Choć męska linia rodu lipskiego kantora wygasła w połowie XIX wieku, „krew geniusza” przetrwała w liniach bocznych. Kluczem do śląskiego rozdziału tej sagi jest syn kompozytora – Johann Christoph Friedrich Bach, znany jako Bach Bückeburski. Jego córka, Anna Philippine Friederike, poślubiając oficera Wilhelma von Colsona, wprowadziła muzyczne DNA w żyły pruskiej arystokracji urzędniczej. Ich potomek, Johann Christoph Friedrich von Colon, przeniósł to dziedzictwo na Górny Śląsk.
W tym miejscu historia traci dworski blichtr na rzecz twardego realizmu. Potomkowie rodu wtopili się w tkankę Laurahütte. Helena Leocadia von Colson, babka bohatera, stała się ogniwem łączącym wielką historię z codziennością osady robotniczej. Jeszcze bardziej wymowny jest los jej córki, Luise Huntemann, która na początku XX wieku prowadziła w Hucie Laura sklep z towarami kolonialnymi. Praprawnuczka Bacha ważąca cukier i kawę dla żon hutników – ten kontrast był tam codziennością.
W takiej atmosferze, 22 grudnia 1925 roku, urodził się Johann (Hans) von Colson. Choć miasto należało już wówczas do Polski, żywioł niemiecki był wciąż znaczny. Świadomość niezwykłych korzeni nie była w jego domu legendą – Johann poznał ją już jako siedmiolatek. Wiedza ta nie pchnęła go jednak ku konserwatorium. Wybrał politechnikę, jednak jego edukację przerwała wojna. Jego los podzielił losy górnośląskiej inteligencji technicznej: rok 1945 i przymusowe wysiedlenie stały się bolesną cezurą, a dyplom inżyniera zdobył już w nowej rzeczywistości.
Na zachodzie Niemiec von Colson nie żył przeszłością. Stał się jednym z budowniczych nowoczesnego Zagłębia Ruhry – regionu bliźniaczo podobnego do tego, który opuścił. Jego dorobek jest imponujący: od zakładów przemysłowych, przez realizację metra w Dortmundzie, aż po nadzór nad budową kampusu Ruhr-Universität w Bochum. Jest w tym ironia losu: potomek mistrza barokowej polifonii zamiast katedr dźwięku wznosił katedry nauki z betonu i szkła.
Siemianowicki bruk zrodził jednak swoisty kontrapunkt dla inżyniera von Colsona. W tym samym mieście, w rodzinie robotnika huty „Królewska”, urodził się Maximilian Jarczyk, znany światu jako Michael Jary. Jego niezwykłą drogę – od organisty w siemianowickim kościele św. Krzyża i tapera w lokalnych kinach, aż po status absolutnego króla europejskiego szlagieru – opisał Michał Jędryka w książce „Szlagier dla Hitlera”.
Urodzony w 1906 roku w Laurahütte artysta szlifował swój talent w Berlinie pod okiem mistrzów pokroju Arnolda Schönberga, by ostatecznie stać się autorem muzyki do ponad stu filmów. Podczas gdy von Colson reprezentował inżynierską powagę i ”arystokrację ducha”, Jary zawładnął wyobraźnią mas. Jego szlagiery nuciły całe Niemcy, a on sam lawirował między systemami – od salonów III Rzeszy po spotkania z Edwardem Gierkiem w PRL.
Zestawienie inżyniera budującego uniwersytety i kompozytora przebojów ukazuje ogromny potencjał kulturowy miejsca kojarzonego stereotypowo wyłącznie z węglem. Obaj wyszli z tego samego dymu, ale ich drogi rozeszły się diametralnie. Historię rodu von Colson ocaliły od zapomnienia badania genealogiczne (prowadzone m.in. przez Joachima Georga Görlicha). Fakty są ścisłe: Johann był potomkiem Bacha w siódmym pokoleniu w linii prostej, choć po kądzieli.
Johann von Colson zmarł 6 marca 2009 roku w Schwerte. Pozostał po nim beton uniwersytetów w Bochum i cicha opowieść o tym, jak geny lipskiego kantora przetrwały w cieniu hałd, by ostatecznie wmurować się w fundamenty zachodnioniemieckiego cudu gospodarczego. To dowód, że pod warstwą przemysłowej sadzy kryją się czasem najszlachetniejsze europejskie partytury.
Może Cię zainteresować:
Piotr Fuglewicz: Śląsk na godce nie ustoi. Czas na historię inżynierów
Może Cię zainteresować:
