Czas na drugą wycieczkę Metrorowerem, zwłaszcza że poprzednia (do Siewierza) okazała się bardzo fajna a ja wciąż nie kupiłem własnego sprzętu po tym, jak poprzedni rower mi skradziono. Pomysł jest taki – pojechać tym razem za granicę (na Śląsk) i tam – już na Metrokole – zobaczyć, czy faktycznie tak źle w tych Mysłowicach jak się mówi. Jak pewnie niektórzy z Was zauważyli – inaczej niż większość ludzi – na wycieczki wolę porę popołudniowo-wieczorną więc i tym razem pojechałem tam na koniec dnia.

Metrorower GZM czyli rower / koło na czas przez apkę
O swoich perypetiach z początkiem korzystania z Metroroweru pisałem w reportażu ze wspomnianej wycieczki do Siewierza, zatem tylko krótko przypomnę jak to działa. Z systemu roweru metropolitalnego możemy skorzystać używając jednej z dwóch aplikacji:
- NextBike
- Metrorower GZM.
Zdecydowanie
polecam tę pierwszą. Przede wszystkim dlatego, że działa nie
tylko u nas, ale we wszystkich miastach Europy, w których system
wypożyczania rowerów obsługuje NextBike. Znajomość takiej apki
może się zatem przydać także gdzie indziej. Druga apka – Metrorower
GZM – działa tylko w rejonie Górnośląsko-Zagłębiowskiej
Metropolii, ale nie jest
przewidziana na starsze telefony (na przykład mój 6-letni telefon jest już dla niej za stary). Aplikacja NextBike instaluje się na taki „stary”
telefon bez problemu i wszystko działa jak powinno.
Warto przygotować pierwsze użycie wcześniej na spokojnie. Po instalacji
trzeba się zalogować, następnie potwierdzić rejestrację i doładować konto przynajmniej 10 zł lub określić
sposób samoczynnego doładowywania się – jest do wyboru kilka
metod. Potem już tylko albo zeskanować kod QR z naklejki na mostku kierownicy albo wpisać go w aplikacji ręcznie. Blokada się zwalnia i rower jest do naszej dyspozycji.
Początek wycieczki na Metrorowerze
Tym razem pożyczam rower na jednej z licznych stacji w swoim mieście – blisko domu rodzinnego Jacka Cygana na Niwce. Dalej przez Modrzejów, gdzie znajduje się Rynek. Tak, w Sosnowcu jest Rynek – od 1915 roku, kiedy wchłonął to znacznie starsze od siebie miasteczko. Stąd już jest rzut beretem do najbardziej chyba znanego z kilkudziesięciu mostów cudów. Choć tak naprawdę to nie jest ten prawdziwy, gdyż obecny obiekt ukończono w 2006 roku po kilkunastu latach budowy i bezczynności. Tak – bogate i wspaniałe w dawnych czasach Mysłowice już od późnego PRL mierzą się z kłopotami, które widać gołym okiem do dziś, zaś niekończąca się budowa tego mostu pasowała do całego obrazu bardzo dobrze. Poprzedni stał obok i rozebrano go po ukończeniu obecnego. Zresztą tamten poprzedni też nie był wcale pierwszym w tym miejscu.

Rajza po Mysłowicach na Metrokole
Po przekroczeniu Czarnej Przemszy przybysze zza granicy są witani pomysłowym znakiem, który wielością kolorów zdaje się zacierać ponure wrażenie, jakie do niedawna towarzyszyło przybywającym do Mysłowic. Fajne! Aby zjechać z mostu i ulicy Krakowskiej, które stanowią fragment drogi krajowej, trzeba skręcić w prawo. Ponieważ chcę jechać w lewo, muszę objechać pętelkę pod mostem, co jest akurat sprytnie wymyślone. Są: jezdnia, chodnik i droga dla rowerów. Tam, na filarach, ktoś pomyślał nawet o tablicy upamiętniającej oddanie mostu do użytku. Łącznica wiedzie wprost na zabudowania starego miasta. Skręcam w lewo, przez plac Wolności do ulicy Strażackiej. Tam od razu rzucają się w oczy zaniedbane, czasem opuszczone budynki, wśród których widać i takie, które kiedyś musiały wyglądać naprawdę wystawnie.

Dawne bogactwo Mysłowic – trudno dostrzec, lecz widać, kiedy się dobrze przyjrzeć
To podupadłe nieco otoczenie sąsiaduje z okazałym budynkiem Urzędu Miasta, co dodatkowo wzmacnia kontrast. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem, gdyż z Mysłowicami od dziecka mam częsty kontakt, czyli ponad 40 lat. Tu pracował mój tata, stąd jeździło się pociągiem do Krakowa, tu była olbrzymia giełda z nazwy samochodowa, lecz faktycznie ze wszystkim. Jednak zaskoczeniem jest… biały niedźwiedź na środku drogi dla rowerów, którą jadę. 😉

Kieruję się w stronę dworca kolejowego, mijając kolejne budynki, które mają czasy świetności dawno za sobą. Sam dworzec wygląda tak, jakby czas świetności nie przydarzył mu się nigdy. Ulicą Powstańców zbliżam się do jednej z najbardziej charakterystycznych budowli w mieście. To łącznik nad ulicą między kamienicami, tuż przed parkiem Promenada, który jest celem wycieczki.

Promenada w Mysłowicach. Nie tylko dla spacerowiczów
Historia parku wiąże się z bogatymi mieszkańcami z przeszłości miasta, ale to temat na inną opowieść, na którą być może przyjdzie w ŚLĄZAGu jeszcze czas. Z tej strony rozpoczyna się monumentem ku czci ofiar III Rzeszy Niemieckiej. W tym miejscu zaczyna się szeroka aleja parkowa, z części której wydzielono dobrą drogę dla rowerów. Jest mocno z górki, więc tym, którzy nie lubią dbać o hamulce, zalecam dużą ostrożność. Tą trasą przelotową dla pieszych i rowerów dojeżdżam na drugi koniec parku przy tak zwanej Bramie Sułkowskich. To zabytkowa pozostałość okazałych zabudowań, które kiedyś znajdowały się w tej okolicy. W tym też miejscu znajduje się tablica, która w skrócie przybliża dzieje parku. Po drodze mijam kilka charakterystycznych obiektów w tym mural z reprodukcją dawnej pocztówki oraz krzyż i sąsiadujące z nim źródełko, którego magicznych mocy nie wolno sprawdzać, gdyż woda jest niezdatna do picia.

W parku Promenada wytyczono wiele ścieżek, z których korzystają zarówno spacerowicze jak i ci na kołach oraz na innych indywidualnych pojazdach na kołach (jest trochę hulajnóg). Teren nie jest duży, lecz całkiem fajny, by przyjechać tam całą rodzinką z dzieciakami lub na przykład ze swoją sympatią. Zwłaszcza w porze popołudniowo-wieczornej, w tygodniu – kiedy nie ma bardzo dużo ludzi. Co prawda najbardziej rzucającym się w oczy obiektem jest kolejny monument upamiętniający straszne dzieje, ale wygląda on na tyle neutralnie, że nie powinien burzyć spokoju ducha tym, którzy tego spokoju tutaj poszukują. Zwłaszcza, że obok jest różany ogród.

Teren wygląda dość dziko. Nie wiem, czy jest to celowe działanie czy po prostu miasto o trudnej od lat sytuacji finansowej nie ma środków na koszenie. Jakkolwiek jest – półdziki charakter miejsca ma w sobie coś fajnego. Widać poczynione inwestycje – spory plac utwardzony płytami i kostką, alejki, altanka (której przeznaczenie jej jest dla mnie zagadkowe), ławki, oczka wodne i mostki nad nimi, fontanny. I pomiędzy tym wszystkim roślinność, która sobie rośnie bez obaw przed kosiarzem. Ciekawy efekt.

W parku są też obiekty sportowe – z boiskami do piłki nożnej oraz najpewniej innych aktywności. Widzę tam naprawdę sporo dzieciaków i młodzieży, choć może pora (piątkowe popołudnie) temu sprzyja. Ja jednak boisk piłkarskich za granicą przezornie unikam i trzymam się bliżej Czarnej Przemszy (w razie czego wystarczy rzucić się wpław i szybko wrócić na swoją stronę 😉). Tak obrana ścieżka wiedzie mnie do Wioski Owadów a dalej do Ptasiej Wioski. To właściwie jedno miejsce powstałe z myślą o zainteresowaniu przyrodą dzieci, lecz widać po nich różnicę w czasie powstania. Część poświęcona bezkręgowcom jest nowsza, zaś ta starsza, poświęcona skrzydlatym zwierzętom z kręgosłupem – wymaga miejscami naprawy. Ale to i tak fajne miejsce, by przyjść z dzieciakami i się trochę podszkolić (w tym temacie pewnie niejeden z tutaj bywających małolatów łatwo zawstydziłby i mnie).

Pomyślano też o zabawie. Dzieci mogą pobawić się na placu zabaw z wyposażeniem, które rzadko się spotyka się w innych miejscach. Dorośli zaś mogą pobawić się w przygotowywanie potraw z rusztu, gdyż w parku wybudowano kilka solidnych stanowisk do grillowania, tuż przy wandaloopornych stołach piknikowych. W pobliżu zlokalizowany jest parking dla samochodów, o czym wspominam z powodów kronikarskich, bo po co samochód, skoro można rowerem?

Ciekawa okolica za parkiem
Oczywiście za jest określeniem względnym, bo to zależy, z której strony się patrzy. Niewielkie osiedle jest pełne kontrastów. Stare budynki wielorodzinne kontrastują z nowszymi oraz z domami jednorodzinnymi. Jest nawet nowobogacki, pseudostylowy kolos oraz kilka nieudanych, niedokończonych prób modernizacji starszych zabudowań. Do tego wielki plac z czymś, co wygląda jak pozostałości murów miejskich, choć o ile wiem – niczego takiego tam nie było. Wśród tych wszystkich domów zainteresowani architekturą znajdą naprawdę ciekawe przykłady nie tylko kamienic sprzed co najmniej stu lat, ale też kilka budynków, które wyglądają na międzywojenny modernizm, tylko oszpecony w czasach późniejszych. Nie wiem, czy to tylko stylizacja, czy faktycznie wybudowano je w czasach II RP. Osiedle jest położone bardzo specyficznie bo w trójkącie ograniczonym znanym nam już parkiem, torami kolejowymi oraz rzeką Czarna Przemsza. Można z niego wyjechać tylko jedną drogą, która prowadzi tunelem pod wiaduktem, który chyba pamięta jeszcze budowę kolei. To ulica Portowa, której nazwa dziwi Zagłębiaka nie mniej, niż Ślązaczkę zdziwiła identyczna nazwa ulicy w Sosnowcu. Inny wiadukt podobnej konstrukcji jest na sąsiedniej ulicy (Jana Sułkowskiego), choć chyba z przeznaczeniem już tylko dla pieszych i rowerzystów. Na całym osiedlu jest raptem 5 ulic (jeszcze Rzeczna, Józefa Kani i Stefana Żeromskiego), które można objechać w kilkanaście minut, co polecam każdemu, kto interesuje się architekturą.

Powrót przez stare miasto
Robi się ciemno, co oznacza, że czas wracać. Wybieram velostradę (żartuję, choć to naprawdę fajny odcinek drogi dla rowerów) przez park Promenada. Mijam znane sobie już miejsca, które zanurzają się półmrok tej pory dnia, odcięte od resztek światła przez gęste drzewa. Na końcu czeka mnie podjazd, z którego się tak szybko zjeżdżało w drugą stronę. Żółte rowery (pardon – tutaj to koła) metropolitalne mają trzy biegi, z których najniższy pozwala łatwo pokonać nawet taką stromiznę. Zbliżając się do szczytu widzę charakterystyczną przewiązkę nad ulicą między kamienicami. Trochę tu jest jak w filmie grozy – wszystko stare, brudne, z odpadającym tynkiem, ale z drugiej strony – klimatyczne. I nigdy nic złego mnie w tym miejscu przez te wszystkie lata nie spotkało.

Tym razem skręcam, by zajechać za te kamienice od podwórza. Teren sąsiaduje ze stacją kolejową, która obecnie jest modernizowana (nareszcie!). Sam dworzec niestety nadal straszy. Jednak stojąc przy budynku stwierdzam, że stąd wygląd tej części miasta wygląda lepiej. Zapewne dlatego, że nie widzę dworca, który mam tuż za plecami. Może to jest pomysł – zrobić tam taras widokowy dla wysiadających w Mysłowicach? Żarty żartami, lecz i tutaj okazałe niegdyś budynki są mocno podupadłe. Przy kościele tablica, iż prowadzona jest zbiórka na remont dachu, choć powinno też się pomyśleć o myciu, bo budynek jest czorny. Zresztą tak samo gmach poczty, co do którego ludzie z wyobraźnią wiedzą, jak mógłby imponująco wyglądać. Większość budynków w okolicy niestety wygląda źle, choć są nieliczne wyjątki. Na swój sposób wyjątkowy jest też sklep sieci »Biedronka«, urządzony w poprzemysłowym budynku. Pokazuje to, że można zaadaptować w sposób sensowny zabytki zamiast je burzyć jak na przykład uczynił »Kaufland« w Sosnowcu.

Mijam wspomniany już budynek urzędu miejskiego i jeszcze ostatnie fotki placu Wolności oraz ulicy Grunwaldzkiej. Pamiętam to miejsce z dzieciństwa, w tym kawiarnię bądź restaurację na parterze jednej z kamienic oraz duży zakład fotograficzny tuż obok. Niestety dziś wygląda to naprawdę smutno, podobne przygnębienie wywołuje stan tych okazałych kamienic wokół. Za komuny nie dbano o stare budownictwo, ale mam wrażenie, że teraz to wygląda gorzej. Wyróżnia się tu kapliczka Jarlików (Świętego Jana Chrzciciela), która wygląda na zadbaną od czasu remontu przed laty. I sam plac wokół też prezentuje się nieźle, choć miastu zdaje się brakować środków nawet na koszenie trawy w najbardziej reprezentacyjnym miejscu. Życzę Mysłowicom, by powróciły do świetności sprzed wieku, choć i tak je lubię i teraz.

Powtórna przemiana czyli z Metrokoła na Metrorower
Na most cudów wjeżdżam, kiedy już zmrok jest blisko. Rower mógłbym oddać na jakiejkolwiek stacji Metroroweru w dowolnej miejscowości, ale muszę wrócić do tej, z której wziąłem ten, na którym jadę, bo tam zostawiłem swój. Akurat trafiam na obsługę. Chłopak ładuje do furgonetki nadmiar rowerów, które użytkownicy zwrócili tu w tak dużej liczbie. Widać przy okazji, jak sprytnie to jest pomyślane. Rowery wchodzą idealnie na szerokość auta, a ich konstrukcja umożliwia ciasne układanie bez ryzyka obicia czy podrapania lakieru.

Dwuipółgodzinna wycieczka kosztuje mnie 10 złotych. To niewiele za możliwość skorzystania z roweru w niemal dowolnym miejscu metropolii, w którym się człowiek znajdzie. W dodatku to sprzęt, na którym się wygodnie jeździ i który nie sprawia problemów. O czym dosadnie przypomina mi moment, w którym przesiadam się na swój jednoślad. Ech…
*partnerem artykułu jest NextBike
Może Cię zainteresować:

