazywać zjawiska, z którymi mamy do czynienia i które są wyzwaniem naszego świata horyzontalnie wskazując jak bardzo są one ze sobą połączone. Tylko wtedy możemy liczyć na ich zrozumienie. Szatkowanie świata na przedmioty jest krokiem w przeciwną stronę. Oczywiście, żeby to zrozumieć potrzebujemy wiedzy bazowej. Nie postuluję, by nauczać tylko projektowo, czy żeby np. matematyk nagle przestał uczyć o ułamkach. Chodzi o to, żeby uczyć o tym w kontekście konkretnych wyzwań i wydarzeń. A nasza szkoła tego nie robi. Dziecko na matematyce uczy się mnóstwa rzeczy, ale konia z rzędem temu, kto jest mu w stanie wyjaśnić, po co mu to wszystko. To rodzi poczucie bezsensu po stronie ucznia, ale także nauczyciela, który widzi, że dla większości dzieci to mordęga, a nie jakaś intelektualna przygoda. To są przepalone pieniądze i zmarnowany czas. Tymczasem chodzi o to, żeby dać uczniom pewne narzędzia i nauczyć ich posługiwania się tymi narzędziami niezależnie od tego, jak potoczą się jego dalsze losy. A tym, którzy będą chcieli dowiedzieć się więcej, to te narzędzia pozwolą na „rozbieg”.

I tym sposobem znów wracamy do wątku systemu i roli nauczyciela w nim.
Chciałbym zauważyć, że praca projektowa w polskim systemie edukacji jest możliwa. Nauczyciel może tak pracować, choć najczęściej tak nie pracuje. Tak samo jak nauczyciel może stworzyć swój program nauczania na podstawie minimum programowego, ale najczęściej tego nie robi. Z jednej więc strony system nie wspiera tego typu inicjatyw, ale też ich nie zabrania. Dużo jest po stronie nauczyciela. I nauczyciel, który mówi: chciałbym wszystko, a nie mogę nic, mówi nieprawdę. Ale też powiedzenie o nauczycielach, że mogą wszystko a nie robią nic, jest – jak każde uogólnienie – dla wielu krzywdzące.

Arkadiusz Chęciński

Może Cię zainteresować:

Dziś powrót do szkoły. Prezydent Sosnowca: "To od nauczycieli zależy, czy dzieci będą uczyć się prawdziwej historii"

Autor: Michał Wroński

01/09/2022

Sbb welcome

Może Cię zainteresować:

Marcin Zasada: Punkowcy źli, nasze SBB dobre. O podręczniku szkolnym pełnym głupot i niedorzeczności

Autor: Marcin Zasada

16/08/2022

Urszula Bauer

Może Cię zainteresować:

1875 wakatów w szkołach woj. śląskiego. I co? "Nie ma dramatu" - uważa śląska kurator oświaty

Autor: Katarzyna Pachelska

31/08/2022

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon

czytaj więcej:

Wojciech Roszkowski

Kim jest prof. Wojciech Roszkowski i co łączy go ze Śląskiem

Arkadiusz Chęciński

„Takiej kumulacji problemów w oświacie jeszcze nie było”

Przemysław Czarnek

Mapa szkół wolnych od (s)hit-u już dostępna

Józef Skrzek

Podręcznik do HiT chwali SBB. Lider SBB: "Pieprzą bzdury"

Hit

Licealiści nie chcą ani HiTu, ani HiTowego podręcznika

Biblioteka (zdjęcie ilustracyjne)

Czego można się nauczyć na studiach? 10 dziwnych kierunków

Minister Czarnek

Oświatowa Solidarność chce głowy ministra Czarnka