Kobieca historia Parku Śląskiego: projektantki, społeczniczki i nie tylko. Od Barbary Kuszell po Magdalenę Sekułę – opowieść o kobietach, które współtworzyły park

Park Śląski zwykle opowiada się nazwiskami mężczyzn: Ziętka, Niemirskiego, Buszki i Franty... Tymczasem w cieniu tej oficjalnej historii kryje się inna opowieść – o kobietach, które park współtworzyły od pierwszych kresek na papierze, przez rzeźby rozsiane wśród drzew, po współczesne działania społeczne. Wśród projektujących WPKiW to kobiety stanowiły większość, wśród artystek były takie jak Anna Dębska, a dziś o przyszłość parku walczy m.in. Elżbieta Mądry. To ich praca, wrażliwość i determinacja sprawiły, że Park Śląski jest tym, czym dla nas jest.

Kobieca historia Parku Śląskiego nie zaczyna się dziś – ani nawet wczoraj. Jest wpisana w sam fundament tej przestrzeni, choć przez dekady pozostawała niemal niewidoczna. Gdy myślimy o powstawaniu parku, w pamięci zbiorowej pojawiają się nazwiska mężczyzn: projektantów, polityków dyrektorów. Tymczasem w cieniu tych oficjalnych narracji kryje się opowieść o kobietach, które rysowały pierwsze plany, projektowały zieleń i ikoniczne miejsca, a później – pilnowały, by „Zielone Płuca ” istniały dalej. To one były siłą twórczą, emocjonalną i obywatelską Parku Śląskiego. I to ich historie – pełne odwagi, pracy, talentu i determinacji – warto dziś wydobyć na światło dzienne.

Kobiety jako większość, nie margines

Początek tej opowieści aż prosi się o mocny akcent: zanim Park Śląski stał się „zielonym miastem marzeń”, zanim pojawiły się pierwsze aleje, polany i pawilony, zanim w ogóle wbito łopatę w chorzowską ziemię – w zespole projektowym były kobiety. I to nie symbolicznie, nie „dla parytetu”, ale realnie, licznie i merytorycznie.

W pierwszym zespole Kazimierza Wejcherta, autora koncepcji przyszłego Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, była tylko jedna kobieta: Małgorzata Olszewska. To symboliczny obraz epoki, w której architektura i urbanistyka pozostawały domeną mężczyzn, a kobiece nazwiska pojawiały się w takich zespołach rzadko, niemal na prawach wyjątku. Jednak ten obraz zmienia się radykalnie, kiedy przechodzimy do zespołu, który faktycznie stworzył projekt wstępny parku– tego, według którego Park Śląski został później zrealizowany.

Ale ten obraz zmienia się diametralnie, kiedy przechodzimy do ludzi, którzy stworzyli projekt wstępny Parku – ten, według którego podjęto budowę WPKiW.

Władysław Niemiec (później Niemirski), główny projektant Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, w swoim artykule o początkach WPKiW podaje skład swojego zespołu w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Budownictwa Komunalnego w Warszawie. I tu dzieje się coś absolutnie wyjątkowego jak na lata 50.:

„Projekt wstępny Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku opracował w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Budownictwa Komunalnego w Warszawie: Władysław Niemiec przy współpracy Barbary Chrzanowskiej, Elżbiety Jankowskiej, Ludwika Lawina, Wacława Chojnackiego, Barbary Kuszell, Heleny Krupińskiej, Włodzimierza Klimczewskiego, Janiny Skuczyńskiej, Teresy Potulickiej-Łatyńskiej, Stanisławy Smolagi, Wandy Ziółkowskiej, Laury Konokowskiej i Barbary Attak.”

Jeśli policzyć nazwiska, proporcje są uderzające: na 14 osób w zespole 10 to kobiety!

To nie jest ciekawostka. To fakt, który odwraca tradycyjną narrację o powstawaniu Parku Śląskiego. Wbrew temu, co przez dekady utrwalały publikacje, tablice i oficjalne wspomnienia, park nie był wyłącznie dziełem mężczyzn–wizjonerów. Był efektem pracy zespołu, w którym kobiety stanowiły przytłaczającą większość.

Ta proporcja nie jest ciekawostką statystyczną. To fakt, który odwraca tradycyjną narrację o powstawaniu Parku Śląskiego. Przez dekady utrwalano obraz parku jako dzieła mężczyzn‑wizjonerów: Ziętka, Wejcherta,, Niemirskiego. Tymczasem w dokumentach stoi czarno na białym, że fundamenty tej przestrzeni — jej układ, kompozycja, zieleń, rytm alei i polan — powstawały w zespole, w którym kobiety stanowiły przytłaczającą większość. Ich nazwiska nie trafiły na tablice pamiątkowe, nie pojawiały się w oficjalnych przemówieniach, nie przeszły do zbiorowej pamięci. A jednak to one były siłą roboczą i twórczą tego projektu.

Dlaczego to tak ważne? Bo świadczy o tym, że kobiety były obecne w architekturze i planowaniu przestrzennym znacznie wcześniej, niż zwykle się uważa. Bo ich praca była kluczowa dla powstania największego parku miejskiego w Polsce. Bo ich nazwiska – Chrzanowska, Jankowska, Kuszell, Krupińska, Skuczyńska, Potulicka-Łatyńska, Smolaga, Ziółkowska, Konokowska, Attak – w ogóle nie funkcjonują w powszechnej świadomości, choć to one rysowały, liczyły, projektowały i współtworzyły przestrzeń, którą dziś znamy jako Park Śląski.

Co nam to mówi o tamtych czasach? Że paradoksalnie – choć PRL był systemem pełnym ograniczeń, a lata 50. nie stanowiły czasu wielkiej emancypacji, biura projektowe dawały kobietom przestrzeń do realnej pracy twórczej. Nie zawsze do awansu i nie zawsze do rozgłosu, ale do współtworzenia — jak najbardziej. I właśnie dlatego warto dziś przypomnieć, że kobieca strona Parku Śląskiego nie jest metaforą, lecz faktem wpisanym w same jego fundamenty.

Z gruzów Warszawy do Cichego Zakątka

Jedną z tych postaci, które same w sobie potrafią zmienić ton opowieści o Parku Śląskim, jest Barbara Kuszell‑Jełowicka.

Barbara Kuszell‑Jełowicka
Barbara Kuszell‑Jełowicka

W zespole Władysława Niemca była jedną z kluczowych projektantek zieleni – ale zanim trafiła do biura projektowego i zaczęła rysować kompozycje roślinne dla przyszłego WPKiW, jej życie wyglądało jak gotowy scenariusz filmowy.

Urodzona w 1926 roku, w czasie wojny była nastolatką, która zamiast dorastać w normalnych warunkach, uczyła się opatrywania ran i przenoszenia rannych pod ostrzałem. W 1942 roku wstąpiła do konspiracji, szkoliła się na sanitariuszkę Armii Krajowej, a w Powstaniu Warszawskim służyła w batalionie „Gustaw–Harnaś” jako „Baśka”. Jej relacja zachowana w Muzeum Powstania Warszawskiego jest jednym z tych świadectw, które trudno czytać bez emocji: opowiada o kursach sanitarnych w Szpitalu Czerwonego Krzyża, o pracy na barykadach, o bombardowaniu szpitala na Kilińskiego, z którego została odkopana spod gruzów, o przejściu kanałami z placu Krasińskich na Warecką. O strachu, wyczerpaniu, utracie koleżanek – i o tej paradoksalnej, powstańczej mieszance wolności i grozy.

Po kapitulacji wyszła z ludnością cywilną. Dzięki sprytowi i pomocy lekarzy uniknęła wywózki na roboty. Trafiła do Bochni, potem do Częstochowy, gdzie kontynuowała tajne kursy akademickie. Po wojnie skończyła studia w Poznaniu, a następnie przeniosła się do Warszawy, by pracować jako architektka krajobrazu. I właśnie wtedy, w latach 50., trafiła do zespołu projektowego WPKiW.

Jej śląski rozdział jest cichy, ale niezwykle ważny. Kuszell‑Jełowicka była jedną z najważniejszych projektantek zieleni w powstającym Parku. To ona współtworzyła Kaskady – miejsce, które do dziś zachwyca naturalnością i delikatnością kompozycji. Dzisiejszy Cichy Zakątek, z jego miękkimi liniami, światłem odbijającym się od wody i organicznym układem zieleni, jest w dużej mierze jej dziełem. Trudno o bardziej symboliczne połączenie: kobieta, która widziała najgorsze, tworzyła na Śląsku jedno z najbardziej kojących miejsc w całym WPKiW.

Jej powstańcza przeszłość nigdy nie była eksponowana. W PRL – jak sama wspominała – była „obywatelem drugiej kategorii”, bez szans na awanse, bez ochoty na uczestnictwo w oficjalnych strukturach. A jednak pracowała, projektowała, zostawiała po sobie przestrzenie, które przetrwały dekady i nadal budzą zachwyt. Jej historia jest jednym z najmocniejszych dowodów na to, że Park Śląski powstał nie dzięki systemowi, lecz dzięki ludziom – często bardzo młodym, po traumie wojny, nieraz z AK‑owską przeszłością – którzy po 1945 roku budowali przestrzeń dla innych.

Twórczyni Stadionu Śląskiego

Danuta Bredy‑Brzuchowska to jedna z tych osób, które powinny być wymieniane jednym tchem, gdy mowa o „Kotle Czarownic”. A jednak, gdy wspomina się o projektancie Stadionu Śląskiego, z regułypada tylko jedno nazwisko: jej męża, Juliana Brzuchowskiego. Tymczasem źródła mówią wyraźnie, że stadion projektowało małżeństwo, a Danuta była współautorką na równych prawach — architektką o własnym dorobku, własnym stylu i własnej drodze zawodowej. To kolejny przykład kobiety, której wkład w przestrzeń Parku Śląskiego został zepchnięty na margines zbiorowej pamięci.

Urodzona w 1917 roku, absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej, dyplom uzyskała jeszcze w 1940 roku — w czasie, gdy studiowanie samo w sobie było aktem determinacji. Już wtedy pracowała w zespołach konkursowych, a po wojnie, razem z mężem, przeniosła się do Warszawy. To właśnie tam wyspecjalizowała się w projektowaniu obiektów sportowych, dziedzinie wymagającej nie tylko wyobraźni, ale też ogromnej wiedzy technicznej. Jej pierwszym dużym projektem była przebudowa kompleksu Polonii Warszawa, a później — współtworzenie Stadionu Śląskiego w Chorzowie, jednej z ikon polskiej architektury powojennej. Wszystkie te fakty znajdują się w jej biogramie, choć rzadko przebijają się do popularnych narracji.

W latach 50. stadion był przedsięwzięciem bez precedensu: ogromnym, nowoczesnym, śmiałym. I choć w oficjalnych przekazach dominowało nazwisko Juliana Brzuchowskiego, to Danuta Bredy‑Brzuchowska była współautorką projektu — architektką, która współkształtowała bryłę, układ i funkcję obiektu. Jej podpis widnieje na kolejnych realizacjach: warszawskiej hali Torwar, pływalni Kolejarza, zespołach basenów „Wisła”. To nie była „żona architekta”, lecz architektka pełnoprawna, nagradzana, doceniana przez środowisko, wyróżniona Srebrną Odznaką SARP i statusem „architekta twórcy”.

A jednak w pamięci zbiorowej została niemal wymazana. Gdy mówa o Stadionie Śląskim, jej nazwisko pojawia się rzadko, czasem w przypisie, czasem w nawiasie, czasem wcale. To mechanizm dobrze znany historykom architektury: kobiety pracowały w zespołach, współtworzyły projekty, ale w narracjach publicznych znikały za plecami mężczyzn. W przypadku Danuty Bredy‑Brzuchowskiej to szczególnie bolesne, bo jej dorobek jest nie tylko imponujący, ale też udokumentowany — a mimo to wciąż nieobecny w świadomości mieszkańców regionu.

W kontekście Parku Śląskiego jej historia ma dodatkowy wymiar. Stadion Śląski jest jednym z jego najważniejszych symboli — monumentalnym obiektem, który współtworzył tożsamość całego kompleksu. A skoro tak, to warto przypomnieć, że w jego projekcie odcisnęła swój ślad kobieta: architektka wykształcona we Lwowie, doświadczona zawodowo, nagradzana, a dziś — niesłusznie w kontekście swego dzieła zapomniana.

Rzeźbiarka

Anna Dębska jest jedną z tych artystek, które w Parku Śląskim zostawiły ślad tak wyrazisty, że trudno wyobrazić sobie tę przestrzeń bez jej rzeźb – a jednocześnie jedną z tych kobiet, o których pamięć wciąż jest zbyt cicha. Jej nazwisko nie pojawia się w opowieściach o „twórcach parku” tak często, jak powinno, choć to właśnie ona nadała wielu jego zakątkom charakter, miękkość i zwierzęcy puls.

Urodzona w 1929 roku w Warszawie, wykształcona na Akademii Sztuk Pięknych, Dębska od początku miała wyraźnie określoną drogę twórczą. Rzeźbiła zwierzęta – nie jako dekoracje, ale jako pełnoprawnych bohaterów swoich prac. Jej Wilki, Łanie, Źrebaki czy Pawie nie są „ozdobami”, lecz postaciami: uchwyconymi w ruchu, napięciu, czujności, spokoju. To rzeźby, które mają w sobie życie.

W latach 60. i 70. była jedną z najbardziej aktywnych polskich rzeźbiarek plenerowych. Jej prace trafiały do parków, sanatoriów, przestrzeni miejskich w całej Polsce – od Warszawy, przez Kraków i Słupsk, po Busko‑Zdrój. Wystawiała w kraju i za granicą, a po 1980 roku przez piętnaście lat mieszkała i tworzyła w USA. Była też jedną z pierwszych kobiet w Polsce, które po wojnie prowadziły prywatną stadninę koni arabskich – co tylko dopełnia jej biografię: artystki, która rozumiała zwierzęta nie tylko jako formę, ale jako istoty.

W Chorzowie zostawiła po sobie cały zwierzyniec – i to dosłownie. Wilki, Łanie, Źrebaki, Pawie, Perkoz, a może i kolejne – rzeźby rozsiane po parku, często tak wtopione w krajobraz, że stają się jego naturalną częścią. To nie są monumentalne pomniki, które dominują przestrzeń. To rzeźby, które wchodzą w dialog z otoczeniem: stoją w trawie, przy wodzie, w cieniu drzew. Są blisko ludzi, na wysokości oczu dziecka, na wyciągnięcie ręki.

Anna Dębska. Fot. FB/Anna Dębska
Anna Dębska. Fot. FB/Anna Dębska

Dębska miała niezwykłą umiejętność uchwycenia zwierzęcia w momencie, który jest jednocześnie codzienny i symboliczny: wilki są czujne, ale nie groźne; łanie – spokojne, ale gotowe do ruchu; źrebaki – delikatne, jakby dopiero uczyły się świata. To rzeźby, które nie narzucają się, ale zostają w pamięci.

W historii Parku Śląskiego często mówi się o architektach, urbanistach, dyrektorach, politykach. Rzadziej o artystach, a już szczególnie rzadko o artystkach. A przecież to właśnie one – takie jak Anna Dębska – sprawiły, że park jest czymś więcej niż układem alei, ścieżek i polan. Nie tylko miejscem obcowania z naturą, ale i ze sztuką.

Prace Anny Dębskiej są jednym z najpiękniejszych przykładów tego, jak sztuka może współtworzyć przestrzeń publiczną: nie dominować, nie pouczać, ale być obecna – cicho, konsekwentnie, z ogromną wrażliwością.

Dyrektorka zoo

W historii Parku Śląskiego są kobiety, które projektowały jego przestrzeń, rzeźbiły jego zwierzęta, walczyły o jego przetrwanie. A jest też Jolanta Kopiec – kobieta, która przez dwanaście lat prowadziła Śląski Ogród Zoologiczny z determinacją, wizją i spokojną konsekwencją. Pierwsza w Polsce dyrektorka zoo, wybrana w konkursie w 2008 roku, objęła placówkę w momencie, gdy jej przyszłość była niepewna, a lata zaniedbań dawały o sobie znać. To ona odwróciła ten trend. To za jej kadencji ogród przeszedł modernizację, która pozwoliła mu dołączyć do Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów – elitarnego grona, do którego nie trafia się przypadkiem, lecz dzięki realnym standardom opieki nad zwierzętami i jakości infrastruktury .

Wspominają ją jako osobę, która „z uporem walczyła o każdą inwestycję i o każde środki”, a jej dorobek widać w przestrzeni: nowe pawilony dla żyraf i nosorożców, przebudowane zaplecze akwarium, basen pingwinów, przekształcony pawilon ptaków z halą wolnych lotów i ekspozycją krokodyli. To nie były kosmetyczne zmiany – to była gruntowna przebudowa myślenia o zoo jako miejscu nowoczesnym, edukacyjnym i odpowiedzialnym.

W 2016 roku powiedziała słowa, które najlepiej oddają jej sposób działania:

„Nasz ogród zmienia się w miarę naszych możliwości. Ciągle wprowadzamy go w XXI wiek. Robimy to sukcesywnie i zgodnie z założonym planem. Mamy nadzieję, że ta tendencja utrzyma się również w przyszłości.”

To zdanie jest esencją jej pracy: bez fajerwerków, bez autopromocji, za to z konsekwencją, która realnie zmieniała rzeczywistość. Gdy w 2020 roku przeszła na emeryturę, zostawiła po sobie ogród nie tylko odnowiony, ale przede wszystkim – stabilny, nowoczesny i gotowy na kolejne dekady rozwoju. Zmarła w 2022 roku, w wieku 70 lat, ale jej ślad w Parku Śląskim jest trwały: to ślad kobiety, która nie bała się odpowiedzialności i która potrafiła zmieniać instytucję krok po kroku, zgodnie z planem, wbrew trudnościom, zawsze z myślą o zwierzętach i ludziach.

Jolanta Kopiec
Jolanta Kopiec

Strażniczka

W historii Parku Śląskiego są kobiety, które projektowały i ubogacały jego przestrzeń. Ale są też takie, które pilnują, by to, co powstało, nie zostało zniszczone. Elżbieta Mądry należy właśnie do tej kategorii: kobiet, które nie tyle tworzą park, ile strzegą jego sensu.

Od lat stoi na czele Stowarzyszenia Nasz Park – jednej z najstarszych i najbardziej konsekwentnych organizacji obywatelskich zajmujących się ochroną Parku Śląskiego. To stowarzyszenie powstało po to, by patrzeć władzy na ręce, pilnować finansowania, reagować na każdą próbę zawłaszczania przestrzeni publicznej. I obecnie to właśnie Elżbieta Mądry jest jego główną twarzą: spokojną ale nieustępliwą.

Jej aktywność nie ogranicza się do komentarzy w mediach. Mądry jest przewodniczącą Wojewódzkiej Rady Społecznej ds. Parku Śląskiego – organu doradczego, który ma być głosem mieszkańców w rozmowach z samorządem. To funkcja, którą powierza się osobom cieszącym się zaufaniem i autorytetem. Ona ten autorytet zdobyła nie deklaracjami, lecz wieloletnią pracą. W jej działaniach jest coś, co wyróżnia ją na tle wielu społeczników: ciągłość. Stowarzyszenie Nasz Park współtworzył jej mąż, Gerard Mądry. Po jego śmierci to ona przejęła stery, nie pozwalając, by organizacja zatraciła motywację i zapał. W pewnym sensie kontynuuje jego misję, ale robi to na własnych zasadach, własnym głosem, z własną determinacją.

W debatach o Parku Śląskim często ścierają się wielkie interesy: polityczne, biznesowe, inwestycyjne. Na tym tle Elżbieta Mądry reprezentuje coś, co bywa lekceważone, a co w praktyce okazuje się najtrwalsze – interes mieszkańców. Tych, którzy chcą mieć gdzie spacerować, gdzie oddychać, gdzie uciec od miasta. Tych, którzy nie mają lobbystów, ale mają prawo do zielonej przestrzeni.

Jej rola wydaje niepozorna, ale jest fundamentalna i w jakiś sposób symboliczna. Gdyby nie tacy ludzie jak ona, wiele decyzji dotyczących parku zapadałoby po cichu, bez społecznej kontroli. A Park Śląski – jak każdy duży teren publiczny – potrzebuje strażników. Elżbieta Mądry jest jedną z nich.

Nieodżałowana

Niewiele ponad rok po jej śmierci wciąż trudno mówić o Magdalenie Sekule w czasie przeszłym. Może dlatego, że zostawiła po sobie coś, co nie znika: ludzi, idee, sposób patrzenia na Park Śląski. W jej przypadku to właśnie on był przestrzenią, w której najpełniej objawiły się jej temperament, intuicja i wrażliwość.Jako żywy ekosystem relacji, w którym czuła się jak u siebie.

Magdalena Sekuła
Magdalena Sekuła

Była dziennikarką Dziennika Zachodniego, pełnomocniczką prezydenta Chorzowa, koordynatorką ds. dostępności w Szpitalu Kolejowym w Katowicach, współpracowniczką Fundacji Onkologicznej Rakiety. Ale to Park Śląski stał się jej miejscem – nie zawodowo, lecz emocjonalnie. Widziała w nim przede wszystkim ludzi: pracowników, wolontariuszy, spacerowiczów, seniorów, fotografów, rodziny. To oni byli jej krajobrazem. I to oni najczęściej mówią dziś o niej z czułością, bez patosu, ale z wdzięcznością.

To ona wymyśliła Parkową Akademię Wolontariatu – pomysł prosty, a jednocześnie rewolucyjny: aktywni seniorzy pomagają tym wycofanym. Dziś ta idea jest realizowana instytucjonalnie, ale jej źródło było jedno: Magda i jej przekonanie, że ludzie potrzebują siebie nawzajem.

Jej książka Krajobraz tworzą ludzie to jeden z najważniejszych współczesnych tekstów o Parku Śląskim. Tytuł – zaczerpnięty z podpisu pod zdjęciem z albumu z 1959 roku – jest małym arcydziełem. Prosty, a jednocześnie genialny. Oddaje jej sposób myślenia: park to nie tylko drzewa, ścieżki i architektura. Park to emocje, wspomnienia, praca, przywiązanie. Park to ludzie, którzy go współtworzą – od ogrodników po spacerowiczów.

W pracy – czy to w urzędzie, czy w szpitalu – była uważna na człowieka. Nie „od biurka”, ale w praktyce: w rozmowie, w pomocy, w drobnych gestach, które dla kogoś mogły być wszystkim. Odeszła młodo, w wieku 43 lat, ale zostawiła po sobie coś, czego nie da się zamknąć w rocznicowych formułkach: lekkość, która nie była powierzchowna; kreatywność, która nie była efekciarska; dobroć, która nie kończyła się na deklaracjach.

Jej Park – ten z książki, z Akademii Wolontariatu, z rozmów i pomysłów – wciąż istnieje. I wciąż jest tworzony przez ludzi. Tak jak napisała. Bo krajobraz naprawdę tworzą ludzie. A Magdalena Sekuła była jedną z tych, którzy potrafili go zmieniać na lepsze.

Brakujący rozdział

Ten artykuł to tak naprawdę tylko szkic. Historia kobiet współtworzących Park Śląski – od jego powstania przed ponad trzy czwarte już wieku po dzisiejsze, codzienne funkcjonowanie – jest dużo bogatsza i zasługuje na o wiele szersze potraktowanie. „Kobieca strona Parku Śląskiego” nie jest dodatkiem do „właściwej” historii, a jej brakującym rozdziałem. Rozdziałem, który nadal domaga się napisania. By dopełnić opowieści o miejscu, które powstało i istnieje nie tylko dzięki jednemu wizjonerowi o niepodważalnych zasługach (wszyscy wiedzą, kogo autor ma na myśli), lecz – między innymi – także dzięki wielu cichym bohaterkom. Park Śląski jest ich dziełem tak samo, jak jest naszym wspólnym dobrem. A pamięć o nich pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego warto o to dobro się troszczyć.

Jesien w Parku Śląskim

Może Cię zainteresować:

Jak akowcy i więźniowie kacetów budowali Park Śląski. Nieznana historia ludzi stojących za WPKiW

Autor: Tomasz Borówka

14/02/2026

Park slaski jesien 9

Może Cię zainteresować:

Park Śląski będzie obszarem chronionego krajobrazu? Społecznicy zbierają podpisy i tłumaczą, dlaczego to konieczne

Autor: Tomasz Borówka

06/03/2026

Największa część WPKiW nie powstała na hałdach, tylko na terenach rolniczych.

Może Cię zainteresować:

WPKiW powstał na samych hałdach i nieużytkach? To największy mit Parku Śląskiego. Skrzywdzono też ludzi

Autor: Tomasz Borówka

30/05/2025

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama