Z wilczym biletem w kieszeni budował mosty z nut i słów. Joachim Georg Görlich i partytura pojednania. Pisze Piotr Fuglewicz

Na mapie śląskich losów, która rzadko bywa czytelna i jednoznaczna, biografia Joachima Georga Görlicha kreśli linię szczególną. Nie jest to prosta kreska łącząca punkt narodzin z punktem śmierci, lecz skomplikowana sinusoida rozpięta między Odrą a Renem, między polskim buntem a niemiecką tęsknotą. W świecie, który żądał jasnych deklaracji i ostrych granic, on wybrał bycie pośrodku. W epoce wznoszenia murów, on uparcie komponował mosty – budowane nie z betonu, lecz z materii znacznie trwalszej: z dźwięków i słów.

Fotopolska.Eu/collage
Organy w kościele św. Bartłomieja w Glogówku

Urodzony 8 maja 1931 roku w Głogówku (Oberglogau), miasteczku, gdzie duch Beethovena wciąż błąkał się po zamkowych komnatach Oppersdorffów, Joachim Georg Görlich był dzieckiem pogranicza w najczystszej postaci. Jego dzieciństwo, naznaczone cieniem wojny i utratą ojca, inżyniera wojskowego, stało się preludium do życia w ciągłym napięciu między dwiema kulturami. Gdy w 1945 roku wrócił z matką do Głogówka, świat, który znał, przestał istnieć. W jego miejsce wlała się nowa, polska rzeczywistość, którą młody Joachim musiał nie tyle zaakceptować, co oswoić. I oswoił ją w sposób dla Ślązaka najbardziej naturalny – poprzez muzykę i edukację.

Jego śląska edukacja to podróż przez kolejne kręgi wtajemniczenia w lokalność: od szkoły zawodowej w Głogówku, przez tamtejsze liceum, po szkołę muzyczną w Prudniku. Ważnym, choć bolesnym akordem tej młodości stały się Katowice. To tutaj, w Liceum Muzycznym, zderzył się z bezwzględną machiną systemu. Wydalenie ze szkoły – ów niesławny „wilczy bilet” – było pierwszym sygnałem, że dla ludzi o niepokornych duszach w stalinowskiej Polsce brakuje miejsca. Jednak to Wrocław stał się sceną jego największego buntu.

Od odwilży do emigracji

Jako student Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej we Wrocławiu, Görlich nie zamknął się w wieży z kości słoniowej. Rok 1956, czas odwilży i nadziei, wciągnął go w wir historii. Pisał do opozycyjnej prasy studenckiej, demonstrował na ulicach, wierząc, że muzyka i wolność są awersem i rewersem tej samej monety. System odpowiedział brutalnie: procesem politycznym, wyrokiem w zawieszeniu i zakazem wykonywania zawodu. Dla młodego kompozytora i krytyka oznaczało to śmierć cywilną. Decyzja o emigracji w 1959 roku nie była ucieczką – była koniecznością ratowania własnego głosu.

Wyjeżdżając do Niemiec Zachodnich, do Haan pod Düsseldorfem, Görlich zabrał ze sobą bagaż, który dla wielu byłby balastem: polską żonę Krystynę, miłość do śląskiej ziemi i głębokie zrozumienie dla polskiej kultury. Zamiast stać się piewcą rewizjonizmu, co było łatwą drogą dla wielu wypędzonych, on wybrał rolę „budowniczego mostów”. Jego narzędziami stały się pióro i batuta. Jako dziennikarz prestiżowych pism – od „Die Welt” po „Neue Zürcher Zeitung” – tłumaczył Niemcom Polskę. Pisał o muzyce kościelnej, o wrocławskiej germanistyce, ale też nie bał się tematów trudnych, jak recepcja serialu „Holocaust” nad Wisłą.

Jego publicystyka była polifoniczna. Z jednej strony bronił praw mniejszości niemieckiej, z drugiej – na łamach paryskiej „Kultury” – polemizował z Juliuszem Mieroszewskim i bronił się przed oszczerstwami bezpieki PRL, która nie zapomniała o nim nawet za Żelazną Kurtyną. Figurował w indeksach osób niepożądanych, był śledzony, a jego twórczość analizowano w poszukiwaniu ukrytych szyfrów. To paradoks godny Mrożka: oficerowie SB doszukujący się spisku w partyturach symfonii.

Muzyka pojednania

Jednak to w muzyce Görlich znalazł najdoskonalszy język pojednania. Jego cykle koncertowe „Niemiecko-polskie impresje muzyczne” były czymś więcej niż wydarzeniami artystycznymi – były seansami terapeutycznymi dla dwóch narodów. Z uporem maniaka udowadniał, że kultura nie zna granic celnych. Przypominał Niemcom, że Stanisław Moniuszko czy Raul Koczalski czerpali z ich dorobku, a Polakom wskazywał na śląskich twórców, takich jak Michael Jary (urodzony w Laurahütte) czy Fritz Lubrich, jako na wspólne dziedzictwo.

W swojej twórczości kompozytorskiej – obejmującej blisko 70 opusów – Görlich wracał do korzeni. „Sonata górnośląska” czy „Górnośląska pieśń weselna” to nie były tylko tytuły; to były manifesty tożsamości. Do ich wykonania zapraszał młodych polskich artystów, tworząc przestrzeń spotkania, w której narodowość przestawała mieć znaczenie wobec piękna frazy. Jego inicjatywa upamiętnienia pobytu Beethovena w Głogówku tablicą pamiątkową była symbolicznym domknięciem koła – hołdem dla mistrza, ale i gestem przywracania pamięci miejscu, które go ukształtowało.

Pod koniec życia historia przyznała mu rację. Jego utwory rozbrzmiewały w Gliwicach i Kamieniu Śląskim, a on sam – niegdyś wygnaniec z wilczym biletem – odbierał tytuł Honorowego Obywatela Głogówka. Joachim Georg Görlich zmarł w 2009 roku, pozostawiając po sobie lekcję, że bycie Ślązakiem to nieustanna praca nad zszywaniem rozerwanych tkanek Europy. Był dowodem na to, że nawet z najtrudniejszej biografii, pełnej politycznych dysonansów, można stworzyć harmonijną kompozycję, w której polskość i niemieckość nie walczą ze sobą, lecz splatają się w kontrapunkcie pojednania. Jego życie to partytura, którą warto czytać wciąż na nowo, by zrozumieć, że mosty buduje się najtrudniej, ale to one trwają najdłużej.

Natasza Zylska

Może Cię zainteresować:

Natasza Zylska. Zapomniana gwiazda odwilży, której życie było dramatem XX wieku

Autor: Piotr Fuglewicz

09/01/2026

Jochann Sebastian Bach i Siemianowice

Może Cię zainteresować:

Piotr Fuglewicz. Fuga na żelbet i dwa życiorysy. Bachowie w cieniu śląskich kominów

Autor: Piotr Fuglewicz

30/01/2026

Drzeworyt Pawła Stellera Hałdy w Bogucicach, 1932

Może Cię zainteresować:

Piotr Fuglewicz: Paweł Steller – śląski Dürer z Obozu 503

Autor: Piotr Fuglewicz

15/11/2025

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama