"Czarne Morze" (gdzie zamówić - dowiesz się na stronie internetowej wydawnictwa Czarna Owca) to pierwsza powieść w dorobku Michała Śmielaka*, której akcja toczy się w Sosnowcu. Wspólnie z bohaterami „Czarnego Morza” odwiedzimy Kazimierz Górniczy, Ostrowy Górnicze, Plac Papieski czy Park Kuronia, a sosnowieckie Czarne Morze stanie się tutaj czymś więcej niż tylko tłem wydarzeń – to przestrzeń gęsta od tajemnic, przytłaczająca i niepokojąca.

Niepokorny komisarz Paweł Hardy zawalił najważniejszą sprawę w swojej karierze, pozwalając uciec seryjnemu mordercy znanemu jako Bestia z Zagłębia.
Gdy rok później pogrążonym w deszczu sosnowieckim Czarnym Morzem wstrząsa seria brutalnych zbrodni, Hardy dostaje szansę na odkupienie. Ktoś z zimną krwią morduje młode kobiety, a sposób działania sprawcy niepokojąco przypomina metody, które stosował Jan Kańczuga. Czy to możliwe, że Bestia znów wyruszyła na łowy? A może ktoś postanowił dokończyć jej dzieło?
Tajemniczy zabójca zdaje się rzucać Hardemu wyzwanie. Każda ofiara i każdy pozostawiony ślad prowadzą w jednym kierunku – do przeszłości komisarza i wydarzeń, które na zawsze naznaczyły jego życie.
Czy człowiek, który raz został wciągnięty w mroczną toń czarnego morza, zdoła kiedykolwiek wypłynąć na powierzchnię?
CZARNE MORZE, MICHAŁ ŚMIELAK
PROLOG
Było tu zimno, mokro i jakoś tak trupio. Gęste krzaki, mokre po całonocnych opadach wyciągały do nich nasączone wodą ramiona i próbowały wyssać choć gram ciepła, bo ileż można tak marznąć w deszczu? Buty ślizgały się na rozmokłej ścieżce, woda kapała z drzew i wpadała im za kołnierze. Słychać było jedynie plaskanie podeszew o maziste błoto, uderzenia mokrych gałęzi o ubrania, posapywania zmęczonych ludzi, co jakiś czas krótkie, acz soczyste przekleństwo. Kiedy kopuła zarośli na chwilę odsłaniała niebo, ukazywała wiszące nisko chmury, paskudnie ołowiane, i było wręcz pewne, że za chwilę znowu lunie jak z cebra i całe przedsięwzięcie trafi szlag.
– Mówiłem, żeby odwołać to gówno – warknął gościu z kamerą, jakiś świeżak.
Komisarz Paweł Hardy w ogóle go nie kojarzył. Szczyl miał na sobie pachnącą nowością kurtkę i takie same buty, na które pewnie wydał więcej, niż policjant zarabia w miesiąc. W niczym mu to nie pomagało, ślizgał się po nierównej ścieżce jak pozostali.
– Zamknij się – rzucił krótko ktoś z tyłu.
– Daleko jeszcze? – zapytał Paweł i szarpnął za kajdanki, którymi był spięty z oskarżonym.
Ten zatrzymał się i spojrzał komisarzowi prosto w oczy. Razem z nimi stanęła cała kolumna, którą prowadził jakiś policjant w mundurze, a zamykało kilku innych funkcjonariuszy, pani prokurator i ten pieprzony kamerzysta.
Mężczyzna złączony łańcuchem z komisarzem Hardym nie odzywał się, taki miał zwyczaj: najpierw patrzył rozmówcy w oczy, jakby chciał wszystko przekazać siłą umysłu, a dopiero potem mówił. Paweł, podczas jednego z przesłuchań, wpatrując się w niego przez weneckie lustro, zmierzył czas tych nieznośnych pauz i wyszła mu minuta na każdą. Zupełnie jakby facet miał w głowie stoper i dopiero po sześćdziesięciu sekundach odmierzonych gdzieś za tymi wodnistymi oczami mógł coś powiedzieć. Teraz także nieznośnie mijała minuta wymuszonej ciszy z sapiącymi mężczyznami i wodą kapiącą z liści w tle.
– Prawie jesteśmy – powiedział w końcu, nie kryjąc satysfakcji z tego, że urządził im spacer, którego długo nie zapomną.
– Nie dziwne, że nikt nie znalazł tych ofiar – skomentował gościu z kamerą. Widocznie był strasznym gadułą i Hardy już go nie lubił.
Najwięcej gadają ci, co mają najmniej do powiedzenia, taką wyznawał zasadę. Ruszył dalej w drogę, szarpnąwszy za kajdanki, co uruchomiło pozostałe plaśnięcia, szurania i głośne sapnięcia. Mokre gałęzie uderzały w nich, jakby poklepywały ich po plecach dla zapewnienia, że dobra robota, że już niedaleko, dadzą radę.
Wyszli w końcu na polanę wielkości dwóch boisk do siatkówki, ściśle otoczoną zieloną ścianą mokrych zarośli wysokich na trzy, a może i cztery metry. Na jej środku leżała sterta starych desek i kawałków drewna sięgająca dorosłemu człowiekowi do piersi. Jednocześnie pasowała do tego miejsca i nie pasowała. Z jednej strony zdawała się być na miejscu, bo i sama polana jawiła się jako zakątek, który powstał tylko po to, aby nikt nie musiał tu nigdy zaglądać. Z drugiej – kto i po jaką cholerę gromadził tutaj stare deski? Może chciał coś zbudować?
– To tutaj? – zapytał kamerzysta.
Hardy szarpnął za łańcuch kajdanek, spięty z nim mężczyzna najpierw spojrzał na niego w ten swój denerwujący sposób, a potem na pytającego, przez co przykuł go wzrokiem na swoje niezmienne sześćdziesiąt sekund. Zdawało się, że gówniarz wytrzyma, ale nie, w oczach mężczyzny było coś takiego, czego zwyczajny człowiek nie mógł zdzierżyć, pojedynek był z góry skazany na przegraną. Hardy kiedyś zdefiniował to jako uczucie podobne do tego występującego podczas oglądania horroru, gdy ofiara wspina się po tonących w mroku schodach na piętro, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że tam czeka morderca i że nie dożyje finału tego filmu. Mimo to się wspina. A widz napełnia się właśnie takimi emocjami, napięcie tuż przed nagłą zmianą akcji staje się tak nie znośne, że oglądający zamyka oczy albo odwraca głowę, czasem chowa ją pod koc, bywa, że zatrzymuje film. Tak, wpatrywanie się w oczy tego człowieka było jak oglądanie brutalnego i nieznośnie brudnego filmu grozy.
– Tak, to tutaj – odpowiedział po minucie skuty z nim mężczyzna.
– Gdzie? – zapytał Hardy.
– Pod deskami. Tam jest dziura w ziemi. Sztolnia. Głęboka.
– I niby za każdym razem odwalałeś te dechy, żeby wrzucić do środka ciało? – nie dowierzał policjant.
– Dekoracja – wyjaśnił mężczyzna.
– Co?
– To tylko dekoracja, jak sklepowa wystawa, która zachęca lub zniechęca. Ta miała zniechęcić.
– Do czego?
– Do grzebania.
– W tej stercie?
Mężczyzna tylko rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: „Czego tu nie rozumieć? Przecież wszystko jest jasne”.
– Zaczynamy? – zapytał natarczywie znudzonym głosem kamerzysta, niczym dziecko mające dość podróży po pięciu minutach od wyruszenia w drogę.
Hardy westchnął. Mógł sobie odpuścić tę setkę wódki po śniadaniu, ale czuł się tak źle, że nie potrafił utrzymać kubka z kawą. Tłumaczył sobie, że już po wszystkim, dorwał Jana Kańczugę, przez media nazwanego Bestią z Zagłębia, wsadził go za kratki, wziął udział w setkach godzin przesłuchań, gromadzeniu materiału dowodowego, analizie jego morderstw. Pozostało tylko przeżyć wizję lokalną i po sprawie, będzie mógł wziąć się za siebie, przestanie chlać, poprosi o przeniesienie za biurko, zacznie biegać, pójdzie na siłownię. Za dużo przez te dwa lata przeżył, zbyt mocno wszedł w skórę tego maniaka, co przypłacił alkoholizmem. Szybkim, gwałtownym niczym burza. Jednego dnia wódki odmawiał, nienawidził jej smaku, drugiego już go do niej ciągnęło. Zdawał sobie z tego sprawę i chciał wyjść z alkoholowego marazmu. Tylko jeszcze ta ostatnia wizja lokalna.
– Komisarzu? – Kamerzysta spojrzał w jego stronę.
– Pani prokurator? – Hardy przekazał pytanie do Justyny Potomnej.
Nie lubił jej, podobnie jak wszyscy policjanci. Zasadnicza, trzymała się kodeksów bez cienia zrozumienia dla ludzi, którzy musieli dbać o ich przestrzeganie. Zastanowił się, czy był na świecie ktokolwiek, kto ją darzył sympatią. Te zacięte i wąskie usta, wiecznie zmrużone, rozbiegane oczy, jakby szukała nieosłoniętego miejsca na twoim ciele, w które może wbić szpilę. Była piękną kobietą i to zmyliło zarówno wielu oskarżonych, jak i policjantów. Blondynka, mająca wszystko na miejscu, jak mawiali chłopaki na komendzie, oczywiście oprócz choć odrobiny dobra, ciepła czy zrozumienia, które chyba ktoś odebrał jej zaraz po narodzinach. Może wisiało na jakiejś osobnej pępowinie i lekarz, nie wiedząc, z czym ma do czynienia, postanowił to po prostu odciąć. Takim człowiekiem się nie zostaje, takim trzeba się urodzić.
– Jedziemy z tym – odparła ze skrzywioną miną, wkładając rurkę parasola między policzek a ramię, po czym wyjęła z torebki cienkiego papierosa. – Proszę zaczynać.
Rozstawili się na polanie bez słów. To była już trzecia wizja lokalna z Janem Kańczugą i kolejne miejsce, w którym ukrywał zwłoki. Do tej pory wskazał im, skąd porywał dziewczyny, potem polanę, na której je zakopywał. Znaleźli dokładnie trzynaście ciał. Same młode kobiety, wszystkie bez wyjątku piękne przed śmiercią, bestialsko okaleczone tuż po niej.
Zdziwiło ich, kiedy po zakończeniu ostatniej zaplanowanej wizji oznajmił, że to nie koniec, że jeszcze coś dla nich ma. Było więcej niż trzynaście ofiar? Bali się, że taka informacja po wypłynięciu do mediów może zachwiać kilkoma stołkami w policji.
– Kręcimy? – zapytał gówniarz z kamerą tonem, który zadziałał na Hardego niczym mimowolny skurcz mięśnia zaciskający dłoń w pięść.
Kamerzysta był z nimi pierwszy raz, a Hardego nie interesowało, co się stało z poprzednim. Liczyło się tylko to, co im teraz pokaże Kańczuga, a potem setka wódki miętowej czekająca w samochodzie. Chwilę później koniec sprawy i ze dwa tygodnie urlopu. Nigdy więcej alkoholu i Potomnej. Podobno miała awansować na jakiś ministerialny stołek. I bardzo, k**wa, dobrze.
Sześciu mundurowych rozstawiło się wokół polany, co zarówno utworzyło bufor ochronny przed jakimkolwiek zagrożeniem z zewnątrz, jak i uniemożliwiło ucieczkę aresztowanemu. Na czas nagrywania odpinano mu kajdanki, żeby dokładnie zilustrował, co robił z ciałami, jak je chował, po to, aby potwierdzić zeznania i wykluczyć wszelkie wątpliwości. On zaś chętnie opowiadał, wszystko pokazywał, co najmocniej radowało panią prokurator, która nie będzie musiała się specjalnie przemęczać w sądzie.
Komisarz stał najbliżej Kańczugi, inny funkcjonariusz podawał manekina, na którym oskarżony prezentował swoje działania. Byli jeszcze kamerzysta, fotograf, prokuratorka oraz dwóch kolegów z wydziału kryminalnego, którzy wspomagali akcję. Do tego kilku mundurowych z prewencji. Wielu ojców jego ofiar chciało wymierzyć sprawiedliwość własnoręcznie, obstawa była konieczna, chociaż dziś najwyraźniej zbyteczna. Kto by się tutaj zapuszczał i po jaką cholerę?
Hardy zdjął kajdanki z nadgarstka Kańczugi i od szedł kilka kroków, aby nie stać w kadrze. Pani prokurator beznamiętnym głosem wyrecytowała formułkę dotyczącą miejsca, oskarżonego oraz celu wizji lokalnej, chowając zapalonego papierosa za plecami.
Morderca delikatnie rozmasował nadgarstek, po czym zadarł głowę i spojrzał w niebo, jakby przeczuwał, że zaraz spadnie deszcz. Szczupły facet koło pięćdziesiątki z twarzą wymęczonego robotnika budowlanego, niechlujnie ogoloną, ogorzałą od słońca. Wyglądał dużo starzej, przez co zdawał się całkowicie niegroźny. Jego postura myliła, bo pozornie chudy miał silne ręce i twarde mięśnie nabyte przez lata pracy fizycznej. A może regularnie ćwiczył? Tego nikt nie wiedział, bo on sam był całkowitą zagadką. Nie udało się ustalić ani jego prawdziwej tożsamości, ani daty urodzenia. Cudowna sprawa dla mediów. On po prostu przedstawił się im na pierwszym przesłuchaniu jako Jan Kańczuga. Jego twarz także była pułapką, mogła ilustrować strajkującego rolnika, górnika tuż po szychcie, człowieka ludu, przez co idealnie maskowała ponadprzeciętną inteligencję.
– Dajesz, Janek – zachęcił mordercę do działania podkomisarz Edward Kostecki. – Bo nam z zimna dupy odpadną.
Był to fachowiec z długim stażem w sosnowieckim wydziale kryminalnym. Wiedział, że mówienie do mordercy po imieniu strasznie go denerwuje, a on lubił grać mu na nerwach.
Kańczuga postał chwilę bez ruchu, jakby chłodne powietrze go zamroziło, przeniósł wzrok na Kosteckiego, po czym ponownie podniósł głowę i spojrzał w zasnute ołowianymi chmurami niebo. Zdawał sobie pewnie sprawę, że to jego ostatnie chwile poza murami więzienia.
* Michał Śmielak
Jeden z najciekawszych polskich autorów kryminałów. Opublikował dotąd kilkanaście samodzielnych powieści w kilku cyklach (m.in. Osada, Wilcza chata, Regiel, Śnieg przykryje) oraz jedną wspólnie z Mieczysławem Gorzką pt. Cienie dawnych grzechów. Uwielbia osadzać akcję swoich książek w górach, małych społecznościach i przyprawiać je szczyptą mroku i strachu. Bohaterami powieści są często zwyczajni ludzie postawieni w niezwyczajnych sytuacjach, przez co czytelnik staje przed pytaniem: „Jak postąpiłbym w obliczu zagrożenia?”.
Fascynuje się polską demonologią ludową, lokalnymi wierzeniami, tradycjami i kulinariami, co ma odzwierciedlenie w jego książkach. Jest wielkim miłośnikiem wolności, którą odnajduje na górskim szlaku, za kierownicą motocykla, a najczęściej podczas pisania kolejnej powieści.
Może Cię zainteresować:

