Kilka tygodni temu, z okazji Wszystkich Świętych, podjąłem się tematu związanego z zabytkowymi nagrobkami na Śląsku. Pisałem wtedy szerzej o tym, co stało się z chrześcijańską rzeźbą nagrobną, oraz zahaczyłem o temat cmentarzy żydowskich. Dzisiaj jednak to nad nimi pochylimy się z osobna.
Dowiecie się więc:
- ile jest tego typu nekropolii,
- dlaczego są w takim stanie,
- czemu się ich nie likwiduje,
- jak można je rewitalizować (i jak się to robi),
- dlaczego państwo Izrael nie jest odpowiedzialne za zachowanie górnośląskiego dziedzictwa.
Ile jest cmentarzy żydowskich?
Na terenie byłej rejencji opolskiej udało się dotychczas zidentyfikować aż 58 cmentarzy żydowskich. Z tej liczby 2/3 obiektów posiada do dziś – w większej lub mniejszej części – zachowaną rzeźbę nagrobną. Większość z nich powstała w XIX wieku, gdy król pruski swoim tzw. edyktem emancypacyjnym (1812 r.) nadał ludności żydowskiej prawa obywatelskie wraz ze swobodą osadniczą, którą żydzi na Śląsku wcześniej nie dysponowali. Ponadto prawo pruskie zakazało przewozu zwłok na odległość większą niż jedną milę (ok. 7,5 km), co oczywiście wpłynęło znacznie na zakładanie cmentarzy.
Swoją drogą, okres od wojen napoleońskich do końca I wojny światowej to złoty wiek w historii górnośląskich żydów. Społeczność ta dokonała wtedy pełnego akcesu do społeczeństwa górnośląskiego, a zwłaszcza do jego mieszczaństwa, które to było w zasadzie niemieckojęzyczne. Proces integracji był niemalże pełny, co skutkowało tym, że żydzi na Górnym Śląsku przyjmowali w większości tożsamość Niemców bądź Ślązaków wyznania mojżeszowego, traktując judaizm jako swoją identyfikację religijną, a nie etniczną.
Wróćmy jednak do cmentarzy. Stan ich zachowania jest różny. Czasem, jak w Gliwicach obok dworca kolejowego, odsetek zaginionych nagrobków nie przekracza kilku procent. Innym razem, jak w Sośnicowicach, ostało się półtora macewy oraz przyziemne partie nagrobków. Przeważnie jednak kilkadziesiąt procent nagrobków (zwanych z hebrajskiego macewami) zostało skradzionych w latach powojennych.
Natomiast dewastacje bądź likwidacje w okresie narodowego socjalizmu stanowiły do tego stopnia pojedyncze ekscesy, że nie minie się z prawdą ten, kto stwierdzi, że cmentarze żydowskie na Śląsku w okresie nazizmu zasadniczo nie ucierpiały. Z kolei około 1/3 cmentarzy została zlikwidowana czasach Polski Ludowej, a dokładniej rzecz biorąc - usunięto z nich nagrobki, pozostawiając zmarłych na miejscu.
Dlaczego cmentarze są w takim stanie?
Powodów jest wiele, ale przede wszystkim trzeba wskazać Holokaust. Gros górnośląskich żydów zostało zamordowanych w czasie II wojny światowej, a ci, którzy ocaleli, w większości wyemigrowali. Ci, którzy pozostali, zwykle odeszli od wiary przodków, a tych, którzy nadal określają się jako żydzi górnośląscy, jest zbyt mało, aby mogli samodzielnie zadbać o wszystkie cmentarze.
Drugim ważnym problemem jest to, że kamieniarze w okresie PRL-u pozyskiwali z przedwojennych cmentarzy materiały na przeróbki, co opisałem we wspomnianym już artykule. Do tego musimy dodać jeszcze akty wandalizmu oraz działania samorządów dążących do likwidacji nekropolii. Poza tym mamy różnorodną strukturę własnościową: właścicielem części obiektów jest Gmina Wyznaniowa Żydowska w Katowicach, której najzwyczajniej w świecie nie stać na pielęgnację takiej liczby cmentarzy (aktualnie w obrębie gminy jest więcej cmentarzy niż członków), a pozostałe należą do Skarbu Państwa, względnie do samorządów, które przez wiele lat nie garnęły się do dbania o te miejsca pochówku.
Wszystko to razem doprowadziło do sytuacji, w której cmentarze były nieodwiedzane, rozkradane i niszczone przez przyrodę. Choć stan ten się zmienia, zdążył już zbudować pewien mit.
Mit: o cmentarze żydowskie nie można dbać
O tym, że na cmentarzach żydowskich nie można nic robić pewnie słyszeliście. Przewróciło się? Niech leży. Zniszczyło się? Taka wola boża. Rozkradziono? Trudno.
Mit ten z jednej strony bierze się z obserwacji stanu zachowania cmentarzy, ale z drugiej – próbuje niezdarnie odwoływać się do tradycji judaizmu. I chociaż wielu coś dzwoni, tak nie wiadomo, w którym kościele. Po pierwsze: w judaizmie obowiązuje nienaruszalność pochówków, ze względu na to, że miejsca na cmentarzach rodzina wykupuje na zawsze, zamiast dzierżawić je czasowo, jak w przypadku chrześcijan. I ten prosty fakt jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego nie likwiduje się nieopłacanych grobów, nawet jeśli nie ma już rodziny pochowanych. A wszystkim, którzy czują się w tym wypadku poszkodowani (w tym, w sumie, ja też), polecam renegocjacje regulaminów funkcjonowania swoich cmentarzy.
Po drugie: faktycznie istnieje prawo religijne zakazujące też pełnej likwidacji starych nagrobków. W przypadku budowy nowego pomnika należy wykorzystać poprzedni jako budulec, np. jako fundament. Ale znowu – to nijak nie przeszkadza w dbaniu o nekropolię; to raczej symboliczny gest, który ktoś opatrznie zrozumiał myśląc, że nie wolno prowadzić napraw i rekonstrukcji. Dlatego też można prowadzić akcje naprawcze, jedyne na co trzeba uważać, to żeby nie naruszyć szczątków w ziemi.
Po trzecie: urósł mit, jakoby żydzi w ogóle nie interesowali się swoimi cmentarzami. Pomijając już wszystko, co wcześniej opisałem, bazuje on na wykładni religijnej, która faktycznie przywiązuje mniejszą wagę do nekropolii niż chrześcijaństwo. Mowa tu jednak tylko i wyłącznie o rozważaniach teologicznych, które zawsze będą słabsze niż ludzka potrzeba pójścia na grób swojego rodzica. Niezależnie od wyznania. Bo tam gdzie zostały rodziny pochowanych, tam widać ślady ich obecności.

Pół życia na cmentarzu
Skoro już wiemy, że o cmentarze można jednak dbać, przejdźmy do przyjemniejszej części artykułu – do cmentarników, bo tak nazywamy społeczników dbających o historyczne nekropolie. Prekursorem tego typu działań w województwie śląskim jest Wojtek Mszyca, który w swoich rodzinnych małopolskich Żarkach zaczął dbać o cmentarz ponad 30 lat temu. Swoją drogą, to obiekt, na którym znajdowały się pojedyncze nagrobki wykonane z żeliwa, odlane w pobliskiej hucie.
Z kolei na Górnym Śląsku cmentarze zyskują opiekunów od lat 90. ubiegłego wieku. W Zabrzu pionierem był Dariusz Walerjański, który zajął się tamtejszą nekropolią, natomiast w Tarnowskich Górach akcje koszenia koordynowała Tarnogórska Fundacja Kultury i Sztuki. Przełomem okazały się działania na cmentarzu pszczyńskim, rozpoczęte w 2005 roku przez Sławka Pastuszkę. To obecnie najlepiej zadbany obiekt w regionie (nawiasem mówiąc, trwa tam remont dachu domu przedpogrzebowego, na który budynek i Sławek czekali od lat), a jego gospodarz koordynuje i konsultuje większość prac porządkowych na górnośląskich cmentarzach żydowskich.
Jednak to ostatnia dekada przyniosła nam najwięcej działań na rzecz ratowania żydowskich cmentarzy i możemy śmiało powiedzieć, że tak dobrze nie było w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat. Czynne cmentarze, jak te w Katowicach czy Bytomiu, zaczęły być regularnie wykaszane i porządkowane. Na tym pierwszym ruszyła renowacja nagrobka Ignatza Grünfelda – jednego z budowniczych Katowic. Grobowiec ten zawalił się po tym, jak złomiarze wyrwali z niego części wspierające konstrukcję. W Mikołowie, dzięki dotacjom z Polskiego Ładu, udało się z kolei ustawić kilkadziesiąt nagrobków w nowej części cmentarza, a prace inwentaryzacyjne przyczyniły się do odsłonięcia niemal trzech setek piaskowcowych macew. W Miasteczku Śląskim czy Sośnicowicach udało się odsłonić cmentarze, które były niewidoczne przez lata. Prace inwentaryzacyjne objęły większość nekropolii, a akcje porządkowe - kilkadziesiąt cmentarzy w ciągu ostatnich 10 lat.
Ale nie tylko prace renowacyjne są warte wspomnienia. Jasne: umyte, sklejone i ustawione nagrobki robią wrażenie, zwłaszcza jak świecą się złotymi napisami, a wszystko dookoła jest wykoszone. To powiedziawszy, warto wspomnieć o nieco innych inicjatywach, a mianowicie o zwiedzaniu cmentarzy. W Katowicach, Tarnowskich Górach, Zabrzu, Pszczynie czy Gliwicach odbywają się regularne spacery. Przy czym na tym ostatnim cmentarzu tamtejszy opiekun, Seweryn Botor, co roku organizuje dodatkowo obchody Dnia Weterana, gdy oprowadzanie łączy się z wystawami.

Pomysłów, co zrobić z cmentarzami, jest wiele. Niektóre koncepcje zakładają, aby stały się one swoistymi ogrodami pamięci, w których dba się o zastaną tkankę, zapobiegając dalszym zniszczeniom, ale jednocześnie nie prowadząc pełnej renowacji. Inni ograniczają prace do pielęgnacji zieleni. W jeszcze innych przypadkach trwają wspomniane renowacje w postaci mycia i naprawy nagrobków. Nie sposób nie wspomnieć też o muzeum działającym w domu przedpogrzebowym na nowym cmentarzu żydowskim w Gliwicach.
Jednak stan nekropolii dyktuje też pewne warunki, o czym nie można zapominać. Ze względu na ostatnie 80 lat musimy pamiętać, że przyroda i zwierzęta, które zamieszkały na cmentarzach, również mają prawo do swojego domu w tym miejscu. Dlatego coraz więcej koncepcji zakłada, że wraz z pracami naziemnymi zapewnia się kadubki dla ptaków, ule dla owadów i domki dla jeży.
Dlaczego to robią?
Jeżeli zapytać jakiegoś cmentarnika, dlaczego robi to, co robi, będzie długo myślał nad odpowiedzą albo powie, że nie wie. Ci ludzie przede wszystkim kierują się potrzebą sprawczości i działania na rzecz wspólnoty lokalnej. Tej minionej, jak i obecnej.
Zanim pochylimy się nad tym, czyje dokładnie jest dziedzictwo cmentarzy, warto sobie powiedzieć, jakie wymierne korzyści mamy z ich renowacji. Po pierwsze: wiedza. I to cholernie dużo wiedzy. Dzięki temu, że na cmentarzach żydowskich nie likwiduje się grobów, mamy możliwość przyjrzenia się śląskiemu rzemiosłu kamieniarskiemu od wieku XVII do współczesności. I tak, ktoś teraz powie, że przecież chrześcijanie macew nie stawiali – i będzie miał rację. Ale uprzedzając: żydzi nie korzystali tylko z żydowskich kamieniarzy, a chrześcijanie z chrześcijańskich. Fach był jeden i tylko pracując na cmentarzu, jesteśmy w stanie poznać tamten świat.

Po drugie: same nagrobki są nośnikami informacji w sposób podwójny. Treść to oczywiście świadectwo istnienia danego człowieka, ale materiał, z którego wykonany jest nagrobek, świadczy o zamożności rodziny zmarłego, a w szerszym kontekście – całej społeczności. Informacje, jakie jesteśmy w stanie pozyskać przekraczają możliwości archiwów. Po trzecie: każdy cmentarz jest unikatowy i nie ma dwóch identycznych, przez co nie możemy ograniczyć się do zachowania tylko kilku pokazowych obiektów.
Po czwarte: ze względu na chrześcijański system dzierżawczy trochę nie mamy wyboru. Albo dbamy o cmentarze żydowskie, albo nie mamy zabytkowych nagrobków, bo to właśnie macewy stanowią na Śląsku większość przedwojennych nagrobków. No chyba, że ktoś lubi świat bez historii.
Czyje to dziedzictwo?
Ilekroć wokół cmentarzy podnosi się burza, pojawia się kilka pytań od oburzonych komentatorów. Dlaczego pochówków się nie likwiduje – już wiemy. Tak samo wiemy, że niektóre cmentarze są pod kuratelą samorządów, a Gmina Wyznaniowa Żydowska nie jest w stanie samodzielnie odnowić zaniedbanych i zdewastowanych obiektów. W czasach gdy 56 cmentarzy było czynnych, żydzi na Górnym Śląsku stanowili średnio od 1,5% do 2% ludności, przy czym zdarzały się miejsca, gdzie odsetek ten był o wiele większy. Zakładając jednak, że żydzi nadal stanowiliby 1,5% ludności Górnego Śląska, mówilibyśmy dziś o przedziale 60–70 tysięcy wiernych. Tymczasem Gmina Wyznaniowa Żydowska w Katowicach liczy dziś niecałe sto osób i w dodatku w większości w podeszłym wieku.
Pojawiają się jednak głosy, że to państwo Izrael powinno łożyć na renowację nekropolii, z czym muszę się stanowczo nie zgodzić. Po kolei. Po pierwsze: Izrael nie jest zainteresowany znacznym dotowaniem europejskich społeczności żydowskich, gdyż jego celem jest jednak zapewnienie Żydom domu na Bliskim Wschodzie. Ale pomijając politykę tego państwa (o której można dyskutować), musimy przypomnieć, że żydzi górnośląscy zmarli przed 1948 rokiem obywatelami Izraela być nie mogli. W dodatku to też nie jest tak, że każdy pochowany Górnoślązak wyznania mojżeszowego ma prawnuka w Izraelu. Wydaje się, że jeśli mielibyśmy już tak liczyć, to jednak Niemcy, Australia i Ameryka były częstszym miejscem emigracji. Ale to i tak nie ma znaczenia
Tutejsi żydzi należeli do społeczeństwa śląskiego i byli jego aktywnymi członkami. Nie izolowali się, nie mieszkali na swoich osiedlach, nie wyróżniali się ubiorem. Trudnili się uczciwymi fachami i wbrew obiegowej opinii nie żyli z lichwy. Ta była z kolei nielegalna w Prusach przez większość XIX wieku, w przeciwieństwie do dawnej i obecnej Polski, w której dziś banki oferują lichwy, nazywając je kredytami hipotecznymi.
Cmentarze żydowskie na Górnym Śląsku to po prostu nasze, śląskie dziedzictwo. Tyle i aż tyle. Żydowska nekropolia nie jest mniej śląska niż chrześcijańska czy komunalna. Ba, zaryzykuję stwierdzenie, że pochowani tam prędzej nazwaliby się Ślązakami niż górnośląscy nobliści. A w dodatku każdy cmentarz jest świadectwem śląskiej sztuki grzebalnej i dziełem lokalnej społeczności.
Dlaczego "żyd" z małej litery?
Nie sposób nie zakończyć drobnym apendyksem. Po pierwsze: część informacji zaczerpnąłem ze świeżutkiej książki „Cmentarze żydowskie na Górnym Śląsku. Socjologiczno-historyczne refleksje nad dziedzictwem kulturowym niemieckich Żydów” autorstwa Marcina Dębickiego, Ireny Kurasz i Sławomira Pastuszki. Jest to pierwsza pozycja, która tak szeroko opracowała tę część naszej historii.
Po drugie: chciałbym zaznaczyć, że celowo pisałem w tekście
słowo „żyd” małą literą, w myśl zasady, że nazwy wyznań
zapisujemy od małej – tak jak katolik i ewangelik. Bo o ile w
przypadku Żydów polskich faktycznie mówimy o mniejszości
etnicznej (oraz religijnej), tak w przypadku Górnego Śląska
większość żydów zapewne rozumiała swoją tożsamość religijną
jako równoległą względem etnicznej czy narodowej.
Może Cię zainteresować:
Rodzina Czwiklitzer z Mokrego. Historia kilku pokoleń górnośląskich przedsiębiorczych Żydów
Może Cię zainteresować:
